PANI JOANNA PRYSTUPA – „ARTYSTKA RZECZY NIEPRZYDATNYCH, NIEZAUWAŻONYCH, NIEZWYKŁYCH” (notatka sporządzona na podstawie wywiadu przeprowadzonego 20.09.2007 przez N.Szlęk, A.Szostko)
Pani Joanna to czarodziejka niezwykłych kompozycji, które wykonuje z… właściwie ze wszystkiego. Podstawę stanowi drewniana ramka, a w niej pani Joanna instaluje dekoracje z tego, jak sama mówi, „co wpadnie w ręce”. I tak znajdujemy tam drobne patyczki, różnobarwne liście, piórka, muszle, kamienie, kolorowe paciorki i koraliki, tasiemki, suszone kwiaty a nawet chwasty. Pani Joanna podkreśla, że „ze wszystkiego można coś zrobić” i z każdego spaceru przynosi znalezione drobiazgi, które wykorzystuje potem w swoich pracach. Tym niecodziennym hobby pani Joanna jest pochłonięta od 15 lat (nie znaczy to jednak, że to jedyne zainteresowanie pani Joanny).Podczas naszej rozmowy dowiadujemy się o sukcesach p. Joanny w zmaganiach z wędką czy jako uczestniczki myśliwskich wypraw do lasu. A w domu to świetna kucharka (tak podpowiadają nam znajomi pani Joanny) – twórczyni niekonwencjonalnych rozwiązań kulinarnych. My poznajemy panią Joannę przede wszystkim jako kobietę pełną pozytywnej energii, ogromną optymistkę i natychmiast chcemy się tym zarazić. Tym bardziej, że pani Joanna po raz kolejny zaprasza uczniów naszej szkoły do wspólnej artystycznej pracy. Tym razem motywem przewodnim ma być zima. Nie możemy się doczekać!
STANISŁAW PLEŚNIAK – „STRAŻNIK NASZYCH LASÓW”
(notatka sporządzona na podstawie wywiadu przeprowadzonego 04.09.2007 przez Klub Poszukiwaczy „Skrzynia Pamięci”)
Pan Stanisław „leśnego bakcyla” połknął ponad 30 lat temu i już teraz właściwie nie wyobraża sobie życia bez swojego hobby, jakim jest łowiectwo. Od wielu lat związany jest z Kołem Łowieckim „ Sokół” z powiatu oleśnickiego, gdzie obecnie pełni funkcję prezesa. W kole zrzeszonych jest ponad 50 myśliwych, którym podobnie jak panu Stanisławowi nie są obojętne sprawy naszych lasów. Właśnie od pana Stanisława dowiadujemy się, że myśliwi nie tylko zajmują się polowaniem na zwierzęta, ale przede wszystkim dbają o lasy – zimą organizują dokarmianie zwierząt, budują paśniki, zdejmują wnyki zastawione na zwierzęta przez kłusowników. Niezmiernie ważna jest prowadzona przez myśliwych gospodarka fauną – dbałość o odpowiedni rozwój jak i liczebność wszystkich gatunków w taki sposób, aby możliwe było wspólne sąsiedztwo ludzi i zwierząt. Niemniej jednak polowania, szczególnie te zbiorowe, dostarczają najwięcej emocji. Pan Stanisław może się pochwalić pokaźną kolekcją trofeów z polowań, z których jest bardzo dumny.
Pan Pleśniak na tle swoich trofeów
IZABELA GAWLIK – „WŁAŚCICIELKA LILIOWEGO OGRODU”
(notatka sporządzona na podstawie wywiadu przeprowadzonego 13.10.2007 przez O.Cedro, W.Bednarską)
Pani Izabela Gawlik to miłośniczka wszelkich roślin, ale przede wszystkim wielbicielka lilii – członkini Dolnośląskiego Towarzystwa Lilii. Hodowla kwiatów - to zajęcie pani Gawlik już od wczesnego dzieciństwa. Mieszkanie w bloku, brak własnego ogródka wymusiło uprawę kwiatów w doniczkach na balkonie. I właśnie najpiękniej ukwiecony balkon w bloku był wizytówką mieszkania. Znajomi by trafić do mieszkania pani Izy zamiast adresu, otrzymywali wskazówkę „ tam gdzie najpiękniejszy balkon”. Obecnie mieszkanka Kiełczowa może pochwalić się okazałym ogrodem, gdzie jak sama przyznaje praca, to przede wszystkim przyjemność. Najważniejsze miejsce zajmują tu lilie – wszelkich odmian – botaniczne, azjatyckie, trąbkowe, orientalne i wiele innych. Pani Izabela jest z nich wszystkich bardzo dumna.
