WAŻNIEJSZE POSTACIE ZWIĄZANE Z ŻYCIEM DŁUGOŁĘKI I CAŁEGO KSIĘSTWA OLEŚNICKIEGO
Jedną z głównych postaci literatury polskiej na Śląsku w XVII wieku był Jerzy Bock. Urodził się w Komorznie pod Byczyną dnia 12 kwietnia 1621 roku jako syn przybysza z Siedmiogrodu. Owo Komorzno to niewielka wioska, ale zapisało się w dziejach polskiego protestantyzmu, wydając kilku pastorów. Wiadomości o życiu Jerzego Bocka opierają się głównie na jego nagrobku w kościele świętego Jerzego w Oleśnicy (tak zwany Probstkirche). Według listu Zarządu Kościelnego w Oleśnicy z dnia 30 kwietnia 1936 do pastora Wenzlaffa w Pszczynie sam pomnik już nie istnieje. Natomiast tekst napisu przechował Sinapius w swoim dziele „Olsnographia”. Bock opanował język polski wręcz perfekcyjnie, stąd przypuszczać możemy, że owo władztwo języka, które widzimy w jego pismach musiał wynieść z domu i ze szkoły początkowej i średniej. Być może pierwszym jego nauczycielem był pastor Lysonius (Łysoń) lub kantor w rodzinnej wsi, zaś wykształcenie średnie odebrał najprawdopodobniej w szkole miejskiej w Byczynie, która dla dzieci mieszczan z Wrocławia, Brzegu i innych zniemczanych miast odgrywała długo rolę seminarium języka polskiego. Po skończeniu nauk otrzymał w roku 1646 posadę nauczyciela w szkole miejskiej w Namysłowie, a w roku 1648 przeszedł na posadę diakona w Wałczynie. Przybywali tu synowie mieszczan z Oleśnicy, Bierutowa i Dobroszyc, aby nabyć języka polskiego, potrzebnego pastorom, kupcom i innym zawodom ze względu zarówno na liczną ludność polską wsi i miasteczek śląskich jak i na ożywione stosunki handlowe z Polską. W Wałczynie Bock ożenił się z siostrą Adama Hilbriga, Dorotą lub Teodorą (nie ma pewności co do imienia). Zmarła ona w roku 1665. W tym samym roku, w którym Bock został diakonem w Wałczynie, księstwo Oleśnickie przeżywało zmianę dynastii. W czerwcu 1647 roku umarł Książe Karol Fryderyk, ostatni z rodu Podiebradów, panującego od półtora wieku w Oleśnicy. Z córką ostatniego Podiebrada, Elżbietą Marią (ur. 1625) ożenił się dnia 1 maja 1647 Sylwiusz Nemrod, książę wirtemberski z ubogiej linii tego rodu. Książę Sylwiusz był gorliwym luteraninem, może nie tyle z przekonania, ile ze względów politycznych, gdyż na nim i na książętach brzesko - lignickich spoczął po wojnie 30-letniej ciężar obrony protestanckiego stanu posiadania na Śląsku. Chęć pozyskania poddanych dla nowej dynastii i wzmocnienia luteranizmu doprowadziła księcia Sylwiusza do uznania żywiołu polskiego. Postanowił więc nauczyć się języka polskiego i w roku 1650 sprowadził na diakona i pastora polskiego do Oleśnicy Jerzego Bocka, który ponadto nauczał księcia polskiej mowy. Rok później książę mianował Bocka archidiakonem oleśnickim. Bock był człowiekiem, który nie taił swoich myśli, przekonań i uczuć, umiarkowany protestant, nie zaś oschły rygorysta, wierzący raczej uczuciowo, potrafiący uznać dobre strony w innych wyznaniach chrześcijańskich, a zwłaszcza w katolicyzmie. Jako pierwszy przetłumaczył Agendę Oleśnicką z języka niemieckiego na polski. Jego najbardziej znanym utworem jest „Nauka Domowa” z roku 1670., który to utwór kazałby przypuszczać, że w drugim małżeństwie nabrał Bock więcej gorzkiego doświadczenia niż w pierwszym. A oto fragment tego utworu:
„Wasza, mój szwagrze, siostra, moja żona, Już czas niemały do grobu włożona, Wam mowić każe, każez uprzejmości Wizerunek podać winnej powinności. Więc w ręku moich Naukę Domową Bierzcie, k’mniej waszę skłoniwszy myśl zdrową: Kto dobrze waży słowo przyjaciela U tego w piątek wesoła niedziela”. Do smakowitych kąsków należy również i ten fragment: „(…) Kto się w cnoty zapomogł, nie dba o pieniądze, Żona w cnoty bogata większej doda żądze ‘niej się garnąc: bo skarby rozwijają się, cnota W całości swej zostaje, choć owo robota Z ręku patrzy i z czoła wytłacza pot słony, Nie znajdziesz na okręgu ziemskim nad tę żony”. Wart uwagi jest także fragment – porada: „Rychlej męża przyciągniesz do siebie robotą, Niż owa, co na głowie nosi tkankę złotą (…)”. A zatem dziewczyny więcej pracy zamiast strojenia się przed lustremJ. Pozwolę sobie przytoczyć jeszcze jeden fragment, tym razem pochodzący z „Agendy” i skierowany do czytelnika: „Nie zadziwuj się, czytelniku drogi, Żem tu w tej pracy lekki i ubogi, Idąc języka z dawna bitym torem, Nie sypiąc słowy teraźniejszym worem, Jakich jurysta przed sędzią w Lublinie Na tysiąc oraz na trzy wywinie. Ja tu przed proste kładę proste słowa, W jakich się kocha każda prosta głowa (…)”.
