strona główna > żywe krajobrazy > czas pamięci > wspomnienia
Gmina Długołęka
2007-11-23

 Wspomnienia sprzed lat p. Teresy Donajskiej z Wilczyc
Urodziłam się jeszcze przed II wojną światową w małej miejscowości niedaleko Tarnowa w obecnym woj. Małopolskim.
Naukę w szkole podstawowej w Pogórskiej Woli rozpoczęłam w czasie trwania wojny t.j. w 1944r. W latach 1951-1954 uczęszczałam do Państwowego Technikum Handlowego w Tarnowie.
Ponieważ te tereny były bardzo biedne, to po ukończeniu w/w Technikum i zdaniu egzaminu dojrzałości postanowiłam wyjechać na tzw. ,, ziemie odzyskane”.
Wtedy to przyjechałam do Wilczyc (w tym czasie, ta miejscowość nazywała się Lutoszyce)i zamieszkałam u siostry która przyjechała tu już w roku 1946.
Z jej opowiadań dowiedziałam się, że z tej samej wioski przyjechało ich dwanaście rodzin. Przeważnie były to młode małżeństwa.
Jechali tu z całym swoim dobytkiem tj. krowami, kurami, kogutami itp. – pociągiem towarowym przez 14 dni.
Osiedlili się właśnie w Wilczycach. Zajmowali wolne jeszcze budynki mieszkalne i gospodarcze, ponieważ przed nimi przyjechali tu osadnicy z kresów tj. z okolic Lwowa, oraz z innych wiosek obecnego woj. Małopolskiego. Jak wyżej wspomniałam, zamieszkałam u siostry i jej męża w Wilczycach przy ul. Dworskiej 6. Siostra z mężem pracowali wówczas w spółdzielni produkcyjnej, która tam została założona przez ówczesne władze, mimo dużego oporu ze strony gospodarzy indywidualnych. Część młodzieży w moim wieku i starszych, która tu przyjechała z rodzicami też pracowała w wyżej wymienionej spółdzielni.
Praca ta polegała na:
-Sianiu w polu zboża
-Sadzeniu ziemniaków
-Plewieniu buraków
-Wypasaniu krów i pracy przy ich obrządku itp.
Za pracę tą były liczone tzw. ,,dniówki” i za to dostawali jakieś ,,profity”.
Część młodzieży, min. Ja szukaliśmy innego sposobu na życie, szukaliśmy pracy poza wsią.
Ja zatrudniłam się w zakładach metalowych w Zakrzowie późniejszym producencie sprzętu AGD ,,Polarze” gdzie z moim wykształceniem pracowałam w księgowości na różnych stanowiskach przez 36 lat.
Mieszkając u siostry przez okno widziałam pozostałe części murów bardzo zniszczonego pałacu. Z pozostałości jakie tam jeszcze były tj. piękne marmurowe posadzki można było wywnioskować, że właściciel musiał być bogaty. Obok pałacu rosły piękne drzewa. Od pałacu kierując się w prawo był ładny park. Przez środek prowadziła alejka którą szło się w kierunku rzeki Widawy.
Po obu stronach alejki były piękne krzewy i trochę podniszczone ławki. Z czasem po upadku spółdzielni produkcyjnej, park został pocięty na części i rozdzielony pomiędzy gospodarzy indywidualnych.
Ale wracając do młodzieży i do lat 1954-1960 to  sprawa przedstawiała się następująco:
Młodzież pracowała, lub uczyła się a w wolnym czasie schodziliśmy się właśnie w okolicę pałacu lub parku.nie było przecież telewizji, ani też komputerów, więc czas spędzało się zupełnie inaczej. Jeden z naszych kolegów miał akordeon (Edward Jarosz – już nie żyje) więc na nim grał, a myśmy śpiewali różne piosenki. Urządzalismy sobie także takie ,,potańcówki”. Dziś nazywa się dyskoteka.
W tym czasie kierownikiem szkoły podstawowej w Wilczycach był p. Eugeniusz Teodorczyk. Postanowił więc tą młodzież jakoś zorganizować. Użyczył nam sali szkolnej oraz we współpracy z p. Witoldem Madejskim, nauczycielem w szkole podstawowej w Kiełczowie postanowili założyć teatr. Wspólnie napisali sztukę, której tytułu już dziś nie pamiętam.
Pamiętam, że było to coś z ,,Chłopów” Reymonta, a trochę może z ,,Sami swoi”. Występowała tam matka, której rolę grałam ja, oraz córka, w której rolę wcieliła się p. Krystyna Tryba, dziś p. Bednarz. Moim zamiarem było wydać córkę za mąż za bogatego, ale trochę starszego i nieurodziwego człowieka, którego pola sąsiadowały z moimi, a oprócz tego, to miał dostać w posagu stodołę, która akurat stała obok moich zabudowań. Córka jednak kochała innego – młodego chłopca, który pobierał nauki w mieście, był bardzo inteligentny, lecz biedny. Z tego to też powodu między matką, a córką dochodziło często do nieporozumień i sprzeczek. W końcu, w czasie burzy stodoła spłonęła, a czy doszło do ślubu i z którym kawalerem, to dziś już nie pamiętam.
Natomiast pamiętam, że oprócz tego przedstawienia, to jeszcze śpiewaliśmy różne piosenki, a także tańczyliśmy ,,Krakowiaka”, no i ,,Kujawiaka”.
Z takim to programem wyjeżdżaliśmy do innych wiosek w naszej gminie, która wtedy mieściła się w Brzeziej Łące. Jeździliśmy takim samochodem, jak dzisiejszy ,,Żuk” w środku były ławki z desek, a czasem, to i furmanką konną.
Na pewno byliśmy w Brzeziej Łące, Śliwicach, w Borowej, no i oczywiście w Kiełczowie. Gdzie jeszcze? Nie pamiętam...
To tyle moich wspomnień na wyżej wymieniony temat.
Resztę – czas zatarł ślad.