Józef Wawryło – Twórca Sielskiej Zagrody
(notatka sporządzona na podstawie wywiadu przeprowadzonego 24.09.2007 przez J. Hnatowa, P.Młotka i B.Obstoja)
Pan Józef Wawryło kilka lat temu dla swoich wnuków zapragnął zbudować plac zabaw, który rozrósł się do rozmiarów Sielskiej Zagrody. Tak pan Józef wyjaśnia pomysł utworzenia takiego miejsca w Kiełczowie, i co podkreśla najprzyjemniejsze są chwile, kiedy dzieci nie chcą opuszczać placu zabaw. Sielska Zagroda to przede wszystkim raj dla dzieci, na które zawsze czeka mnóstwo atrakcji. Jest tam małe zoo gdzie można pogłaskać sympatyczne zwierzaki, chętni mogą przejechać się na kucyku. Maluchy najchętniej spędzają czas na placu zabaw z przeróżnymi atrakcjami. Pan Wawryło próbuje wskrzesić ducha historii odbudowując Kochową, która przed wojną była letnią rezydencją wrocławskich biskupów. Nie przetrwał pałac, zachowały się tylko dwa budynki, w których mieszkała służba. „Wiele prac mamy już za sobą, udało odbudować się parkową fontannę i studnię oraz oczyścić rzekę Młynówkę.” Już wkrótce powstanie tutaj hotel, winiarnia i herbaciarnia.
Zbigniew Dudek – Modelarz
(notatka sporządzona na podstawie wywiadu przeprowadzonego 29.09.2007 przez W.Bednarską, P.Młotka i B.Obstoja)
Modelarstwem pan Zbigniew interesuje się od wczesnych lat swego dzieciństwa. Już jako uczeń 2 klasy skleił model z „Małego Modelarza”, czym wprawił w zachwyt i niedowierzanie swoich starszych kolegów. Tak się zaczęła przygoda życia. Pan Zbyszek jest autorem pokaźnej liczby modeli samolotów, statków a nawet rakiet, które wyeksponowane są w szklanych gablotach w gabinecie modelarza. Przeważają te związane z historią II wojny światowej, bo to największa jego pasja. Pan Zbyszek to prawdziwy hobbysta – na temat swoich zainteresowań potrafi snuć długie opowieści, które „wciągają” nawet najbardziej opornych słuchaczy. Rozmawiając z Modelarzem mamy okazję poznać koleje powstawania modeli – czyli jak z kilku tysięcy maleńkich elementów powstaje krążownik, pancernik czy lotniskowiec (mamy problemy z rozróżnieniem poszczególnych typów, ale pan Zbyszek cierpliwie nam za każdym razem wyjaśnia różnice). Wszystkie elementy są papierowe a po specjalnej obróbce – lakierowaniu - modele są gotowe do odbycia wodnych rejsów. Gratulujemy przede wszystkim cierpliwości, na wykonanie jednego modelu zwykle trzeba aż jednego roku czasu.
2007-11-09
OSP Stępiń
Remiza strażacka w Stępiniu. Wykonawca : Ela Stefańczyk
Data : 12 września 2007, 16:42:37
OSP Stępiń działa od roku 1958. Początkowo komendantem był Lucjan Sus a obecnie Marcin Karwat. Straż obecnie liczy 21 strażaków. OSP w Stępiniu posiada jeden wóz strażacki.
Do głównych celów i zadań OSP należą: 1) prowadzenie działalności mającej na celu zapobieganie pożarom oraz współdziałanie w tym zakresie z Państwową Strażą Pożarną, organami samorządowymi i innymi podmiotami, 2) udział w akcjach ratowniczych przeprowadzanych w czasie pożarów, zagrożeń ekologicznych związanych z ochroną środowiska oraz innych klęsk i zdarzeń, 3) informowanie ludności o istniejących zagrożeniach pożarowych i ekologicznych oraz sposobach ochrony przed nimi, 4) upowszechnianie, w szczególności wśród członków, kultury fizycznej i sportu oraz prowadzenia działalności kulturalnej i oświatowej, 5) wykonywanie zadań wynikających z przepisów o ochronie przeciwpożarowej, 6) działania na rzecz ochrony środowiska, 7) wspomaganie rozwoju społeczności lokalnych na własnym terenie, 8) wykonywanie innych zadań określonych w statucie OSP. Do zadań specjalnych wykonywanych przez straż pożarną należy ratownictwo: ˇ biologiczne (sprowadzające się do neutralizacji czynników zakaźnych oraz ochrony ludności i zwierząt gospodarskich w czasie ataków terrorystycznych z użyciem broni biologicznej), ˇ chemiczne (sprowadzające się do neutralizacji czynników chemicznych oraz ochrony ludności, zwierząt gospodarskich i środowiska przyrodniczego w czasie ataków terrorystycznych z użyciem broni chemicznej, katastrof chemicznych i niektórych katastrof drogowych), ˇ medyczne (sprowadzające się do udzielania pomocy przedlekarskiej przed przybyciem fachowych służb medycznych lub w miejscach, gdzie służby te dotrzeć nie mogą), ˇ poszukiwawcze (polegające na zlokalizowaniu i wydobyciu ludzi z zawalonych budynków w czasie katastrof budowlanych, trzęsień ziemi etc.) ˇ radiologiczne (sprowadzające się do ochrony ludności, zwierząt gospodarskich i środowiska przyrodniczego przed promieniowaniem jonizującym), ˇ techniczne ˇ wodne (sprowadzające się do wykonywania wszystkich niezbędnych działań na wodzie, jak i pod jej powierzchnią na obszarze wszystkich wód śródlądowych oraz "rewirach" jednostek portowych), ˇ wysokościowe.