Bock zmarł dnia 19 listopada 1690 roku i został pogrzebany 26 listopada w kościele, e którym nauczał swoje polskie owieczki. Nagrobek prawdopodobnie został postawiony przez parafian pastora Bocka, czego domyślać się możemy na podstawie treści napisu z tablicy nagrobnej. Drugą ważną osobą związaną z naszymi terenami był popularny w owym czasie śląski pisarz i aktor Karl von Holtei, częsty gość „Karczmy Wilka”. Holtei urodził się w roku 1789, a zmarł w 1880, przeżywszy 91 lat. Przez całe swoje życie poświęcone literaturze napisał 55 sztuk teatralnych. Ten płodny literat znany był ze swej sympatii do Polski. W roku 1825 napisał wodewil zatytułowany „Stary wódz” (Der alte Feldherr). Opowiadał on o spotkaniu tytułowego bohatera – Tadeusza Kościuszki z żołnierzami polskimi. Wodewil cieszył się ogromnym powodzeniem. Był wystawiany we Wrocławiu, Oleśnicy, a także w teatrze pałacowym w Szczodrem. Ponadto Holtei ma w swoim dorobku także dramat zatytułowany „Stanisław”, oparty na historii porwania przez konfederatów barskich ostatniego króla Polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. Poza pisaniem Karl von Holtei dużo podróżował, przez co często zmieniał pracę i miejsce zamieszkania. Przez pewien czas był między innymi dyrektorem teatru w Rydze, aktorem i sekretarzem teatru we Wrocławiu, a nawet mieszkał w Obornikach Śląskich. W swoich dziennikach opisał pobyt w „Wilczej Karczmie” w Długołęce w styczniu roku pańskiego 1861. Jadąc z Wrocławia do Oleśnicy pisarz zauważył, że powożący dyliżansem woźnica najwyraźniej dobrze zna karczmę Wolfów, gdyż tuż przed Długołęką okazywał wyraźne ożywienie. Sama karczma zrobiła na pisarzu dobre wrażenie. Pokoje gościnne choć nieduże były przytulne, kawa miała dobry smak, a miejscowe piwo jeszcze lepszy. Kolejną godną uwagi postacią jest pastor Tomasz Pluta. Urodził się w 1621 roku w Byczynie. Był pastorem Bykowa w latach 1651 – 1693. Wszystkie swoje nabożeństwa odprawiał w języku polskim, co było wygodne dla wielu wiernych. Do kościoła w Bykowie uczęszczali protestanci z Długołęki z racji tego, iż nie mieli własnego kościoła protestanckiego. Tomasz Pluta był pastorem, który nie tylko dbał o zdrowie duchowe swoich owieczek, ale także to fizyczne, czysto cielesne. Propagował między innymi sadzenie lip, gdyż zmieniają one mikroklimat, kwiaty nie tylko dają nektar dla pszczół, ale ususzone są lekarstwem na przeziębienia. Pomimo tak pilnej uwagi przywiązywanej do zdrowego trybu życia Tomasz Pluta zmarł na raka wodnego w roku 1699. W 1692 roku wydana została książka autorstwa ogrodnika zamieszkałego w Gorzesławiu Georga Hrbstena. Był on nadwornym ogrodnikiem księcia bierutowskiego. Owe dzieło zaś zawiera pięć rozdziałów kolejno zatytułowanych:
1. „Sady” 2. „Ogrody warzywne” 3. „Winnice” 4. „Ogrody kwiatowe” 5. „Ogrody z ziołami leczniczymi”. W swojej książce opisał wygląd ogrodów i sposobu dbania o poszczególne ich części. Z jego doświadczeń korzystało wielu ogrodników. Prawdopodobnie również nasz ogrodnik urodzony w Szczodrem, niejaki Christian Weiss. Został ochrzczony w Bykowie, do której to miejscowości powrócił po latach pracy i podarował kościołowi sumę 100 RTL. Był nadwornym ogrodnikiem księżnej Izabeli Lubomirskiej z Czartoryskich. Zaprojektował dla owej księżnej wspaniałe ogrody na Wilanowie i Mokotowie. Zmarł w roku 1730. Kolejną postacią ważną w rozwoju naszej miejscowości i bardziej nam współczesną był niejaki pan Fischer, ostatni kierownik niemieckiej szkoły w Długołęce. Poza kierowaniem szkołą zajmował się także z zamiłowania wykopaliskami archeologicznymi. W roku 1990 przyjechała wraz z wycieczką córka pana Fischera. Oglądała dawny budynek szkoły przy ulicy Wiejskiej (obecnie mieści się tam Gminny Ośrodek Kultury) dość długo, gdyż ma do niego sentyment. Dawniej budynek szkolny podzielony był na część przeznaczoną dla uczniów z salami lekcyjnymi i na część mieszkalną przeznaczoną dla nauczycieli. Kierownik Fischer mieszkał wraz z rodziną w budynku szkolnym. To tam właśnie, w jednej z izb przyszła na świat jego córka. Wiemy to od samej pani Fischer, która podczas swojego przyjazdu do Długołęki w roku 1990, podzieliła się tą informacją z panem Zdzisławem Nowakowskim.
Ad 1) Strona tytułowa z dzieła Gottlieba Fuchsa; sygn 351155
Ad 2) Strona tytułowa z dzieła Johanna Georga Knie; sygn. 40700
Ad 3) Storna tytułowa z dzieła Georga Herbstena; sygn. 351155
Właścicielem oryginałów jest Biblioteka Uniwersytecka we Wrocławiu.
Tekst przygotowała grupa poszukiwawcza „Łęga” z Długołęki pod kierownictwem pana Zdzisława Nowakowskiego i redakcją Eweliny Gałdzińskiej
Wszelkie informacje użyte w tekście pochodzą z materiałów udostępnionych przez pana Nowakowskiego, m.in.: Johann Sinapius „Olsnographia”, Wincenty Ogrodziński „Biblioteka pisarzy śląskich”, „Dzieje Długołęki” pod redakcją Frassa.
2007-10-30
Autorski tekst Pani Srogiej Nadziei z Bykowa
„ Nasz Byków”
Wioska Byków po wojnie nosił nazwę Pałkowice. Stały stare domy wzdłuż głównej ulicy. Wokół puste pola, tu rosła wierzba, tam topola. Pola pełne polnych kwiatów- maków, rumianku, niebieskich bławatów. Przestrzenie słońce oblewało swymi promieniami, taka cisza, taki spokój, przyjazny ludzi gest, tylko wiatr wywiewał smutne myśli z ludzkich serc. Wokoło las szumiący rośnie- dęby, buki, wierzby, sosny. Mury domów zniszczonych napełniły grozą z każdej strony. We wsi po wojnie osiedlili się osadnicy, przesiedleńcy wzięli władze w swoje ręce. Robili porządki, orali przyznaną im ziemię, płakali często po kątach skrycie ile mieli marzeń ile pomysłów na życie. Tak się z tą robotą rozpędzili aż dobre płace domy do remontu w gruz zamienili. Wieś zaczęła się do życia budzić, było widać zapał i radość wśród biednych ludzi. Przeszłość minęła odeszła w dal pozostała historia i wspomnienia. Ludzie zaczęli żyć teraźniejszością, mieli dużo do zrobienia. Zaczęto robić główną drogę, założono sklep spożywczy, otwarto 3-klasową szkołę, która tętniła życiem i śmiechem dzieci wesołym. Było biednie ale wesoło, kurz wojny unosił się wokoło. Ludzie starali się na dzień dobry mając, nadzieję, że dzień będzie dobry. Nie samą pracą człowiek żyje bądźmy w dobrej wierze duchowi i ciału też się coś należy. Pusty pokój, bęben, harmonia muzyka często nie udana ludzie bawili się świetnie do białego rana. Śpiewali piosenki, opowiadali kawały cieszył się wioski lud cały. Po latach nazwę wioski Pałkowice zmieniono na Byków. Przeżyliśmy przełom w rolnictwie, prywatyzacja zboża staniały nie było gdzie sprzedać. W rodzinach rolników zaczęła się bieda. Rolnik siadał na ciągnik wielką pupą i jechał ze zbożem szukać punktu skupu. Albo prosił: „ Panie wójcie kochany proszę o podatku odroczenie sprzedałem zboże i świnie mam pusty portfel i puste kieszenie. Wciąż jeżdżę proszę wystaję godzinami nie mogę dojść do skutku z biznesami.” Ludzie zaczęli sprzedawać ziemię po niskiej cenie. Nic się nie opłacało. Ci co ją kupili mają obecnie forsy pełne kieszenie. Kto nie sprzedał ziemi cieszy się plonami przechadza się z radością między zbóż łanami. Gospodarka rolna ustabilizowała się po wejściu do Unii, zboża, ziemia zdrożały, rolnicy wymieniają się doświadczeniami, cieszą się swoboda, idą ostro do przodu. Nauczyliśmy się kochać Matkę Ziemię mamy na niej swoje specjalne miejsce. Powstaje mnóstwo nowych domów, ludzie z miasta wybrali tereny Bykowa puszczając swoje korzenie, prowadzą życie spokojne, beztroskie. Cieszą się przyrodą, urokami wioski. Mamy piękną nową trasę z przejściami, światłami, po której sznury samochodów jadą bez końca. Chodniki, wodociąg wszędzie tętni życie, jest pięknie, jasno, dopóki ostatnie światła nie zgasną. Pola wzdłuż trasy zapełniły się pięknymi biznesowymi budowlami a my cieszymy się Bykowa sukcesami. W pobliżu lasu dom stary zabytkowy stoi ma już 150 lat. Zagościły w nim na dobre radości i smutki chociaż maił czasu szmat. W dali las sosnowy rośnie, z brzegu brzozy w głębi sosny. Buki, dęby, jarzębiny i jagody i jeżyny. Przy studni żuraw, który jest już zabytkiem służy do wyciągania wody ze studni. Niech sobie stoi koło domu czujemy do niego sentyment, nie przeszkadza nikomu. Na wzgórzu kościółek stary, zabytkowy, wewnątrz z pięknymi rzeźbami. W nim pozostawiamy nasze radości, smutki gdy życie nas zmaga różdżkami. Na uboczu cmentarz miejsce spoczynku zmarłych, strefa ciszy, ostatni przystanek, ciało nasze tutaj na zawsze zostanie. Sklep spożywczo-przemysłowy jest wszystkiego w brud. Dużo artykułów kupić by się chciało lecz pieniędzy ludzie mają za mało. Na zeszyt sklepowa nie chce dać twierdząc: „Kredyt umarł pochowany płać gotówka mój kochany.” Obok trasy świetlica wiejska, która ze szkoły w świetlicę się przeniosła. Dzięki naszej pani Sołtys pani Wójt tętni w niej kulturalne i rozrywkowe życie. Cieszą się starsi cieszą się dzieci. Organizowane są zabawy wiejskie, dzień babci i dziadka, wieczór seniorów, dzień dziecka, dzień mamy, komunie, wesela, chrzciny, po weselach poprawiny. Zarośnięty chaszczami park przemienił się w park nie do poznania. Alejki, staw z szuwarami, boisko sportowe, siatkówka, na ławeczkach siedzą zakochani parami. Park wykoszony zadbany wszystko dzięki temu że zaradną panią sołtys mamy. Gdy będziemy wszyscy solidarni, zorganizowani, otwarci sami siebie i innych będziemy cenić, życie nasze w piękniejsze się zamieni. Uprzątniemy nasze zagrody, wytniemy zielska, będziemy mogli powiedzieć z czystym sercem: wieś cicha, piękna sielska. Gdy się człowiek zakorzeni w swojej rodzinnej wiosce, nie wyrwie go stąd żadna siła, żadne powołanie nawet po śmierci tutaj zostanie. Jedynym dni życia w szczęściu innym w smutku płyną my jesteśmy jedną, wielką rodziną. Słoneczko raz jaśniej raz ciemniej nam świeci życie swe chmury ma raz na wozie raz pod wozem i tak sobie szybko gna. Nasz Byków jest naszą przystanią, azylem naszym, nie pozwolimy nikomu mieszać w naszej kaszy.