15.09.2007r.  Teresa Donajska
Tekst wspomnień przepisał Grzegorz Obuch

 

2007-11-22

Wspomnienia p. Mieczysława Tryby, jednego z najstarszych mieszkańców Wilczyc, spisane przez wnuczkę Dagmarę Martyniak wrzesień 2007r.

 

1.Kiedy i skąd przybył?

Na ziemie zachodnie do Wrocławia przybyłem jako 7-letni chłopiec w maju 1947r. z Pogórskiej Woli, w powiecie Tarnowskim. Jechaliśmy z całym dobytkiem pociągiem towarowym. Wieźliśmy konia, krowy, małe świnki i cały majątek. Z Pociągu wysiedlismy na Psim Polu i do Lutoszyc (tak mówiono na dzisiejsze Wilczyce) doszliśmy pieszo.

2. Jak wyglądały wtedy Wilczyce?

We wsi były 2 ulice (główne) ul. Wrocławska- była częściowo pokryta tak jakby asfaltem, ale z wielkimi dziurami. Druga ulica to Dworska, była on z kostki brukowej, a po bokach były krawężniki kamienne i był taki chodnik. Wzdłuż ulicy rosły drzewa, dwa z nich rosną do dziś i na wiosnę pięknie kwitną na różowo. Wzdłuż ulicy Wrocławskiej było parę starych poniemieckich domów i zabudowań gospodarczych. One były już zajęte przez tych Polaków, którzy przybyli tu przed nami zaraz po 1945 roku (Olejnik, Gryz, Świder, Jarosz, Śliwa, Kołdras, Zapiór, Malinowski, Hołyst, Akosz, Kozioł, Mardasiewicz, Solecki, Kara, Korus, Maślanka, Tryba), niektóre stoja do dziś, a na niektórych stoją nowe- wybudowane obecnie. Było jeszcze kilka polnych dróg- dojazdy do pól.

3.Pałac

Pamiętam ruiny pałacu. A właściwie pogorzelisko, bo pałac był spalony. Obok były zabudowania również spalone oraz zburzone – po prostu ruiny. Niektóre budynki stoją do dziś. Cała ulica Dworska prowadziła do dawnego dworu – były dwie olbrzymie bramy z czerwonej cegły, a właściwie takie łuki łączące dwa budynki. Każdy kto chciał się tu osiedlić otrzymał tak jakby przydział: dom, kawałek pola częsciowo obsianego już zbożem. My przybyliśmy poźniej i dostaliśmy dom na ulicy Dworskiej (stoi do dziś), kawałek pola i stajnię ze stodołą, którą dzieliliśmy z trzema sąsiadami- była to taka wspólnota. Każdy otrzymał jakąś część i z ruin pałacu każdy podbierał cegły czy gruz, który był mu do czegoś potrzebny. To co było wartościowego to zostało rozgrabione wcześniej. Ci którzy przyjechali po nas robili mieszkania nawet z obór, czy jakiś pomieszczeń gospodarczych.
Pałac po prostu został podzielony i rozebrany- wcześniej należał do dworu- który też każdy zajął po kawałku.

4. Parki
Park był bardzo piękny. Rosły tu ogromne graby, klony, świerki. Dęby, które były porozrzucane po całej wsi miały ogromne konary.
Przy samym pałacu była ogromna wierzba płacząca. Za pałacem była wielka rajska jabłoń – smak, a raczej kwas tych jabłuszek pamiętam do dziś.
Wzdłuż ul. Dworskiej, właściwie bliżej mostu i tamy na Widawie rosły ogromne lipy- była taka aleja lipowa- parę drzew rosło jeszcze do niedawna. Były obok pałacu dwa stawy, część jednego jest jeszcze do dziś.

5. Szkoły
Były dwa budynki szkolne. W starej (małej szkole) rozpocząłem naukę i były w jednym pomieszczeniu cztery klasy (klasy były łączone). Uczył mnie pan Teodorczyk, który zmarł w ubiegłym roku. Mieszkał w tej szkole, z tyłu budynku. Jego rodzina mieszka tam do dziś. Boisko było blisko szkoły. W obecnym gimnazjum były mieszkania prywatne. W późniejszych czasach było schronisko młodzieżowe.
ˇ Sklep był jeden (w miejscu gdzie obecnie mieszka p. Hasik)
ˇ Piekarnia była również (p. Twardowski)
ˇ Rzeźnia- tu gdzie mieszka p. Czaja
ˇ Kuźnia, która należała do spółdzielni (to coś takeigo ja taka wspólnota PGR- Państowe Gospodarstwo Rolne) mieściła się na ulicy Dworskiej. Jej ruiny zarośnięte przez chwasty stoją do dziś. Później kiedy rozpadła się spółdzielnia, konie podchował mój ojciec razem ze swoim bratem, który również przyjechał tu z rodziną i mieszkał również na Dworskiej. Była to kuźnia „własnej roboty” - stworzona raczej na własne i sąsiadów potrzeby. Mieściła się tuż przed obecną ulicą Wałową w takim ciągu budynków gospodarczych (stoją do dziś).
Stajnie, gdzie trzymano zwierzęta też były wspólne. Na poddaszu trzymano ziarna, słomę czy siano- te budynki również stoją do dziś, trochę są podremontowane, ale pamiętają czasy wojny.
Na niektórych starych budynkach wyrzeźbione są daty w których dane domy zostały wybudowane.