Drużyna ze Stępinia zawsze bierze udział w gminnych zawodach strażackich, obecnie bez większych osiągnięć
Wywiad z panem Janem Urygą jednym z najdłużej przebywających strażaków w OSP Stępiń.
W 1958 roku została założona OSP w Stępniu, która mieściła się koło kościoła, została przeniesiona do nowo wybudowanego budynku w roku 1974. Pierwszym komendantem był Stanisław Kałużny, następnie Lucjan Sus a obecnie komendantem jest Marcin Karwat. Pan Jan Uryga wstąpił do Ochotniczej Straży Pożarnej w 1970 roku, uczestniczył w akcjach płonących: lasów, domów, gospodarstw. Strażacy także zabezpieczali gospodarstwa przed powodziami. Najtrudniejszą akcją dla strażaków było ugaszenie 20ha płonącego lasu w Dobroszycach. Tego dnia był silny wiatr, który utrudniał gaszenie pożaru. Ludzie musieli uważać na łamiące się wysokie drzewa. W 2007 roku wstąpił do OSP w Stępiniu syn Pana Urygi – Tomasz. Jest on w drużynie, która uczestniczy w gminnych zawodach strażackich które odbywają się każdego roku w Szczodrym. Tego roku drużyna ze Stępinia zajęła IV miejsce. Za częste branie udziały w akcjach Pan Jan Uryga zdobył medale: brązowy, srebrny, złoty.
Rozmawiała : Kasia Uryga Data: 19. 09.2007
Wykonanie artykułu : Ela Stefańczyk
2007-11-09
Wywiad z Panem Bogdanem Białym z zamiłowania rycerzem
1.Skąd wzięło się pana niecodzienne hobby? * Odp. 13lat temu z moim synem Marcinem przeczytałem ogłoszenie w gazecie, że z Golubiu Dobrzyniu odbędzie się turniej łuczniczy. Napisałem do dyrektora zamku, a on odpisał że, turniej ma być w maju. Pojechałem z Marcinem, zobaczyłem jak to wygląda. Na początku niewielu z nas tam było, jedynie 23 osoby. Poznałem jednak wielu ciekawych ludzi, późniejszych kolegów i tak się zaczęło. We wrześniu był turniej na zamku Chojniku w Jeleniej Górze. Wziąłem w nim udział. Od tego czasu jeżdżę na turnieje i bitwy rycerskie.
2.Gdzie i jak często odbywają się turnieje rycerskie? * Odp. Odbywają się one w różnych zamkach, co tydzień czasami nawet dwa razy w ciągu jednego dnia.
3. Jak wyglądają turnieje rycerskie? * Odp. Na początku jest prezentacja broni, a później rozpoczyna się walka, która czasami jest nawet brutalna. Największą bitwą jest Grunwald. Odbywa się ona co roku 15 lipca. W tym roku uczestniczyło w niej ponad 1600 osób.
4. Czy kobiety też mogą zostać rycerzami? * Odp. Tak, ludzie przyjeżdżają całymi rodzinami, małżeństwa wraz z dziećmi. Kobiety strzelają z kusz i łuku, (czasami są w tym lepsze od mężczyzn).
5. Co należy zrobić żeby zostać rycerzem? * Odp. Trzeba jedynie jeździć na turnieje.
6. Jakie posiada pan atrybuty rycerskie? * Odp. Zbroje, kusze, łuk, maczugę, miecze i oczywiście strzały, moim ulubionym mieczem jest miecz sprowadzony z Japonii.
7. Jak wygląda pasowanie na rycerza? * Odp. Kasztelan zamku przychodzi z mieczem. Osoba, która ma być pasowana zostaje uderzona mieczem w ramię.