„Nasz Byków”
Wieś piękna wieś cicha sielska Zasnuta mgłą poranną Pachnąca zbożem i zielenią. Wokoło pola dalej las Tak dostojnie otacza nas. Na wsi słońce jaśniej świeci Pieszcząc promieniami każdy kąt. Nie wyjedziemy do miasta za nic w świecie My jesteśmy sercem i duszą stąd W naszej wiosce dni życia Płyną beztrosko Kochamy cię serdecznie Ty rodzinna nasza wiosko.
„Hymn Bykowa”
Nasz byków to piękna wioska Nie znajdziesz takiej, nie. Kto przez nią raz przejedzie To pod urokiem jest.
Mieszkamy w niej od dawna Od wielu długich lat Tu się wychowaliśmy Tutaj jest piękny świat.
Chociaż nazwa jest nieładna Z historią wiąże się Rosły tu duże lasy A byków mnóstwo w nich
Stąd nazwa ta pochodzi Stąd nasz Bykowski ród Komu się nie podoba Tego nie zmieni już.
Idziemy tak przez Zycie I nie dajemy się. Kochamy nasza wioskę Wszędzie chowaliśmy się.
To jest nasz piękny Byków Znamy tu każdy kąt Tutaj jest nasze miejsce Tu jest nasz własny dom.
Autor-Pani Sroga Nadzieja 24.10.07r.
2007-10-29
Wspomnienia Romana Wolbisia z Bykowa spisane przez wnuczkę Karolinę
„Droga do domu”
Witam. Mam na imię Karolina i chciałabym opowiedzieć wam historię mojego dziadka Romana Wolbisia. Dziadek urodził się 28 kwietnia 1932r. . w miejscowości Jarzębie obok Wielunia. Z dzieciństwa dziadek pamięta bardzo mało tak jak u każdego dziecka było radosne i dlatego właśnie nie pamięta tamtych czasów. Jak wszyscy wiecie 1 września 1939r. wybuchła najstraszliwsza z wojen, dziadzio miał zaledwie 7 lat. Jego rodzice spakowali najpotrzebniejsze rzeczy i zaczęli uciekać w głąb Polski. Dotarli, aż do Kresów wschodnich ale jak również wiecie 17 września i od wschodu zostaliśmy zaatakowani. W geście rozpaczy postanowili wrócić punktu wyjścia (domu rodzinnego), po drodze przeżyli koszmar, który dziadek wspomina wielokrotnie. Polskie wojsko- ułani stacjonowali w lesie brzozowym. Nagle nadleciały niemieckie samoloty i dokonały rzezi. Nie przeżył chyba nikt. Oczom dziecka ukazały się obrazy, które trudno sobie wyobrazić. Zabite konie, powalone drzewa i zabici ludzie do dziś pozostają w pamięci mojego dziadka. Rodzina wróciła do domu i tam zastała ich okupacja. Jak tysiące Polaków, zostali zmuszeni do wyjazdu na przymusowe roboty do Niemiec, oczywiście tylko rodzice. Dzięki staranią prababci Kasi dziadek również znalazł się w Niemczech. Czasy te wspomina dobrze, ponieważ był dzieckiem i nie rozumiał do końca powagi sytuacji. Po 5-iu latach niewoli nastąpiło wyzwolenie. Najpierw Amerykanie, następnie na skutek porozumień, strefę tą przejęli Rosjanie. Tutaj chciałbym opowiedzieć pewną historię. Amerykanie zapraszali wszystkich Polaków do wyjazdu za Ocean, pradziadkowie bliscy byli tej decyzji ale z megafonów babcia usłyszała apel: „Kochani rodacy, wracajcie do ukochanej Ojczyzny” i to zaważyło na decyzji pozostania pod okupacją Radziecką. Rozpoczęła się wędrówka w kierunku domu. W oczach dziecka pozostał widok obozu koncentracyjnego „Dorauł”, gdzie zostali zakwaterowani. Pamięta tyle, iż wszystko, aż ruszało się od insektów. Na szczęście byli tam tylko jeden dzień. Pociągiem, samochodem, furmanką, wreszcie piechotą, każdy dzień przybliżał ich do celu wędrówki. Niestety głód zmusił ich do skorzystania z jeszcze niedojrzałego ziarna- był czerwiec. Posiłek dla całej grupy skończył się chorobą, na szczęście stało się to w Bykowie. Powrót do zdrowia zajął dzieciom i starszym kilka dni, które były pełne przemyśleń- czy warto wracać?, zwłaszcza, że docierały wiadomości, iż dom pradziadków jest zupełnie zniszczony. Głowy rodzin podjęły decyzję o pozostaniu. Pradziadek ma dokumenty, że jest siódmym mieszkańcem gminy Jeukowice, ponieważ tam wtedy znajdywała się administracja państwowa. W naszej wsi było wiele pięknych domów ale pradziadek zawsze marzył o sadzie, dlatego wybrał glinianą chatę z papowym dachem, która już nie istnieje, lecz sad obok nie pozostał. Początki były bardzo ciężkie, grasowały tu jeszcze Ukraińskie bandy oraz szabrowcy, a i Rosjanie czuli się bezkarni. Sytuacja z każdym miesiącem , stawała się bardziej stabilna. Ludzie zaczęli gospodarować, w kościele pojawił się pierwszy Polski ksiądz. Milicja panowała już nad porządkiem. Poznawali swój nowy dom. Wszystko tu było wielkie. Wielkie budynki, duży kościół, dwa zamki, parki, dwa cmentarze. Wszystko to było dla nich nowe, dlatego większości z tych budowli nie przetrwała, a to cegły się przydały, a to tłumaczono, że to poniemieckie (niczyje) i krok po kroku niszczono. W 1948r. zabudowaniach Folwarcznych powstała spółdzielnia produkcyjna- wymysł sowietów. Niestety po kilku latach upadła z wielkim hukiem. Dziadek na fali zrywu patriotycznego w 1949r. zapisał się do SP (Służba Polsce). Przez 9 miesięcy odbudowywał Warszawę, następnie służył w WOP-ie i wspomina akcje, gdzie doszło do regularnej strzelaniny między wojskiem a bandytami. Po skończonym pobycie w wojsku w 1955r. ożenił się z moją babcią, która przyjechała tutaj po wojnie z Radomska. Odbudowali spalony dom i ciężką pracę w gospodarstwie, starali się zapewnić byt swoim dzieciom. Dziadkowie zawsze byli otwarci na wspólne potrzeby, pomagali przy otwarciu naszego kościoła, otwarciu szkoły- 1957r. jak również w budowie naszej świetlicy. Lata mijały. Wieś robiła się coraz ładniejsza. Niestety pradziadkowie i brat dziadka umarli, zostali pochowani na cmentarzu w Bykowie. Chciałabym dołączyć tu pewne zdjęcie. Widać na nim mojego pradziadka i dziadka, który jest w moim wieku. Patrzę daleko przed siebie, może w przyszłości, może wiedzieli już wtedy to swoje nowe miejsce na ziemi, które dla mnie jest wszystkim.