6. Młyn
Obecny młyn działał na wodę, później już na prąd. Jego nieduża część stoi do dziś. Przy wyjeździe z Wilczyc w stronę Kiełczowa po lewej stronie była leśniczówka. Niestety nie ma po niej śladu.

To co utkwiło mi w pamięci to dużo drzew owocowych, które rosły nawet wzdłuż dróg, przy rowach czy w parku.

2007-11-10


Wspomnienia p. Heleny Olejnik (jednej z pierwszych nauczycielek w powojennej szkole w Wilczycach)

 

Uczniowie Gimnazjum w Wilczycach zwrócili się do mnie z prośbą o przekazanie im wiadomości na temat początków Szkoły Podstawowej w Wilczycach. Skontaktowałam się z Panią polonistką uczącą w Gimnazjum, aby ustalić termin spotkania. W czasie rozmowy pani polonistka zasugerowała mi jeszcze jeden temat, a to dlatego, że w trakcie rozmowy wspomniałam, że do Wilczyc trafiłam już w 1946 roku. Oczywiście Pania Hania nakreśliła mi plan nowego zadania. Chodziło w nim o odtworzenie historii rodzin, które przybyły tutaj, na ziemie odzyskane z różnych stron Polski, ze wschodu, z krakowskiego, kieleckiego, poznańskiego. W związku z tym, że ludzie przybyli tutaj z róznych rejonów Polski, każdy z nich posługiwał się innym dialektem. Dochodziło z tego powodu do róznych komicznych sytuacji, np dziewczyna to dziopa, chłopak to chodok, ubikacja to chaziel, filiżanka to taska, cie chromole, kajgzie, żyć- pewna część ciała na 4 litery, ja fandzole..... i wiele innych gwarowych wyrażeń, że ja w rozmowie z nimi rozumiałam piąte przez dziesiąte.
Wioska Wilczyce była mała, ulica Polna 3 domy, Borowa 6, Wrocławska 18, Dworska 5.
W czasie działań wojennych spalony został pierwszy dom od strony Zgorzeliska i pałac, który znajdował się w pięknym parku, a w którym ja się po prostu zakochałam. Pałac został zniszczony w 1/3, pozostał piękny, kuty z żelaza taras z widokiem na park. U stóp pałacu wypływało zródełko, o przezroczystej wodzie. W pobliżu zródełka rosło drzewo oliwkowe, jak zakwitło, to zapach jego białego kwiatu jego białego kwiatu można było poczuć z daleka. Najpiękniejsze były przeróżne drzewa, czerwone dęby i inne nieznane w Polsce.

Mój mąz był z zawodu ogrodnikiem, mówił mi, jak się nazywają, ale nie pamiętam, żałuje. Wrócę jeszcze do parku. Kochane młodzieży, ładne dziewczynki, przystojni chłopcy, pięknie poubierani. Wiecie z lekcji historii, dlaczego wróciliśmy na ziemie odzyskane, bo to były ziemie polskie. Wiecie również dlaczego osiedlali się tutaj ludzie ze wschodu, bo ich ziemie i majątki zabrał Związek Radziecki. Tutaj osiedlili się Wasi dziadkowie, a może już i pradziadkowie. Nie tylko w Wilczycach, ale i w Kiełczowie, Piecowicach i Śliwicach, na całym zachodzie.
Teraz uważajcie.
Nie przyjeżdżali bogaci, raczej biedni, byli w wieku 30-40 lat, z dziećmi. Bagażem ich było, to co mogli zabrać do jakiś worków. Urząd Osiedleńczy w Oleśnicy przyznawał im domy i dzielił , ziemię. W domach mieszkali jeszcze Niemcy, których stopniowa wywozili pociągami do Niemiec. Z kolei Niemcy mogli ze swoich domów zabrać tylko tyle, ile unieśli w rękach.
(PARĘ OSOBISTYCH SŁÓW DO MŁODZIEŻY)
Pozostały domy z meblami i resztą urządzeń gospodarczych domowych, ale z żywności bardzo mało. U niektórych jakiś królik, kura, trochę zboża. Ciężka praca i bieda. Ten budynek, w którym się teraz uczycie, to była restauracja. Budynek szkoły stał do 47 roku pusty. Ja mieszkałam z tą szkołą po sąsiedzku. Okna wychodziły na nasz ogródek. Mąż był zawodu ogrodnikiem, jak już wcześniej wspomniałam. Ponieważ nikt nie zamieszkał w szkole, złodzieje poynosili prawie wszystko oknami. Gmina nasza była wówczas  w Zakrzowie, mąz zawiadomił naczelnika, a on przysłałPana Teodorczyka na kierownika tej szkoły. Z  pomocą ludzi
miejscowych doprowadził jedną klasę do możliwego stanu i zaczął
 