8. Co jest najciekawsze w Pana hobby? * Odp. Uczty po turniejach, jest na nich dostatek jedzenia i picia, odbywają się ciekawe rozmowy.
9. Czy w związku z Pana zainteresowaniem podróżował Pan po Świecie? * Odp. Tak, byłem we Francji, Niemczech, i w Czechach, miałem również zaproszenie na Białoruś. Spotkałem wielu obcokrajowców, przyjeżdżają na nią ludzie z całej Europy i Stanów Zjednoczonych. Najwięcej jest Włochów, Francuzów, Anglików i Niemców. Dziękujemy za rozmowę. Życzymy Panu sukcesów podczas turniejów rycerskich i spotkania jeszcze wielu ciekawych ludzi!. Odp. Dziękuję. Może wy także zainteresujecie się rycerstwem i będziemy częściej spotykać się i wspólnie poszerzać wiedzę historyczną.
* Wywiad przeprowadziły:
Malwina Zugaj Marlena Prachno W Październiku 2006 roku.
*Opracowanie wywiadu w postaci cyfrowej: Karolina Żmuda
2007-11-08
Wywiad z P. Michałem Ilków- Gołąb, mieszkańcem Łoziny,
zawodnikiem klubu piłkarskiego WKS Śląsk Wrocław
Osiągnął Pan duży sukces w sporcie. Jest Pan zawodnikiem klubu piłkarskiego Śląsk Wrocław. Gra Pan w II lidze piłkarskiej. Od kiedy trwa Pana przygoda z piłką nożną ?
ˇ Myślę, że sukcesy w sporcie są jeszcze przede mną. Nie uważam, że to co do tej pory osiągnąłem jest wielkim wyczynem. Piłką nożna interesuję się od zawsze, a zaczynałem grę, tak jak wielu chłopców na podwórku przed domem. W szkole zawsze uczęszczałem na dodatkowe zajęcia w ramach SKS-u, gdzie uczyłem się podstaw gry w piłkę nożną
Czy uprawiał Pan inne dziedziny sportu? Jeżeli tak, to z jakim skutkiem?
ˇ W szkole podstawowej miałem możliwość uprawiania wielu dyscyplin sportowych, były to zarówno gry zespołowe np. piłka siatkowa, piłka ręczna, koszykówka, jak i sporty indywidualne – tenis stołowy i lekkoatletyka. W tym miejscu chciałbym podziękować mojemu nauczycielowi w- f , p. Wojciechowi Lewandowskiemu, który umożliwił mi tak wszechstronny rozwój sportowy.
Jest Pan absolwentem Szkoły Podstawowej w Łozinie? Czy w szkole istniały dobre warunki do rozwoju talentów sportowych?
ˇ W szkole były i są stosunkowo dobre warunki do uprawiania sportu. Uważam jednak, że powinno być więcej godzin w-f i dodatkowych zajęć sportowych po lekcjach. Nasze władze państwowe nie powinny żałować środków na rozwój kultury fizycznej.
Trenował Pan piłkę nożną w działającym w Łozinie od 2001 roku klubie sportowym KS „Łozina”. Czy fakt ten miał wpływ na Pana karierę sportową?
ˇ Nie przesadzajmy z tą kariera, nazwałbym to raczej przygodą. Cieszę się, że miałem możliwość grania w piłkę nożną w klubach założonych w mojej rodzinnej miejscowości. Najpierw był to nieistniejący już „ Orient” a następnie powstały w 2001 roku KS „Łozina”, który działa do dziś.
Jakie są według Pana przyczyny osiągania tak dobrych wyników przez piłkarzy łozińskiego klubu?
ˇ Wyniki osiągane przez KS „Łozina” uważam za dobre, ale myślę, że klub stać na jeszcze większe sukcesy. Przyczyny dotychczasowych dobrych wyników to duże zaangażowanie władz KS „ Łozina”, zawodników, trenerów oraz lokalnej społeczności w działalność i rozwój klubu. Cieszy zrozumienie i pomoc finansowa ze strony władz samorządowych. Mam nadzieję, że będzie ona z roku na rok coraz większa, dzięki czemu klub będzie osiągał dalsze sukcesy. Uważam, ze duży nacisk powinno się kłaść na szkolenie młodzieży z Łoziny i okolicznych miejscowości.
Czy według Pana mieszkańcy Łoziny i okolicznych miejscowości interesują się sportem?
ˇ Zdecydowanie tak. Mieszkańcy często rozmawiają na temat sportu, zarówno lokalnego, jak i tego na szczeblu krajowym i międzynarodowym. Na mecze piłki nożnej rozgrywane na boisku w Łozinie przychodzi wielu kibiców w różnym wieku.