Moja babcia Danuta Tuzimek (Jastrzębska) urodziła się w 1934r. w Rawie Ruskiej, woj. Lwowskie. Kiedy miała półtora roku zmarł jej ojciec. Gdy wybuchła II wojna Światowa miała zaledwie 5 lat. Babcia mieszkała w małej drewnianej chacie. Pewnego dnia w czasie wojny blisko jej domu rzucono bombę, rozbiła wszystkie okna, a odłamki gruzu podziurawiły dom. W Rawie Ruskiej chodziła tylko do I klasy. Nie posiadała żadnych książek tylko ołówek i zeszyt. Przystąpiła tam także do I Komuni Św. W 1944r. wraz z mamą i siostrą uciekała przed bandą ukraińską. Trafiły do Gawłowa, powiat Bochnia, mieszkała tam rok i 2 miesiące. Chodziła tam do II klasy- miała wtedy 10 lat, została tam także do zakończenia wojny. Po skończonej wojnie organizowali wyjazd na zachód. 2 tygodnie mieszkała z rodziną w Purze koło Bochni. Następnie przez tydzień jechała z mamą i siostrą pociągiem tzw. węglarkach (bez dachu), co jedli i pili to już babcia nie pamięta. Dojechała do okolic Leszna, mieszkała na pewnej gospodarce przez pół roku i uczęszczała tam do III klasy. W grudniu 1945r. wyjechała do Starej Łomnicy, powiat Bystrzyca Kłodzka, gdzie mieszkała u stóp Gór Sudetów (chodziła dalej do szkoły, zbierała jagody w górach, zbierała drewno na opał, pasła krowy). W Łomnicy ukończyła szkołę podstawową, gdzie musiała w ciągu roku zaliczyć VI i VII klasę, ponieważ przez wojnę straciła rok nauki. Do wyższej szkoły nie poszła dlatego że jej mama chorowała i musiała się ją opiekować oraz młodszą 6-letnią siostrą. W Starej Łomnicy mieszkała 14lat. W kwietniu 1954r. wyszła za mąż , a w październiku tego samego roku zmarła jej mama. Po jej śmierci w 1959r. przyjechała do Bykowa i mieszka w nim do teraz. Babcia lubiła zwiedzać ciekawe miejsca, dużo czytać, mówiła w szkole wiele wierszy oraz tańczyła różne tańce. Zwiedziła między innymi: Wambierzyce, Zakopane, Bardo Śląskie i wiele innych. Niektóre wycieczki były organizowane przez parafię. Babcia żeby chciała gdziekolwiek jechać musiała przebyć drogę ponad 12 km, aby sprzedać jajka, ser, masło. Teraz kiedy ma 73 lata lubi dalej czytać książki, dalej chciałaby zwiedzać Polskę i jej piękne miejsca lecz nie pozwala jej na to zdrowie.
Zapamiętane wiersze babci z dzieciństwa (Danuty Tuzimek):
Nasza szkoła Przybrała się szkoła W nowe czyste szatki Na okienkach swoich Ustawiła kwiatki
Wybieliła ściany Podłogi umyła Na przyjęcie dzieci Tak się wystroiła
Szykuje się szkoła Niecierpliwią sprzęty Kiedy ten rok szkolny Będzie rozpoczęty
Patrzy szkoła oknem Szybeczkami świeci A tu do niej drogą Idzie tyle dzieci.
(wiersz ze szkoły 1945 r.- II klasa)
Czasi My dień nie spim I noc nie spim I dień i noc stucim, stucim Idom wszech da Skaziku da. (po rosyjsku)
Czas My w dzień nie śpimy My w noc nie śpimy I dzień i noc idziemy, idziemy Idziemy zawsze Powiedz dokąd (po polsku)
Babie lato Biała pajęczyna ściernisko okryła Oj żebym ja prędko szyć się nauczyła. Uszyłabym sobie bialutką chusteczkę Braciszkowi memu śliczną koszuleczkę.
Nosił by braciszek piękną tą koszulkę Modlił by się za mną i za naszą matulę Że mnie tak młodziuchno szyć mnie nauczyła Że mu koszuleczkę tak pięknie uszyła.
(data- nie zapamiętana)
Rosną sobie grzybki w trawie. Rosną sobie grzybki w trawie I patrzą na świat ciekawie Co to będzie co to będzie Pełno grzybów w trawie wszędzie
Nocą podrosły grzybeczki Zwiększyły się im czapeczki Ale jeszcze są maleńkie Tyci, tyci, tyciusieńkie.
Zagrajże nam mała pszczółko Zatańczymy sobie w kółko Raz na lewo raz na prawo Byle prędzej byle żwawo
(wiersz z 1943 r.)
2007-10-24
Rozmowa z panią Marianną Grabową z Kątnej dotycząca kina objazdowego
- Dzień dobry, mogłaby nam pani powiedzieć jak długo mieszka pani w Kątnej? - Ja bardzo dawno tu mieszkam, ja wiem ile? Przyjechałam z rodzicami z Kielc i mieszkałam w Oleśnicy. 19 lat miałam jak wyszłam za mąż i zamieszkałam z teściami tu w Kątnej.
- A teraz ile ma pani lat? - 67.
- Czyli mieszka pani tu już ponad 45 lat. Może mogłaby więc pani opowiedzieć nam trochę o tym jak wyglądało życie w Kątnej kiedy była pani młodą osobą i jak zamieniała sie miejscowość? - Ja zajmowałam się... Mąż poszedł do wojska a ja zajmowałam sie tylko swoją rodziną. Nigdzie nie chodziłam, dzieci miałam jedno po drugim, mąż był kinooperatorem...
- Kinooperatorem kina objazdowego? - Stałe i objazdowe. To się nazywało Kino Jarzębina. Kierownikiem był Kwiatkowski Zenon. I oni w niedzielę grali tutaj w Kątnej a w dni powszednie objeżdżali Ligotę, Krzeczyn, Śliwice... tam jeździli. Dla dzieci były wyświetlane poranki, po prostu dla dzieci, a po południu, wieczorem, dla starszych.
- Jeździli samochodem? - Samochodem nie jeździli tylko końmi, wozem a teściu powoził.
- Jak nazywał się pani mąż? - Aleksander.
- A jak długo działało to kino? - Ono bardzo długo działało. Dopóki mąż nie poszedł do wojska... Zanim jeszcześmy się poznali to to kino było. Później jak już poszedł do wojska to ktoś inny tu urzędował i ono dalej działało. Kierownik sie nie zmienił, tylko kinooperator. A filmy wynajmowali... po prostu jeździli do Wrocławia, na Świerczewskiego. Tam było kino Śląsk i tam właśnie koło tego kina Śląsk była taka przybudówka, taki gmach i tam... bo nawet jak w wojsku był to też przyjeżdżał raz w miesiącu po filmy do Wrocławia, bo był też kinooperatorem w wojsku. Tak, że były tutaj różne takie, i zabawy też były ale ja to o tym wam nie powiem wiele bo ja się tym nie interesowałam.
-Bardzo więc dziękujemy za ciekawą historię o kinie.