uczyć. Dzieci nie było wtedy dużo, więc uczył sam. Kiedy musiał gdzieś jechać służbowa, zastępywała go jego żona. Słyszała, jak uczyła ich piosenek "Zielony mosteczek", "Moja ulijanko" i inne. O nauczycielie było trudno, dopiero po roku 1952 przydzielili mu nauczycielkę. Uczyłam się w liceum Pedagogicznym, byłam już na 4 roku, kiedy w naszej wsi powstał Spółdzielnia Produkcyjna, tak zwany Kołchoz. Ludzie nie chcieli, ale pod naciskiem ówczesnych władz musieli się poddać. Mąż nie chciał wstąpić to tej Spółdzielni, ale prawodniczący tej Spółdzielni, przy pomocy różnych metod umilał nam życie, że musieliśmy uciekać. Oni liczyli na większy dochód z ogrodnictwa, władze komunistyczne obiecywały kołchoznikom maszyny rolicze, obiecywali dobrobyt, jakiego w Polsce jeszcze nie było.
Ówcześni satyrycy naśmiewali się, że w kołchzach będą wspóle żony i jeszcze inne, jak dobieranie małżeństw, wktórych zarówna mężczyzna, jak i kobieta są piękni i zdrowi, po to, aby rodziły się mądre i śliczne dzieci. - to nie było podawane w gazeta, a w ulotkach dostarczanych potajemnie zaufanym osobom. W ulotkach tych były również informacje uświadomiające ludziom zło jakie niesie ze soba ustrój komunistyczny i krytykujące ten ustrój. Kołchoz okazał się niewypałem, ludzie zostali skłócenie, bo ten kradł, ten mało robił, nie było się czym dzieli, a bieda się powiekszała.
Na arenie Politycznej było coraz gorzej. Rok 1956- bunt robotników w Poznaniu. W wyniku tego buntu nastepują zmiany, w wyniku których rozwiązują się kołchozy. Rolnicy wstępują na swoje pola i znów zaczynają dorabiać od zera, a bieda aż piszczy. Ja z mężem wylądowaliśmy w Zębicach Śląskich, mąż dostał pracę w
 
Państwowym Gospodarswie Rolnym, ja zostałam nauczycielką w tej samej miejscowaści. Była to szkoła 4 klasowa i uczyła w niej 1 nauczycielką. Już miała rocznik do klasy 5 , ale nie było nauczyciela. Ta nauczycielka dowiedział się, że ja kończę Liceum Pedagogiczne i wspólnie z Inspektorem z Ziębic namówili mnie, żebym tam uczyła. Nie bardzo mi to pasowała, bo to już był mój ostatni rok nauki, czekała mnie matura, ale zgodziłam się. Uczyłam języka polskiego, rosyjskiego i klasę pierwszą, do 1956 roku, kiedy mogliśmy już wrócić do Wilczyc.
Odzyskaliśmy ogrodnictwo w opłokanym stanie, szklarnie porozbijane. Z dwóch pokoi zrobiono oborę dla bydła i znów dorabiamy się od nowa. Na psim Polu kierownikiem Szkoły Numer 6 był Pan Malinowski, wiedział, że ja się uczyłamw liceum pedagogicznym, bo jego syn udzielał mi korepetycji z matematyki, bo mi przychodziło nie bardzo. Też miał mało nauczycieli i prosił mnie, żebym się zgodziła pracować w tej szkole. Odmówiłam mu, bo się dowiedziałam od profesorki, która uczyła mnie psychologii, że w Opolu będzie wyższa szkoła pedagogiczna i namawiała mnie, żebym się dalej uczyła. Mojemu mężowi już wreszcie brakowało do mnie cierpliwości, że znowu będę siedzieć po nocach i się uczyć, mając tyle obowiązków domowych. Rąbnął pięścią w stół i powiedział - koniec. Pomyślałam - no to będę kurą domową. Poddałam się. Nie było mi jednak pisane, bycie kurą domową.
Nauczycielka, która uczyła z panem Teodorczykiem, zginęła tragicznie na motorze, jadąc z narzeczonym. Historia się powtarza. Pana Teodorczyk z inspektorem Cierpką przyszli do mnie i zaproponowali, żebym uczyła w Wilczycach, bo mam szkołę za płotem i na każdej przerwie mogę skoczyć do domu. Ugłaskali mojego męża, zgodził się na to i ja również.
I tu znów był rocznik do kI. V i tylko dwa pomieszczenia na 5 klas. W wielu szkołach praktykowano klasy łączone, właśnie z braku pomieszczeń i z braku nauczycieli.
Pan Teodorczyk zaproponował połączenie klas: 1-2, 2-3 a 4-5. Miałam już doświadczenie z klasą pierwszą i wiedziałam, że jest to syzyfowa praca. Dzieci te nie chodziły do przedszkola, nie potrafiły w rączkach trzymać ołówka, nauczyciel musiał tą rączkę prowadzić. Druga sprawa te dzieci posługiwały się mową niemowlaków z winy rodziców ,  bo sami używali słów spieszczonych, zamiast od razu wdrażać prawidłowe wypowiadanie słów. Teraz szkoły już nie mają tego typu problemów.
Poważny problem mieliśmy ze zwalczaniem wszawicy i świerzbu.