Kto pomógł Panu w karierze sportowej? Kto zauważył, że jest Pan wyróżniającym się piłkarzem?
ˇ Wiele osób miało wpływ na mój rozwój jako piłkarza. Pierwszym „trenerem” był mój tato, który zaszczepił we mnie miłość do piłki. Następną ważną osobą na mojej drodze sportowej był p. W. Lewandowski. Widząc, że ja i inni chłopcy mamy zapał i możliwości do gry w piłkę wiele godzin po zajęciach lekcyjnych szkolił nas i to społecznie. Każdego z moich następnych trenerów wspominam bardzo milo, darzę sympatią i wiele im zawdzięczam.
Po klubie łozińskim następnym etapem była gra w drużynie Polar – Wrocław. Był Pan wtedy uczniem liceum. Czy trudno było połączyć naukę i treningi piłkarskie?
ˇ Kiedy grałem w juniorach udawało mi się łączyć grę z nauka. Natomiast, kiedy przeszedłem do seniorów pojawiły się problemy. Wszystko na szczęście dobrze się skończyło i maturę mam w kieszeni, a obecnie studiuję.
Był Pan zawodnikiem niemieckiego klubu piłkarskiego 1.FC Kaiserslautern. Jak wspomina Pan ten okres życia?
ˇ Okres gry w niemieckim klubie był bardzo ciekawym doświadczeniem z wielu względów. Po pierwsze miałem okazję trenowania w pełni profesjonalnym klubie, w doskonałych warunkach, ze świetnymi zawodnikami. Po drugie lepiej poznałem kulturę niemiecką, język, ludzi. Po trzecie musiałem się usamodzielnić, co wcale nie było takie łatwe, gdyż miałem dopiero 19 lat. Do tej pory mieszkałem w domu rodzinnym a tu nagle taka zmiana. Dochodziło do wielu zabawnych sytuacji, zwłaszcza związanych z gotowaniem.
Zawód piłkarza jest bardzo ciężki, wymaga wielu wyrzeczeń, ciągłe treningi, wyjazdy na zgrupowania. Proszę nam o tym opowiedzieć.
ˇ To prawda, że zawód piłkarza nie jest łatwy, chociaż nie wszyscy zdają sobie z tego sprawę. Z profesjonalnym uprawianiem piłki nożnej wiążą się duże obciążenia fizyczne i psychiczne, wyjazdy na zgrupowania, specjalna dieta intensywne treningi.
Na jakiej pozycji w drużynie Pan gra?
ˇ Jestem napastnikiem i najlepiej czuję się w ataku, jednak każdy trener ma swoją koncepcję i jeżeli uzna, że lepiej spisuje się na innej pozycji, to bez sprzeciwu podporządkuję się tej decyzji.
Jakie są Pana największe sukcesy jako piłkarza i plany na przyszłość ?
ˇ Uważam, że największe sukcesy jeszcze nadejdą. Jednak do tej pory najmilej wspominam występy w reprezentacji Polski do lat 19 - tu. Byłem uczestnikiem Mistrzostw Europy rozgrywanych w Szwajcarii oraz brałem udział w wielu międzynarodowych turniejach, m.in. w Austrii i Korei Południowej. Grałem razem z wieloma utalentowanymi kolegami, takimi jak Jakub Błaszczykowski Łukasz Fabiański i Łukasz Piszczek. Mam spore ambicje i chciałbym w sporcie osiągnąć jak najwięcej, ciągle podnosić swoje umiejętności piłkarskie poprzez systematyczną i rzetelną pracę.
Dziękujemy za udzielenie nam wywiadu. Życzymy dalszych sukcesów w sporcie oraz w życiu osobistym.