Wywiad przeprowadziły następujące osoby: Natalia Cieśla, Monika Chmieluk, Patrycja Chmieluk, Agata Rogozińska, dnia 22 września 2007 roku
2007-10-23
Rozmowa z panią Marianną Domoń z Pietrzykowic przywołującą zapomniane, ludowe tradycje świąteczne oraz opowiadającą o turnieju „Kolorowe Wsie”.
- Nazywam sie Marianna Domoń i pochodzę z kieleckiej wsi Igrzycznia. Stamtąd po wojnie w 45 przyjechaliśmy tu. Później poszłam do szkoły, do pierwszej klasy w wieku 8 lat ponieważ musiałam wychowywać dwoje młodszego rodzeństwa, dwóch braci. (...) Zacznę od Zielonych Światek. W Zielone Świątki był taki zwyczaj, że się maiło mieszkanie, to znaczy gałęzie lipy przynosiło się, zatykało się za łóżka, gdzie tylko się dało;| w kącie się postawiło, gdzieś tam za obraz, za gwoździa, maiło sie całe mieszkanie wewnątrz.... i koniecznie musiał być pachnący tatarak, prawdziwy tatarak. Szło się do rzeczki, przynosiło sie z rzeki – rzeka Widawa – i rozrzucało się po podłodze, po podwórku, na tych ścieżkach gdzie sie chodziło, ponieważ jaki sie po tym deptało to to się zacierało i ten zapach taki cudowny dawał tatarak. I to się odczuwało, że to są Zielone Świątki faktycznie. I przed domem się maiło, przy wejściu, tak samo – gałęzie lipy... przynajmniej tato mówił, że to lipą się powinno... więc pewnie jakieś znaczenie to miało. Nie wiem dlaczego gałęzie lipy... chyba dlatego, że po prostu te lipy rosły koło domów, przy drodze... nie mam pojęcia ale tak mi sie wydaje. No, Zielone Świątki ważne święto było - szło sie do kościoła i w ogóle... Później spacery, jak zwykle... jak sie krów nie popędziło... No ale powinnam była zacząć od Wielkanocy, bo Wielkanoc wcześniej była. Wielkanoc... Wielkanoc to były cudowne święta jak człowiek był młody, to były takie przepiękne święta. Święciło się palmy... Nie robiliśmy takich palm z prawdziwego zdarzenia, jako takich, tylko kwiatków parę zrobiło się z bibuły i gałązki tej wierzby, „baziów”, wstążeczką się przewiązało i to była palma. Potem z kościoła się wyszło, poświęconą palmą biło sie po plecach po to żeby... odganiało się jakieś złe duchy od osób drugich tą święconą palmą. Później święcenie jajek. Było tak jak dzisiaj: no kiełbaska, jajko, mięsko, chlebek, pieprz, sól, ocet, babeczkę jakąś tam się wkładało do koszyka, wiadomo: biała serwetka, czyli to raczej tak jak jest dzisiaj tak i wtedy było. (...) Pierwszy dzień świąt to było bardzo ważne święto, gdzie nie wolno było wesel robić, chrzcin, żadnych imienin, żadnych bali, niczego. Nawet tato nam nie pozwalał wychodzić na spotkania z koleżankami czy z kolegami. Wszyscy siedzieli w domu, po cichutku... odpoczywali jakoby. W drugi dzień świat natomiast bywały wesela, bywały chrzciny, bywały różne spotkania, można było iść na spacer wtedy. Dziewczyny się schodziły to fajnie śpiewałyśmy sobie różne piosenki. No, to było takie bardzo wesołe. Aha, najważniejsze to było w drugi dzień Śmigus Dyngus – to było straszne oblewanie! Boże kochany, ja nigdy tego nie zapomnę, jakim cudem ja sobie nogi nigdzie nie przebiłam. Jak to było to ja nie wiem ale tylko śmigałam przez te płoty tak uciekałam. Podstawiali mnie pod studnię, studnia miała pompę, tam była wanna, wsadzali mnie do tej wanny i pompowali na mnie wodę, chłopcy - niby koledzy. Tacy byli mili... tak dostawałam w skórę od nich. Ale najpierw prosili, ja jeszcze w łóżku byłam: „Otwórz, błagamy cie, prosimy, my tylko mamy perfumy, naprawdę, otwórz”. Ja tam widziałam dwóch, trzech – otworzyłam, a jak uwierzyłam im, zaufałam, otwarłam to się okazało, że ich było dziesięciu więc mnie wyciągnęli do tej studni i tak pompowali wodę na mnie... To trwało bardzo długo, kilka godzin: od rana aż do mszy południowej, do sumy, tak lali bez przerwy. I to nie tylko kawalerowie bo i żonaci mężczyźni też. ja już nie miałam gdzie się chować... ale to była taka radość: cieszyłam się, że przyszli mnie oblać a nie inną. To było wyróżnienie. .. I nigdy się człowiek nie przeziębił (...) W święta ludzie robili sobie psikusy. Jeżeli się kogoś nie lubiało tam sie nie szło, tam się nie szło, tam się nie robiło psikusów, tam sie nie robiło żadnych takich rzeczy. A jak się kogoś lubiało, czuło się sympatię do tej osoby to właśnie tak mu sie niby dokuczało, ale to było przyjemne. I tak jak żeśmy na przykład szli z Pasterki i... dzisiaj to są światła, wtedy było ciemno na ulicy i przed kościołem: buch! Wpadłam w coś. Patrzę - bramka. No, podskoczyłam, przeszłam, przychodzimy do domu: nie ma naszej bramki - czyli na swoją bramkę własną weszłam, wynieśli nam. Albo poszło się do kościoła na Pasterkę, przyszło się, patrzy się: coś na dachu jest. Co to jest? Cała fura, furmanka czyli wóz konny. Porozkręcany był, potem złożony na tym dachu i stał sobie na tym dachu. I rób co chcesz, zdejmij jak chcesz. No ale trzeba było to zrobić. Ale to było tak jeszcze wcześniej, nie jak byłam panienką, bo to już wtedy tego się nie robiło tylko takie właśnie tego typu jak: przyszli wapnem ochlapali szyby... Mnie tego nie zrobili dlatego, że... Właśnie dlatego, że czuli tą sympatię do mnie to uważali, że to będzie za mocne, że ja muszę w święta to myć, te okna. A tato nas zawsze ostrzegał: „Dziewczyny uważajcie, bo przyjdą chłopaki to wam ochlapią okna. Pilnujcie dobrze.” A ja sobie myślałam: „Ochlapią to niech ochlapią, nie muszę myć w święta, umyję po świętach i już”. Ale to nie było tak : musiałaś myć zaraz w święta. A to sie robiło w Wigilię. - A jak wyglądała sama Wigilia i przygotowania do niej? - Cztery tygodnie przed Wigilią zaczynał się Adwent. Tydzień przed Wigilią mama piekła ciasteczka, przygotowywała to żeby one skruszały. W takim kamiennym garnku to trzymała, przykryte. Oczywiście schowane, inaczej nie mogłyby być, bo by były tylko jedna godzinę... Ale pamiętam jak taki śnieg fajny był, my żeśmy polecieli poślizgać się na ten śnieg, bo tak z górki mieliśmy drogę, i mama te ciastka piekła - to tak pachniało wieczorem, Boże, na tym śniegu, że aż po prostu... no nie potrafię sobie tego wyobrazić żeby... Dzisiaj człowiek tego nie docenia a wtedy to było coś wspaniałego! No a później, jak już się zbliżała Wigilia to tato zawsze zapowiadał: „Dzieci, sianko. Trzeba przynieść sianko pod obrusik.” I zawsze było to sianko, był opłatek na sianku. Tato przynosił snopek słomy, stawiał w kącie w pokoju, tam gdzie żeśmy kolację spożywali tą wigilijną. I jeszcze słomę rozrzucał na podłogę, żeby po tej słomie deptać, żeby... no taka była tradycja, tak musiało być. Gdzieś tak jeszcze kawałek snopka powiesił u sufitu, bo to sie powinno wieszać jemioły... nie wiem dlaczego to tak było? Ale snopek taki