Dzieci były niedożywione i anemiczne.
Pamiętam jeden Dzień Dziecka. Zabraliśmy dzieci na wycieczkę do lasku za młynem.
Poleciliśmy im, żeby zabrały kanapki. Była tam ładna polanka. Chłopcy grali w dwa ognie, a dziewczynki w różne zabawy (uciekaj myszko do dziury, moja ulijanka i inne). Przyszła pora na drugie śniadanie. Zaciekawiło mnie, z czym dzieci mają kanapki, zaczęłam podpatrywać i zaglądać. Chlebek z cukrem, polany mlekiem. Placek na sodzie, upieczony na płycie kuchennej. Placki ziemniaczane. Zwróciłam uwagę na jednego chłopca, który oddalił się do lasu ze swoją kanapką. Podeszłam do niego po cichu i zobaczyłam, jak obiera ziemniaka z łupinki. Ścisnęło mi się serce, wyrwałam tego ziemniaka i rzuciłam las. Kazałam mu poczekać i przyniosłam mu swoją kanapkę i jabłko. Jeszcze bardziej niż ten ziemniak, dobiły mnie łzy w jego oczach. 
Po pewnym czasie zauważyłam, że następują w wiosce jakieś zmiany. Chłopy zakopali "biedę na miedzy" i każdy na swoim gospodarstwie zaczął osiągać zyski. Wozili do miasta jajka, mleko, warzywa. Zrobiło się weselej. Na każdym podwórku piały koguty, kwakały kaczki, ryczały krowy. Jaskółki wiły gniazdka w oborach. Zaczynały się pojawiać ogródki przydomowe z kwiatami. A to dla mnie był dobry znak że ta "biedy z miedzy" już nie wyjdzie. Na polach dorodne zboża. Pachnące sianokosy. Koła Gospodyń organizują dożynki i zabawy w parku. Młodzież zrobiła sobie boisko do piłki nożnej. Ludzie chodzili im kibicować. Wieś przemówiła, śmieją się, rozmawiają.
Kochani - czy nie nudzę Was za bardzo?
Obiecałam, że wrócę do historii Pałacu. Posiadam wiadomości z wiarygodnego źródła. Mój mąż objął ogrodnictwo już w 1945 roku. Niemcy jeszcze mieszkali w  

naszym domu. Mieszkał z nimi lokaj z tego Pałacu i on właśnie przekazał mężowi tę historię.
Właściciel Pałacu wiedział, że Wojska Radzieckie palą duże majątki wiejskie i mordują właścicieli. Powoli wywoził wartościowe rzeczy do Niemiec, a kiedy wojska radzieckie znajdowały się o 100 km od Wrocławia, wyjechał z rodziną. Zostały dwie służące, a lokaj miał go poinformować co się stało z pałacem, dlatego lokaj zamieszkał w rodzinie ogrodnika. Lokaj mówił o właścicielu Pałacu, że to był bardzo dobry pan dla ludzi. Opowiadał, że kościół w Kiełczowie wybudował jego ojciec. On był katolikiem, a żona ewangeliczką. Jedno chodziło do kościoła katolickiego, a drugie do ewangelickiego na Psie Pole. Ale już zapomniałam, który był jaki.
Parę lat temu przyjechał z Niemiec na wycieczkę, do Wrocławia, wnuczek Właściciela Pałacu. Przyjechał on też do Wilczyc. Ludzie wiedzieli, że mąż zna niemiecki i przyprowadzili go do nas. Poprosił męża, żeby z nim pojechał do kościoła w Kiełczowie. Mąż mój poprosił księdza Gdaka, żeby mu otworzył kościół i razem z nim weszli do środka. W kościele po bokach są czarne tablice z napisami, porobił im zdjęcia. Podziękował księdzu i dał 50 marek na kościół. Prosił go o to jego dziadek.
Za wałem nad Widawą była usypana górka i umieszczone na niej pięć kamieni z nazwiskami przodków, którzy zginęli na I Wojnie Światowej. Na jednym była data jeszcze wcześniejsza. U podnóża tej górki posadzono brzozę płaczącą i pięć dębów.
Nie wiem, co tam jeszcze zostało, bo podobno dęby zostały ścięte, kamienie znikły. Postanowiłam go sprawdzić.
To wszystko co zapamiętałam i Wam przekazałam, potomnym naszych dziadków.

Pani Helena zaprezentowała przedstawiła wspomnienia na spotkaniu z członkami ,,Wilczyckich Holmesów’’, które odbyło się 11 czerwca 2007r. w gimnazjum w Wilczycach. Autorka wspomnień zaproponowała uczestnikom spotkania wymyślenie tytułu dla jej wspomnień. Na zakończenie spotkania, z naszych propozycji wybrała tytuł wymyślony przez naszą opiekunkę -,,Z pamiętnika nauczycielki- historia sercem pisana’’.

 

Tekst wspomnień przepisał Grzegorz Obuch

 

2007-11-09

          WYWIAD Z P. STANISŁAWĄ ILKÓW- GOŁĄB, mieszkanką Łoziny, repatriantką z Tuligłów

 

Jak wyglądał Pani dom w Tuligłowach, chodzi mi o wyposażenie, ile było pokoi, jak były urządzone , jak wyglądała kuchnia?

Nasz dom był maleńki, nieduży, były w nim 2 pokoje, kuchnia i sień. Nie było szafek tylko skrzynia, w której trzymaliśmy ubrania. Wersalkę nazywaliśmy w domu „bambetyl”. Niektórzy mieli łóżka , ale my nie i zamiast tego kładło się 5 wyheblowanych desek , na to zakładało się siennik, pierzynę i poduszki. Wszędzie była pierzyna, kołdry a u nas nie pamiętam. Poduszek kładło się dużo i były one piękne, ręcznie haftowane był stół, 5 krzeseł, maszyna do szycia i małe biurko. Mój tato był stolarzem to takie mebelki umiał zrobić.  W kuchni był 1 stojący kredensik. U nas w kuchni stało jeszcze żelazne łóżko, ława, stolik do jedzenia i taborety. Na tych taboretach się siadało i razem się jadało.          