Wywiad przeprowadziły : Karolina Żmuda i Magdalena Kulpa w dniu 25 lipca 2007 roku
2007-11-07
Pani Maria Bogusława Dytko urodziła się w Łozinie i obecnie mieszka w tej
miejscowości. Jak mówi kocha swoją wieś i ludzi, więc chętnie wspólnie z wieloma mieszkańcami Łoziny i okolicznych miejscowości organizuje okolicznościowe uroczystości jubileuszowe, bale charytatywne, wycieczki krajowe i zagraniczne, wyjazdy do opery. Jest członkiem Zarządu Klubu Sportowego Łozina oraz aktywnie uczestniczy w działalności istniejącego w Łozinie Uniwersytetu Ludowego. Pani Maria opowiada, że kiedy została włączona do Komitetu Organizacyjnego Jubileuszu 800-lecia Łoziny zachwyciła się zaangażowaniem i ogromną dyscypliną ludzi przygotowujących tą uroczystość. Współpracowali tak pięknie, że sama uroczystość zadziwiła tłumy i organizatorów. Z takimi ludźmi wyznaje p. Maria można przenosić góry i tak to się zaczęło. Kolejny jubileusz to 25-lecie kapłaństwa proboszcza Edwarda Szajdy w 2002 roku- wzruszający, udał się dzięki wspaniałej grupie( około 40 osób) nazwanej komitetem organizacyjnym. Organizacja balów charytatywnych na rzecz dzieci i młodzieży, to fantastyczna zabawa, aukcje prac Uniwersytetu Ludowego, fanty, tradycyjny walczyk czekoladowy, ciasta i sałatki wykonane przez gospodynie, hojni sponsorzy. Do tej pory było już pięć balów organizowanych zawsze w karnawale, a na kolejny w 2008 roku p. Maria zaprasza. Wycieczki zaczęły się od pielgrzymki do Tuligłów koło Lwowa, miejsca skąd przywieziony został w 1945 roku obraz Matki Bożej Bolesnej patronki Łozińskiej Parafii. Następne to Licheń, Częstochowa, Kraków, Zakopane, Karpacz. Wycieczek było już kilkadziesiąt w tym także do Lwowa, Wiednia, Pragi, Drezna. Kolejny pomysł to wyjazd do opery. W ciągu jednego dnia zapisało się bardzo wielu chętnych. Zachwyceni operą Carmen zarezerwowali już następne spektakle. Do zarządu KS ,,Łozina’’ zaprosili p.Marię jej koledzy- miłośnicy piłki nożnej i wspólnie stworzyli klub, w którym rozwijają talenty sportowe i osiągają duże sukcesy młodzi sportowcy z naszej społeczności lokalnej. Od niedawna klub rozszerzył działalność o sekcję siatkarek. Uniwersytet Ludowy w Łozinie to inicjatywa państwa Ewy i Andrzeja Sienkiewiczów. Współpraca z nimi to wielka satysfakcja i radość dla p.Marii, a efekty to wspaniałe zajęcia z bukieciarstwa, informatyki , języka niemieckiego, agroturystyki, produkcji rolniczej, w których uczestniczą w długie jesienno-zimnowe wieczory słuchacze, mieszkańcy naszych wsi.
Wycieczki (Gniezno, Zakopane, Zamek Książ)
Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Dnia Matki, Dnia Babci słuchacze i goście spotykają się , wspólnie śpiewają , bawią się i cieszą, że mogą być razem. Inspiracje do kolejnych działań i nowych pomysłów p. Maria czerpie z licznych spotkań i rozmów. Na pytanie jak udaje jej się łączyć pracą zawodową z tak szeroką i barwą działalnością społeczna p. Maria uśmiecha się i mówi, że ma duże szczęcie, że mieszka wśród tak wspaniałych ludzi i uważa ,że tyle jest wart człowiek, ile z siebie potrafi dać innym.
Na podstawie rozmowy z p. Marią Dytko opracowali członkowie Klubu Poszukiwaczy ,,Łoziniaki’’ -16.10.2007 rok
2007-11-06
Relacja z rozmowy z panią Marysią Wójcik - ludową pieśniarką z Pietrzykowic oraz Marią Agatowska.
P. Maria Wójcik: - Miałam dwanaście lat, poszłam do kościoła i ksiądz do nas mówi: „Dziewczyny (pięć nas było), która z was potrafi zaśpiewać „W ogrodzie oliwnym”? A jo mówie: „Prosze księdz, jo.” A ksiądz: „Dziecko, ty juz jutro na chór przyjdziesz.”I musiałam na chór iść i śpiwać i śpiwałam... Ja od czternastu lat chodziłam po weselach, prosili mnie, bo to nie był głos ten co starość, był głos piękny, ładny, śpiewałam. Mojej matce żal mnie było puszczać ale mnie prosili i zapraszali. Tyle co ja się nachodziłam po weselach nikt tyle nie chodził. Są takie piosenki ładne, umiem:
„Idzie wianek, idziez komory do izby usuńcież się ludzie żeby nie miał cizby. Żeby nie miał cizby, żeby nie miał tłoku bo ten wianek idzie z dwusetnego roku.”
No bo ja to juz z czternastego byłam:
„Starsza druhienecka źle wianek uwiła, będą kwiaty lecieć, będzie się wstydziła. Sama żem go wiła, nie wiły go dzieci, Prędzej kwiatek uschnie nizeli obleci.”
A jeszcze temu... starszy drużba:
„Idzie starszy drużba z to mała flaseczką, odbierzesz se wianek z jedwabną chustczką. Idzie starszy drużba zza stoła, zza stoła, bo jak se nie wyjdziesz to sie wianek schowa.”