mały powiesił... i tak śmiecił całe święta. No ale mimo wszystko, jak sobie człowiek dzisiaj przypomni to było bardzo miłe. Mama robiła te wszystkie potrawy na Wigilię - przygotowywała dwanaście potraw. W to oczywiście wchodził kompot z suszonych owoców i takie różne te przystawki ale musiało być dwanaście zawsze. Kasza jaglana czyli jagła inaczej, taka żółciutka. I ta kasza okraszona była masełkiem, no bo nie można było niczym innym. Tą kaszę musieliśmy po troszku jeść. Boże, ja naprawdę nie pamiętam tych potraw, tylko tą kasze tak sobie zapamiętałam bo tak jej nie lubiłam. Ale wiem na pewno, ze było dwanaście potraw: to wszystko było gotowane, nie tam, że śledź, to wszystko... wchodziło w to, tylko wszystko gotowane. O godzinie siedemnastej tato wychodził na podwórko, patrzył, jak już pierwsza gwiazdka była to przychodził do domu i mówił: „No dzieci, możemy zaczynać kolację, bo już pierwsza gwiazdka wzeszła.” I myśmy sprawdzili, że jest ta gwiazdka, no i mama zaraz stawiała na stół wszystko. No, myśmy musieli pomagać a tato brał opłatek, jako gospodarz domu, rodziny i z wszystkimi łamał się opłatkiem, wszystkim składał życzenia. Tato dochodził do mamy i mówił: mamusia najpierw z tobą, bo ty jesteś najstarsza w tym domu. Potem siostra, potem brat, potem ja, potem reszta, reszta, reszta, reszta. Po tym opłatku właśnie tato wszystkich namawiał, żeby wszystkiego spróbować. A my: „ My nie lubimy tego czy tego”. A on: „Ale dzieci kochane, wy musicie dzisiaj, bo dzisiaj jest taki dzień, że musicie tego zjeść po troszku. Musowo. Bo jeżeli nie będziecie jeść to nie będziecie bogaci w swoim życiu w te rzeczy i... będzie wam źle.” No i tak żeśmy na przymus trochę próbowali tego wszystkiego. I później, po kolacji, jak tam było ze sprzątaniem ze stołu to ja nawet nie pamiętam, pamiętam na pewno jedno, że... aha, no i kolędy śpiewało się, ale pamiętam, że zaraz po kolacji tato wstawał od stołu i mówił: „Dzieci, teraz brać snopek słomy, na ogród i wiązać wszystkie drzewka, i krzykać.” Takie było wyrażenie. No więc dla nas to była radocha. Snopek słomy... latać po ogrodzie ze snopkiem słomy i brać po parę tych ździebeł – takie niby powrósło – otoczyło się każde drzewko tym, podsunęło się... tak samo jak się snopek wiąże tak i to. Obwiązywaliśmy te drzewa i... Od drzewa od drzewa do drzewo się biegło i: „ihaaaaaaaa”. Tak było. Naprawdę. A później, po tym wiązaniu tych drzewek jeszcze żeśmy pohasali, poganiali się po śniegu, po tym ogrodzie, radocha niesamowita, szło sie na Pasterkę. I z Pasterki, tak jak mówiłam, wracaliśmy z Pasterki, no i niestety, bramy pościągane wszystko powynoszone, i trzeba było chodzić i szukać i zbierać, żeby do rana nikt nie zabrał. I to taka była wspólnota, takie wspieranie sie po wojnie, jeden drugiego, np.: jak są wykopki no to idziemy na wykopki do sąsiada dzisiaj. Wykopujemy u niego ziemniaki koparką taka konną... i zbierało się te ziemniaki, zsypywało się na wóz albo na kupki, i potem zbierali na wóz, zwozili do kopca lub do piwnic Na następny dzień było u mnie znów kopanie, znowu przychodziło kilka tych osób. Ci którzy pracowali u mnie to ja musiałam u wszystkich też później odrabiać. Jak młocka była: to samo. Żniwa tak samo. Kosiarka konna się jeździło, takie garście się rzucało, wiązało sie, snopy sie stawiało, potem sie zwoziło, w stodole się ustawiało i potem była młocka... to sie młóciło pół zimy, bo dziś u mnie jutro u tego, pojutrze u tamtego, tzn. nieraz dwa, trzy dni była młocka w jednym domu, zależy ile tego zboża było, ile tych hektarów gospodarz miał itd. Nie było traktorów, nie było nic, tylko tyle co ten koń, albo... kosa ręczna, także to było lepsze jak kołchoz. Bo kołchoz to... to było straszne. Kołchoz to tak zwana spółdzielnia produkcyjna. (...)
2007-10-22
Rozmowa z panem Marianem Dominikiem z Kątnej dotycząca powojennej historii Kątnej i zawierająca garść informacji na temat przedwojennego rezydenta pałacu w Kątnej dr Marensy’ego.
- Mógłby nam pan opowiedzieć o tym jak trafił pan do Kątnej? - Ja w 47 roku wydostałem się z wojska w marcu. Ponieważ byłem w saperach to nas nie zwolnili tak jak wszystkie inne jednostki tylko zostaliśmy i rozminowywaliśmy Wybrzeże. Od Szczecina do Malborka w głąb kraju 60 km. Później w 46 roku przejęliśmy koszary tutaj w Brzegu nad Odrą (od Ruskich) i cały 46 rok byliśmy... po prostu rozminowywaliśmy Dolny Śląsk. Kolejno Niemodlin, Nysa, Kłodzko, Ząbkowice, Oława. To wszystko żeśmy zbierali: pozostałą amunicję, miny. Najgroźniejsze to były pola minowe. Nie było żadnych planów, wszystko to tak na dziko... a wtedy nie było takiego sprzętu jak dziś. Podstawowym sprzętem to była tak zwana macka, tak prosto to się mówiło na to „szczup”. To była tyczka i na końcu taki pręt stalowego drutu. Saper musiał ta ziemie po prostu tak dziabać. Jak coć natrafił to wyrzucał, albo badał co to jest. Miny były różne. Najgroźniejsze to były tak zwane „esy”. To było takie świństwo, że jak człowiek nadepnął na to, to ona zaczynała syczeć i dlatego się nazywała „S”. Zwykle było tak, że ten kto nadepnął to się wystraszył tego syku i nogę cofnął. Wtedy to wyskakiwało na pewną wysokość, pękało i kosiło w ten sposób. W jednej takiej minie było 360 odłamków. Różnych: drut kolczasty, różnego rodzaju naboje, wszelkie żelastwo, co tylko sie dało pociąć to tam pakowali i to było bardzo, bardzo groźne. Później mój batalion został przemianowany na 52 Kołobrzeski i wróciłem znowuż nad morze. W Wejherowie żeśmy mieli tam koszary i w tych koszarach tam już byłem do końca. No a tutaj później jak się przyjechało w marcu 1947 roku, to się było, bo parę lat nie było mnie w domu, to trochę się posiedziało... a później przyjechałem tutaj i zatrudniłem sie tu w zespole Piecowice. A siedziba jego była w Śliwicach. W pałacu tam dyrektorował pan Unrug. Rodzina Unrugów to była przed wojną bardzo znana, ponieważ starszy syn był dowódcą Marynarki Wojennej, polskiej oczywiście. Młodszy - Jan - właśnie tu był później w Śliwicach ...On był w oflagu i Niemcy chcieli go skaptować, bo to niby takie nazwisko trochę... podchodziło, ale on sie na to nie zgodził i całą wojnę był w oflagu. Co sie później z nim stało to ja nie pamiętam. Oni mieli w Poznańskiem bardzo duży majątek. To co ja wiem to najmniej tam było 800 hektarów, nie jestem pewny... No to wszystko komuna później pokonfiskowała i oni gdzieś musieli pracować. W pierwszym tym okresie po wojnie jak Polacy zaczęli majątki te na Zachodzie zasiedlać i organizować to się to nazywało Państwowe Nieruchomości Ziemskie i Zjednoczenie było we Wrocławiu, a w terenie to były tak zwane Zespoły i jednym