 

Ile lat mieszkała Pani w Tuligłowach?
Ja mieszkałam w Tuligłowach 15 lat

Jakie były rozrywki dzieci i młodzieży?
W szkole było pięknie. Było tylko 7 klas, nie było więcej. My się uczyliśmy na wychowaniu fizycznym tańczyć. Później jeździliśmy na olimpiadę do Komarna. U nas w piłkę nie grali, żadnego boiska w szkole nie było. Dzieci bawiły się na podwórzu. Miały piłki mniejsze, większe, ale żadnych meczy nie rozgrywano. 

 

Jak bawiła się starsza młodzież?
Niedaleko była karczma, którą prowadził Żyd, tam co sobotę były tańce. Młodzież tam szła i się bawiła. W orkiestrze były skrzypce, bęben, trąbka, flet. Nie można tam było kupić alkoholu jak dzisiaj, a i wtedy młodzież tak nie piła.

Czym zajmowali się mieszkańcy Tuligłów?
Mieszkańcy zajmowali się rolnictwem, ale dużo pracowali u pana Bala. Ten pan miał folwark i masę ziemi. Nie było traktorów, tylko konie, kosą się kosiło, rękami się wiązało snopki., dawniej wszystko rękami trzeba było zrobić.

 

Czy w Tuligłowach oprócz Polaków mieszkali  przedstawiciele innych narodów (np. Żydzi, Ukraińcy, Rosjanie)?
Mieszkały 3 rodziny żydowskie i 1 rodzina ukraińska, i to jeszcze żona była Polka , a mąż  Ukrainiec.                                             

 

Jak układały się stosunki Polaków z nimi?
Bardzo dobrze. Żydzi kupowali od nas mleko. Jeden miał karczmę, drugi mleczarnię, a trzeci sklep. Nigdy się z nimi nie kłóciliśmy. Dopiero jak wojna przyszła to nas Ukraińcy napadali to się wszystko zmieniło. Przed wojną to było grzecznie, później się wszystko pomieszało. Kiedy Niemcy zaczęli Żydów bić, to u mojej teściowej, Żydówka z karczmy siedziała 3 dni w stodole.

                                                                       

Jak wyglądało życie mieszkańców Tuligłów w czasie II wojny światowej?
Jak wojna przyszła to najpierw byli Rosjanie, później Niemcy, później znowu Rosja. Bili się bombardowali, u nas tak dużo nie zrobili szkody ale w innych wioskach ludzie ginęli. Jak wojsko jechało to byliśmy schowani w schronach, bo to porobili takie schrony na ogrodzie, trawą zatkane, że nie było ich widać. Wojsko nawet nie zauważyło. Raz dwóch kolegów wyszło z tego schronu zobaczyć co i jak, to żołnierze pod domem ich zabili.

 

Czy mieszkańcy Tuligłów często jeździli do Lwowa?  
Starsze jeździli do Lwowa. Brali owoce, warzywa, masło, ser, śmietanę. Wszystko wozili furmanką i sprzedawali to w mieście, bo tam dawali za to więcej pieniędzy.

 

Jak to się stało, że mieszkańcy Tuligłów wraz z księdzem Antonim Baszakiem opuścili swoją wieś?
Jak zaczęli Ukraińcy mordować i powiedzieli, że Polacy muszą się wyprowadzić, to ludzie się opierali i nie chcieli wyjeżdżać. Ksiądz Baszak powiedział, że wyjeżdża i tak wszystko zorganizował, że się ludzie zmówili, wszystko zabrali i wyjechali wszyscy razem. Przywieźli do Łoziny ornaty, chorągwie, figurki, Drogę Krzyżową z małego Kościoła i Obraz Matki Boskiej.                          

 

Jak wyglądała podróż?
Najpierw się w domu pakowało wszystko na wóz i wiozło się na stację do Buczał 5 km . Tam się wszystko zrzucało i później  ładowało do wagonu. W jednym wagonie jechało nas 4 rodziny. Jedzenie gotowało się na piecykach. Nie było wody, a jak się gdzieś pociąg zatrzymał na stacji to się leciało do sklepu coś kupić. A czasem na jakiejś stacji pociąg stanął i tak  staliśmy 3 dni, bo tory były zajęte, nas nie puścili. Spuścili nas na boczne tory i  tam musieliśmy czekać. Nie