To on na złość mi nie wyszedł, to zaśpiewałam:
„A nijaki starszy drużba, nijaki, nijaki, hej pojechał pojechał do Rakowa po flaki, po flaki.”
Pannie młodej śpiewałam, do ślubu wychodziła:
„A siadaj, siadaj Zosiu, kochanie, nic nie pomoże twoje płakanie, stoją konie stoją z wozem, pozaprzągane.” „Jakże ja będę Janku siadała, kiej siem z mamusia nie pożegnała.” „Siadaj na wóz, warkocz załóż, wianek z sobą bierz, pojedziemy przez Kozielską Wieś.”
(Bo tam takie wioski były). A jeszcze tam jedną zaśpiewałam, jeszcze drugą , jeszcze trzecią, a tam matka odśpiewała z daleka, bo mnie dobrze znała (a to nie była naprawdę matka, bo już umarła:
„Córciu do ślubu daj mnie święty spokój, bo moje kosteczki rozsypane w popiół.”
A potem znów tak:
„Niech ci pobłogosławi Jezus i Maryja, niech cie pobłogosławią wszyscy ludzie i ja.”
Do Barda poszłam na wesele, to już z mężem byłam, bo dziewiętnaście lat miałam to sie ożeniłam, to z mężem poszłam, to śpiewałam... mój Boże... rozmaite piosenki, a potem ksiądz się dopomniał: „Wszyscy mają piosenki a ja to co jestem.” A ja zaśpiwołom:
„Ej komu dać, komu dać, księdzu proboszczowi, to święta osoba nikomu nie powi.”
A mi brawa bili... Matko Bosko! I ksiądz się cieszył. Bo jo zaśpiwołom tak:
„Szczęśliwa ta mama co ma syna księdzem, ale ta szczęśliwsza, która ma żołnieżem.”
A ksiądz mówi, nasz ksiądz, Kapcio, tamten co był, mówi tak: „Ta szczęśliwa.” Bo ja miałam syna, był trzydzieści dwa lata w wojsku, był starszym sierżantem, ale już umarł. To spiwałam i temu, i temu, i księdzu musiałam zaśpiewać, żeby się ucieszył.
„Synowo synowo, jo ci syna dała ty ześ mi za niego nie podziękowała.”
A ona mi odśpiwała:
„Kochana mamusiu, jo ci podziękuje ale twego syna, dobrze wychowuje.”
Każdemu się przyśpiewywało:
„Teściowo, teściowo, białe gąski chowo, poduski sznuruje, zięcia nie szanuje.”
albo:
„Teścowo, tesciowo, szanuj moje córke, usmaże ci jajko, wkroje ci cebulke.”
„Moje muzykanci, prosze sie nie gniewać bo mnie tu prosili do wianeczka spiewać. moje muzykanci, prosze sie nie smucić.
Grają mnie to grajo, chociaż mnie nie znają A żeby mnie poznali, lepiej by i grali.”
A jak mnie nie usłuchali to im zaśpiewałam:
„Grajcie muzykanci, a ładnie, a ładnie bo jak wam zaśpiwom to wam kryma spadnie.”
Pani Maria Agatowska:
- Dawni ludzie to umieli śpiwoć. Dawniej to było tak, że wieczorem, jak kobity pouprzątały, krowy wydoiły, świniom dały, to ławeczka była tu pode droga, długa, tam, tam dali (bo ja mieszkam tam dali), ławka była i wychodzili my i dziewuchy śpiewały i kobity śpiwały, tak śpiwali aż się rozlegało, piosenki i takie i takie, romaite...
„Nasze Piotrowice marno wieś , marno wieś, a, nie chco mi koniki gołego owsa jeść. (no bo dobra wioska, koniki nawet owsa nie chco jeść). Nasze Piotrowice w ładnym położeniu, A po trzy kwiateczki na jednym korzeniu”.
Jeszcze była tako:
„Śpiwałabym ja se, śpiwała, śpiwała, zeby mi mamusia robić nie kazała. Moja ty córuniu, to nic nie pomoze, ja spiwoć nie bronie ale robić koże.
Tatuniu, mamuniu, ja córunia wasa, kupcie mi korale do samego pasa. Do samego pasa, do samej oszywki, niechże się napatrzą w Piotrowicach dziewki.”
W Szczodrym nad stawami jaka ładna piosenka
"W Szczodrym nad stawami stała się nowina, pokochał sie chłopieci piękna dziewczyna. Jak sie pokochali, mój ty mocny Boże, jedno przez drugiego wcale żyć nie może.