takim Zespołem był ten zespół. Tam pan Urug mieszkał w pałacu. No, teraz to jest zniszczone, to ludzie zniszczyli... ja tam sie u tego pana Unruga w stołówce stołowałem jak żem się tam zatrudnił. No ale w Śliwicach to długo nie byłem, bo mnie przywiózł do Kątnej na bryczce i tu mnie zostawił. Na wiosnę 1947 roku Kątną odebrano od Ruskich. Oni tu na dole to krowy trzymali, w mieszkaniu. Później tam przy szosie takie dwa budynki - to świnie tam mieli. Tak, że to bardzo poniszczone było. Oni tu mieli bardzo dużo bydła, bo ta ilość obornika jaka była na pryzmach to starczyła później na kilka lat tutaj. I mało tego to jeszcze inne gospodarstwa podjeżdżały tutaj i brały stąd bo Kątna miała za mało ziemi, żeby to zużyć. A na polach to oni siali tylko w koło, przy drodze, z brzega. Środkiem jeździli pustym siewnikiem, a zboże siewne opylali po prostu chłopom. Rezultat był taki, że tutaj rosły miedzy Kątną a Śliwicami takie osty wyższe od was. Straszne, bo jak przyszła później jesień, jak to zakwitło to jakby sto pierzyn kto rozpruł. To było coś okropnego. Teraz odnośnie właściciela. On przyjeżdżał raz na pięć lat i zamieszkiwał w tym budynku. Tej ściany nie było, tu by jeden wielki pokój i tutaj stąd w tamtym kierunku drugi i tam na końcu jest łazienka; na dole była... ja wiem? Taka szatnia (jak się z korytarza wchodziło), ubikacja, umywalka... Tak jak goście przyszli to żeby mieli się gdzie rozebrać i tego... Stołówka była w pałacu. Pałac zamieszkiwał administrator to znaczy... to był wujek tego pana - właściciela, jak on sie nazywał to ja już nie pamiętam Jak właściciel tu przyjeżdżał, to mówili, że pracownikom dawał urlop a ze wsi byli najęci inni ludzie do obsługi inwentarza. Tu po wojnie przyjeżdżali jego ci różni krewni, bo on już dawno nie żyje. Ale to mi powiedzieli w ten sposób, że bardzo dużo tu się podszywa pod krewnych i żeby nie wierzyć w to bo to jest nieprawda: albo to pracownicy, albo znajomi... W końcu nie było wiadomo kto jest kto. Bliska rodzina - to tylko raz przyjechała starsza pani, ja z nią rozmawiałem, to ona mi mówiła właśnie, że właściciel już nie żyje i że miał udziały w kopalniach w Afryce. Ale czy to były diamenty? To były kopalnie różnych surowców i on to ułatwiał Hitlerowi, że Niemcy tam kupowali i te surowce po prostu strategiczne znaczenie miały. Na pewno jakieś rudy, jakieś tam... Dokładnie nie wiem co tam było konkretnie. No a rząd niemiecki ułatwiał mu kupno majątków. I on tych majątków on miał bardzo dużo. Tylko Niemcy mieli taki porządek, że jeśli ktoś miał więcej jak sto majątków, to musiał utrzymać dywizję wojska, a to był cholerny koszt! To zwykle tak kombinowali, że jak groziło przekroczenie, to ze dwa, trzy sprzedał znowu, nie? No i znowu był poniżej. I tak to było. Jak ja tu przyszedłem, jakem tu wszedł to tu było wszędzie pełno dziur, kute po prostu w ścianach. No, poszukiwania tu po tych piwnicach... Szukali widocznie skarbów bo znaleźli tam trochę... trochę naczyń pozłacanych... Ale to normalnie, to nie było pochowane tylko wyniesione do piwnicy. To było porozbijane wszystko, nic z tego nie było. A tu wszędzie (na tych budynkach, bo te budynki to budował Heinrich w 1938 roku, całą Kątną, od podstaw) były jego herby - Heinrich Marentsky. To był jeden jedyny majątek, przy którym było przedszkole. Później Niemcy tu przedszkole mieli i nasi też. Później, bo jeszcze trochę Niemców zostało, bo oni... Był tu taki specjalista od suszarni zielonek i nasze władze go zatrudniło po prostu. On jeździł po całym tym Dolnym Śląsku w ogóle po całych tych jak to sie mówiło Ziemiach Odzyskanych. Tam, gdzie te suszarnie były, to on to wszystko opisywał, dokumentował, brał pieniądze i naciągał, gdzie się dało. Jak tylko chcieli płacić to on brał. A później przyszedł nakaz, że sie mają gdzieś tam stawić (prawdopodobnie do Psiego Pola do pociągu) i pojechali: cała reszta do Niemiec. No i on miał takie zwyczaje, że ta jego małżonka zawsze siedziała w domu sama i z braku tego towarzystwa grała na pianinie. Myśmy już wiedzieli: jak ona gra tak intensywnie to już ją małżonek musiał nieźle zdenerwować. A on to lubił tak... jak gdzieś kupił świnię, zabili, to... Niemcy mieli taki zwyczaj, ze na półmisek ugotowaną głowę z uszami się dawało, gorzała i dopiero się bawili. Ale to mężczyźni, a panie...Kiedyś nie było tak jak dzisiaj, nie? Jak on juz się stąd wyprowadził, wyjechał, to później przyszedł taki ziemian - raczej tam ze wschodu. On sie nie interesował za dużo pracą. tam kto inny rządził : agronom, inni. A on tylko chodził i odwiedzał takich pracowników, którzy palili na przykład papierosy. Do mnie przyszedł do biura bo ja tam urzędowałem w Gospodarstwie te pierwsze lata - to tak długo siedział, aż mi wypalił wszystkie papierosy. Jak wypalił to szedł do drugiego palacza. Ale to ciekawy facet był, on miał bardzo dużo wiadomości. Mógł opowiadać pół dnia na temat koni, różnych takich... Ja tam lubiłem jak on do mnie przychodził. Później przyszedł pan Pruszkowski, w 1951 roku, rządził kupę lat, mieszkał w pałacu. A żona jego tu prowadziła taki teatrzyk kukiełkowy dla dzieci... to się zaczęło, skończyła we Wrocławiu studia w tym kierunku, została profesorem, była w Stanach Zjednoczonych, w Finlandii parę lat także dobrze jej się to wszystko ułożyło.
Wywiad przeprowadziły następujące osoby: Natalia Cieśla, Karolina Stępień, Milena Kaczmarczyk w dniu 22 sierpnia 2006 roku.
2007-10-16
Fragment rozmowy z panią Haliną Stefanek oraz panią Danutą Sapalską z Kątnej dotyczący teatru pani Anny Proszkowskiej „Kuku Ryku”
Będąc w szóstej klasie, w 56 roku pani Proszkowska założyła teatrzyk szkolny. To był przy świetlicy, bo w pegeerze była taka mała świetlica (nie wiem co tam teraz jest, tam był pierwszy telewizor na wsi) ale próby mieliśmy w tej świetlicy, która teraz jest na rogu... Ja nie wiem czy tam teraz jest świetlica czy nie...ale w każdym razie to była fajna świetlica… ale mówię… z tym teatrzykiem, wiem że byliśmy na przeglądzie teatrzyków takich… środowiskowych czy wiejskich we Wrocławiu i zajęliśmy dosyć dobre miejsce.
- Kto wykonywał stroje do tych przedstawień?
Te stroje, które nosimy tu (na zdjęciu), do „Świniopasa” szyła Mamusia nasza, a wszystkie rekwizyty robiła pani Proszkowska.
- Pani grała w tym spektaklu? p. Halina Główna rolę grałam - księżniczkę Eulalię. Ja nawet wnukom swoim powtarzałam swoja rolę:
„księżniczką jestem – mogę mieć grymasy: pięknie sie stroić, jeść tylko frykasy. Rzeczy zwyczajnych do rąk bym nie wzięła, posiadać muszę same arcydzieła, dziwiące ludzi tak by zrozumieli jaka przepaść księżniczkę od motłochu dzieli!”