wiedzieliśmy gdzie jedziemy. Zostawili nas w końcu w Trzebnicy. Wtedy chłopy poszli szukać i razem z nim mój tata, miejsca, do którego można byłoby się wprowadzić. Chodzili tu-tam, po Głuchowie i okolicznych wioskach, gdzie się komu spodobało. Mojej rodzinie najbardziej odpowiadała Godziszowa i tam się zasiedli. Później cofali ten wagon z Trzebnicy i odbieraliśmy swoje rzeczy. Kto miał konia to wozem, a jak ktoś nie miał, to ludzie pomagali sobie nawzajem. Wtedy ludzie lubili się , nie bili się, bo było o wiele biedniej i ciężej niż teraz, wtedy ludzie potrzebowali siebie nawzajem. Jak przyszliśmy do domu to co prawda okna były, ale w domu był tak okropny bajzel, bo Ruskie pozabierali te niemieckie meble i te wszystkie inne rzeczy, papier, sienniki, jakieś materace, były porozrzucane po całych gospodarstwach. Jak przyszliśmy to musieliśmy to dokładnie wyzamiatać, posprzątać, bo to był listopad i zima szła. Ściany były dość dobrze pobielone, ale wymyte podłogi dopiero na wiosnę bieliliśmy, więc zimę musieliśmy przetrzymać w takich warunkach. Po przyjeździe do Godziszowej szliśmy jeszcze ziemniaki kopać, choć to był listopad, ale ciepło było. Ruscy niby wykopali wszystko, ale poszliśmy i kartoflisko przekopaliśmy, zawsze to 20-30 koszyków było na zimę. Teraz by nic na kartoflisku nie było, wtedy jak przyjechaliśmy to nie widziałam ani jednego niemieckiego kombajnu. Jeszcze koniczyna nie wykoszona stała, więc chodzili i paśli krowy. Ja co prawda nie pamiętam jakeśmy na folwark się wprowadzili, bo miałam 15 lat i nie w głowie mi były takie rzeczy. Ci starsi to pewnie pamiętają. Jak to folwark znaleźli, tam kupę poniemieckich wytłoków, makuchów takich różnych. I krowy miały cała zimę takie używanie jakiego my nie mieliśmy 
(i tu się śmieje). W stodole była słoma, jakaś soja, także krowy jadły, doiły się, a mleko się brało i przez las szło się do Ligoty Pięknej i Wiśni Małej. Bo nie było u nas żadnego samochodu ani autobusu, a stamtąd kolejka wąskotorowa z Trzebnicy jeździła i jechaliśmy do Wrocławia nad Odrę. We Wrocławiu nie było wtedy wszystkiego do kupienia. To było po wojnie i w sklepach pustki. Nie było tak jak teraz, że idziemy i kupujemy co chcemy. Tam nic nie było. Piekarnię tylko uruchomili, więc można było dostać jakiś chleb i sól. No i jak przyjechaliśmy do Wrocławia to 5 min. i już nie było 10 l mleka. Ludzie stali z garnuszkami i do niech się mleka nalewało. Woziło się też śmietanę, ser, jajka, co prawda z początku tych jajek nie było za dużo, bo tylko 5 kur mieliśmy. Ale zawsze parę groszy na chleb się zarobiło. Kupowaliśmy torbę chleba i na tydzień starczało. Chociaż mąkę ze sobą z Tuligłów przywieźliśmy, ale drożdży nie było, z czasem dopiero pojawiły się we Wrocławiu, więc wtedy trochę sami piekliśmy. W Godziszowej każdy pieca nie miał. Na ogrodzie stały 2 piece i był taki jakby grafik i każdy przychodził i sobie piekł co chciał. Najgorzej przed świętami było, bo straszne kolejki były i trzeba było długo czekać.

 

A co Pani rodzina wzięła jeszcze z Tuligłów?
Wzięliśmy 2 krowy, 5 kur, 2 gęsi i gąsiora tak, żeby mieć na rozpłodek. Mąki i zboża parę worków jeszcze wzięliśmy, worek ziemniaków. A jak gdzieś się zatrzymywaliśmy to szukaliśmy jakieś kapusty i czegoś takiego podobnego do zjedzenia.                                                            

 

A  z przyborów domowych?
Z domu to wszystko się brało: obraz, paki- teraz w nie pszenicę sypię. Garnki, naczynia, miski, ubrania, które w skrzyniach były popakowane, bo szaf wtedy u nas nie było.

 

A kiedy przeprowadziła się Pani do Łoziny?
Jak przyjechaliśmy w 1945 w listopadzie, to ja dopiero za 2 lata, w 1947 w styczniu do Łoziny przyszłam.

 

A zastaliście tu jeszcze rodziny niemieckie?
Tylko u Cieryta była jedna rodzina niemiecka, jak do Łoziny przyszłam- dodaje.

A w jakim stanie były gospodarstwa?
Muszę przyznać, że gospodarstwa były w dobrym stanie. Domy były nie poburzone,  bo tu stało jeszcze masę starych budynków, ale teraz już zostało kilka z nich. Wtedy w Łozinie było tak jakby tylko dzisiejsze jej centrum zabudowane, tam dalej nic nie było. Były wtedy na Łozinie 2 konie, zapinaliśmy do nich takie urządzenie i oraliśmy pole aż tam do czereśni jak na Skarszyn się jedzie. To było wielkie pole i teraz jakby mi kazali tyle zrobić to bym się chyba przeraziła(śmieję się). Jednego roku mak tam zasialiśmy. Mieliśmy z  tego kilka ton, ale ile my się nałupaliśmy.

 

A kościoły były bardzo zniszczone?
Mały kościół w ogóle nie był zniszczony. A tan duży to ludzie rozebrali. Tam no górze takie ławki drewniane były i z nich nawet trumny robili, bo żadnych innych desek nie było na wsi. Trumien wtedy też nie można było dostać. 
                                                                          

A czy przypomina sobie Pani pierwsze święta Bożego Narodzenia spędzone w Łozinie? Jak one wyglądały?
A no pamiętam. Choinka była i sło9mę się nosiło do domu i sianko pod obrus się dawało, a do niego dla dzieci jakieś czekoladki, cukierki, pomarańcze. Pierogi się robiło, kucie, sos grzybowy, grzyby, śledzie, bo z początku karpi tu nie było, pączki się smażyło, śliwki się gotowało i też śliwki suszone były.