Wyszli na spacerke, spacerka je miła przyśli ze spacerki - dziewiąta godzina. Dziewiąta godzina na zegarze biła, teraz mnie odprowadź ma dziewczyno miła.
Jak, cie nie odprowadzę bo nie moja wola, rodzice mówią, ze nie będę Twoja.
Ty moja nie będziesz, nikomu cie nie dam! Dzisiaj cie zabiję a jutro pochowam.
A ty mnie zabijesz – mnie wielka różnica? Ty mnie pochowasz a tobie szubienica.
A żebym ja wieszał, że ja bende wisiał, kazałbym posadzić szubienice dzisiaj. Kazałbym postawić na środku drywalki, żeby naród wiedział, że to od kochanki. Kazałbym postawić od końca do końca, żeby naród wiedział, ze miłość gorąca”.
- A skąd pani zna te piosenki? - Ja od małego dziecka umie, bo gdzie usłyszałam piosenkę to w moim sercu zabrzmiała i jo jus umiałam. Ino spojrze na jakąś piosenke jus moja jest, jus melodie umie... Ja złapałam u koleżanki jedną piosenkę, raz zaśpiewała i jus... i wszystko dokładałam, dokładałam i wór! I umiałam.
- A czy w Pani rodzinie ktoś grał na jakichś instrumentach? - No w mojej rodzinie moja mamusia lubiała, umiała śpiewać... - Ja to było tako dziewczyno, że osiem lat miałam i osiem bab miądliło len(bo pani nie zna lnu... moja córka nie zna lnu) i oni miądlili a mama mówi tak: „Córciu, ale co to bedzie, my miadlimy, co to bedzie?” Ja mówie: „Niech się mama nie martwi.” A ja wzienam nagniotłam kluchów, jaj wzienam nabiłam, nagnietłam kluchów, tego ciasta, nakroilam kluchów, nagotowała, taki gar wielki mleka ugotowałam, kluchy na taki wielki durszlak, pare razy i na miednice narobiłam, ziemniarów nagotowałam, słoniny nakrajałam, bo swinia była zabito, było co jeść, z cebulą nakrasiłam, barszczu z grzybami... i mówie: „Mama, choćta” bo one kawałek tam były od domu, a mama idzie, mówie: „Wszystkie, wszystkie”. Ony wszystkie ido, przyszły, a Żandarsko, tego Janka matka Żandarskiego, weszła w próg i patrzy na to wszystko: „Łaskawy Jezus, a któs zrobił?” A ja brata miałam, brat mi wyjon te kluchy, bo sie bał, żebym sie nie oparzyła. I kobity zjadły i poszły miądlić. I wszystko.
- A jak się ten len miądliło? ? - Najpierw rósł, potem go młócili, potem go miądlili a potem go przędli.
- Jak młócili? - Cepami... nie, nie cepami ino tako kijanko było, taki wołek. I to omłócili, omłócili, to obleciało wszystko, a to na dwór na łąkę i to narosiało, potem wzieni to z ty rosy pozbierali, omiądlili i przędłam. Jak zem zrobiła motache, bo przędli my... takie było motowidło i zrobiłam motache, Mój Boże, to ja tak dostałam od matki, ze se drzazgi z dupy wyjmowałam. Bo źle motache zrobiłam, zepsułam. Przędło się tak: o, była kądziel i było wrzeciono, i przędło sie najpierw to tym wrzecionem, no i przędło się, i przędło się, tu się ciągnęło a tu się przędło, zawijał się to na te wrzeciona. A potem to prządkę mi mamusia kupiła, a prządka to już była bardzo dobra, prządka to się obracała, obracała... No ale dawni tak: prześcieradła, obrusy na stół ze lnu, tylko wyszywałam po rogach kwiaty. Ale jak zepsułam te motache to nie zapomne nigdy, Mój Boże. Motache zepsułam bo sie nitki sfałczyły, nie szły równo.
P. Agatowa: - Bo był len ten jaśniejszy odciągnięty i był ciemniejszy. To ten ciemniejszy dali na prześcieradła, pod tyłki, a ten jaśniejszy dawały na stół. To były ładne jak nie wim. I kobity wyszywały. Pięknie. Jak pojechałam na wesele do Oleśnicy, do mojej wnuczki, to wcale nie mogła tam śpiwać tylko przyszedł jeden muzykant, krzesło mi postawili i pomiędzy nimi... spiwałam jak nie wiem. A mąż wyszedł i powiada tak: „A ja to proszę żebyście mi zagrali Czerwone maki na Monte Casino.” Ale tego to nie lubię, nie umiem.
5 listopada 2007 roku rozmawiała Agnieszka Machowicz.