Pamiętam pani Proszkowska kazała mi tak pokazać (p. Halina wykonuje teatralny gest ręką). Ona była wspaniałą kobietą, przede wszystkim tak bardzo czuła ten teatr.
Projekty dekoracji teatralnych
- A kto przychodził na przedstawienia? - p. Sapalska Wszyscy przychodzili! Bo to były tak pięknie wyreżyserowane spektakle i dekoracje były tak piękne jak w prawdziwych bajkach. W świetlicy była scena, krzesełka, centralne ogrzewanie - cieplutko było. Tam przychodziła „ćma ludzi”, nie mieścili się w świetlicy…
Wywiad przeprowadziły następujące osoby: Natalia Cieśla, Karolina Stępień, Milena Kaczmarczyk w dniu 23 sierpnia 2007 roku.
2007-10-15
WYPOWIEDŹ KSIĘDZA LEWICKIEGO POCHODZĄCEGO Z PASIKUROWIC.
Uroczystość wczorajsza – pięćdziesięciolecie kapłaństwa. Bo tu były prymicje. Stąd się wywodzę. Nasuwają się takie refleksje, jak to się zaczęło i kiedy to się zaczęło. Tutaj parafianie zrobili wielkie sprawy na to nasze świętowanie, ale uważam, że to jest równocześnie sześćdziesięciolecie naszego przybycia na te ziemie i sześćdziesięciolecie parafii. Wczoraj snułem taką refleksję – jak to się stało? To, że kapłanem jestem, i sięgnąłem pamięcią do tego naszego wysiadania z wagonów w Siedlcu, bo tam zajechaliśmy. Po miesiącu tułaczki. Wyjechaliśmy z ziemi lwowskiej, spod Sambora, na miejsce dotarliśmy po miesiącu. Radość. Wysiadamy. Dziadzio powiada: - Nie, idźcie zobaczyć, czy tam jest kościół, nie ma kościoła – nie wysiadamy. To chłopcom gdzieś tam zapadło w pamięć i w serce. I ten kościół stał się wielki. Biegniemy z Siedlca do Pasikurowic. Z daleka widać piękną wieżę. Wracamy. - Dziadzio, jest kościół! - A, to wysiadamy. I tak się to zaczęło. Czym był kościół dla wszystkich tu wysiadających – czym był kościół dla nich? Tu przyjeżdżali ludzie z wiarą, ale kościół zawsze jednoczył, zawsze budował, w kościele się odnajdywali i mój dziadek tu odnalazł tożsamość. Właśnie w tym kościele w Pasikurowicach. I ja to wszystko widziałem. Ja to wszystko przeżywałem i całe moje zaangażowanie młodzieńcze to właśnie w kościół. Tu życie radowało. Tutaj wiele, wiele pracy wniósł pan Chrąchol i pierwszy kościelny tego kościoła – nazwisko mi wyleciało z pamięci – pozostawił piękne rzeźby w kościele – oddany człowiek, oddany. Ja więc szedłem w jego ślady. Jeśli kościół jednoczył, kościół budował, kapłana na miejscu nie było, no to musiał go ktoś zastępować. Pan organista Bolesław Lewicki – mój ojciec chrzestny – miał tu wielkie zadanie i wielkie dzieła czynił. Bo ludzie chcieli być w kościele, ale ktoś musiał przewodzić, to właśnie on jako organista. Te wszystkie nabożeństwa poza mszą świętą, przez październik, przez maj, droga krzyżowa, gorzkie żale, nieszpory… Pamiętam mojego ojca idącego na nieszpory, te, które wujek Bolek odprawiał. Mężczyźni chodzili, potem sobie wychodzą z kościoła, rozmawiają, zasiadają na ławce. Byli pełni dumy, podbudowani, czuli, że coś znaczą. To było coś wspaniałego. Jak oni cieszyli się tymi przeżyciami i to budowało, a przecież początki nie były radosne. Bo przyjechaliśmy tutaj rozżaleni, że opuściliśmy rodzinne strony – Lwów. Przez trzy miesiące dziadek nie kazał rozpakowywać swoich tobołów, bo – powiada: - Będziemy wracać, będziemy wracać. A przyjechaliśmy do domu, który wcześniej zajmowali Rosjanie strzegący samolotów. Bo na stacji w Pasikurowicach były niemieckie samoloty, niezłożone jeszcze. I tego właśnie Rosjanie strzegli. Mieszkali w domu, który myśmy potem zajęli. Wychodząc zostawili wszystko zdewastowane, okna pozabijane deskami. Więc ja przynosiłem z mieszkań jeszcze niezajętych okna. - Wynieś, to nie moje. - No, ale dziadzio, musimy mieszkać, musi być światło. Ojciec bardziej się zaangażował, ale teraz, jak to analizuję, to widzę, że najbardziej ja. Mnie młodemu było łatwiej oderwać się od tamtej ziemi, gdzie się urodziłem, niż dziadkowi i ojcu. Mnie było łatwiej. Kiedyś mówię: - Dziadzio, woda nam przecieka przez sufit. - Zostaw, my będziemy wracać. Wziąłem jakiś sznur, wyszedłem na dach, przywiązałem się do komina i chodzę, i te wszystkie dziury łatam. Tak to się zaczynało. Stąd wniosek, że my, młodzi, naszym ojcom i dziadkom dodawaliśmy ducha, ale jedyne, wracam do tego, jedyne, co dawało i umocnienie, i ukojenie, to był właśnie kościół. Jesteśmy, kościół mamy, ale księdza nie mamy. Przyjeżdża ksiądz. Pyta się: - A jest tu ministrant? Podnoszę rękę. - Ale, proszę księdza, dzwonka nie ma. Bo ja wtedy uważałem, że dzwonek najważniejszy. Pan Stanisław Golinczak: - Przyniosę zaraz. Poleciał do domu, przyniósł taki dzwonek, co to koniowi do chomąta się przypina, jak sanki ciągnie, żeby znaki dawał. Jaka radość była dla mnie. To były moje, osobiste takie, zaangażowania. Już wspomniałem pana Chrąchola, poza tym rodzina Maziejów była bardzo oddana temu kościołowi. Bardzo oddana i dzięki nim ten kościół był ostoją. No i właśnie opowiadałem, jak to ludzie zjeżdżali się z różnych stron, z różnymi obyczajami, z różną kuchnią, ba, nawet przezywaliśmy wschodniaków „pierożaje”, a tych z centralnej Polski myśmy nazywali „zalewajarze”, bo u nich zalewajka była specjalnością. I potem w moim kapłaństwie miałem takie wydarzenie: Jest nas trzech wikarych i jeden powiada do gospodyni: - A niech pani zrobi zalewajkę. - Stasiu, zalewajkę? Nie będę tego jadł. - A ty jadłeś kiedy? -Jadłem i nie chcę już pokosztować. - Niech pani zrobi zalewajkę, niech on skosztuje. No, ale to był żurek z kiełbaską. A tu zalewajka, w tych naszych początkach, gdy nie było jeszcze krowy, nie było śmietany, tylko jakieś tam zakwaszenie, to było dosyć ubogie i ta właśnie zalewajka mi się przypomniała. Stąd też ta zalewajka była dla nas czymś negatywnym. Ona nie miała tego smaku, tego bogactwa. Natomiast nasze pierogi przynajmniej żołądek zapchały. I tak przezywaliśmy się w początkach. Ale to potem wszystko się zatarło. Pierożaje z zalewajarzami pożenili się. Stworzyli wspólne rodziny i jedni od drugich coś przejęli. Ci, co zalewajkę tylko gotowali, gotują teraz pierogi, a ci co pierogi gotowali, polubili zalewajkę. I taka ta społeczność jest, ubogacona jedni drugimi. A w tym wszystkim kościół był ważny, bo łączył.
Materiał przygotowany przez "Klub Poszukiwaczy z Pasikurowic"