 

A jak wyglądał Wrocław po wojnie? Bardzo był zniszczony?
No był, był zniszczony- jak to po wojnie. Te kamienice, domy, to wszystko było poniszczone. Ani tramwaje nie jeździły, ani autobusy. Z 5-6 lat taki paraliż trwał.

A jak można było dojechać do Wrocławia?
Tyko koniem, no albo kolejką z Ligoty. A jak ktoś nie miał koni to chodziliśmy do Zakrzowa pieszo. W zimie towar woziliśmy saniami. Kilka lat później z Zakrzowa do centrum Wrocławia pojawiły się autobusy. Ale nie tak jak teraz, że co chwile jeżdżą, tylko kilka na cały dzień ich było. Komu tam Niemcy w domu rower zostawili, to rowerem też ludzie do miasta jeździli. Za parę lat to motocykle się też pojawiły. I do nas długo jeszcze autobusy nie jeździły i nie pamiętam już, w którym roku się pojawiły.

 

Gdzie można było załatwić dokumenty dotyczące otrzymania gospodarstw i zameldowania?
To gmina była w ten czas w Skarszynie, a te wszystkie dokumenty to w Trzebnicy się załatwiało. Po paru latach zrobili sobie gminę w Łozinie i można było dokumenty na miejscu załatwić.
       
  
Wywiad przeprowadzono w październiku 2005 roku 
Wywiad przeprowadziły:
Agata Franieczek i Paulina Okaj 
Opracowanie wywiadu w postaci cyfrowej:
Magda Kulpa – lipiec 2007rok

2007-11-08

Wywiad z p. Edwardem Golinczakiem, repatriantem z Tuligłów                           


Urodził się Pan w Tuligłowach . Ile   miał Pan lat, kiedy przyjechał Pan do Łoziny?
Miałem 6 lat.

 

Dlaczego opuścił Pan wraz z innymi ludzimi rodzinną wieś?
Po II wojnie światowej Polaków przesiedlali ze wschodu na tzw. Ziemie odzyskane. Ja, razem z mamą i z bratem pojechałem. Tata był w tym czasie w wojsku.

Mieszkańcy Tuligłów wyjeżdżając zabrali ze sobą obraz Matki Boskiej Bolesnej. Czy zna Pan jakieś wydarzenia, które świadczą o jego cudownej mocy?
Mnie trudno powiedzieć, bo jeszcze byłem za mały. Jednak dużo ludzi zawdzięcza Matce Boskiej wiele łask. W czasie  II wojnie mordowali Polaków  na Wschodzie.  Była taka organizacja ukraińska, która mówiła, że to jest ich ziemia.  W Tuligłowach dzięki obrazowi Matki Boskiej Bolesnej nikt  prawie nie zginął.

 

Jakie zwyczaje pochodzące z Tuligłowów  związane z obchodami Świąt Bożego

Narodzenia i Świąt Wielkanocnych zachowały się w Pana rodzinie?
Wigilia u nas jest rodzinna, postna, czyli bez mięsa oraz bez napojów alkoholowych.
Wszyscy razem siadamy do stołu, życzenia sobie składamy. Przed życzeniami jest modlitwa, dzielenie się opłatkiem. Potem jemy kolację wspólnie. Ojciec robił takie snopy zboża i my na to mówiliśmy baba do konta. Przynosiło się sianko na stół i pod siankiem był zawsze prezent dla nas, dla mnie i dla brata. Teraz jest podobnie. Ze Świąt Wielkanocnych są takie zwyczaje. Wielki tydzień zaczynał się od niedzieli palmowej. Palmę każdy robił w swoim zakresie. Jedni robili mniejsze, drudzy większe, jak kogo było stać, jak umiał zrobić. Tydzień wielkanocny był traktowany już jak święta wielkanocne. Wielki czwartek była adoracja w kościele, tak samo w wielki piątek adoracja przy Bożym Grobie. W sobotę poświęcenie wody chrzcielnej i wody do pokropienia ziarnek.
Tutaj było parę starszych ludzi z Tuligłów. Organizowali takie stłuczki na jajka. Kurze jajka były gotowane, nieraz surowe i się tymi jajkami stukało. Kto więcej stłukł  jajek, to ten wygrywał. No i jeszcze drugi dzień świąt wielkanocnych, oblewany poniedziałek, ale kiedyś u nas w Tuligłowach był oblewany wtorek. Każdy szanował swoje ubrania, bo ludzie nie byli zamożni, to przynieśli na wtorek to się lali w garniturach takich zużytych.

 

Czy w Pana domu spożywane są potrawy, których przepisy pochodzą Tuligłów? Jakie to potrawy?
Najważniejsza jest dla mnie kucia.  Jest ona robiona własnym sposobem. Pszenicę się gotuje, potem się ją obija,  żeby łuska zleciała, dalej się gotuje, potem doprawia miodem z cukrem i orzechami. Jemy także pierogi z grzybami, barszcz oraz wiele innych potraw.

 

Jakie przedmioty przywiozła Pana rodzina z Tuligłów ? Czy  niektóre z nich przetrwały do dziś?                                                  
Przywiozła przedmioty, takie do codziennego użytku. Międlica do międlenia lnu, taki grzeb z kości do czesania tego lnu, kołowrotek do nici, kufer na bieliznę, ubrania.

 

W Łozinie znajduje się pomnik poświęcony poległym, zaginionym i zamordowanym w okresie wojny 1939-1945 z Parafii Tuligłowy k/ Lwowa. Z czyjej powstał inicjatywy? 
Powstał z inicjatywy byłych mieszkańców Tuligłów, żeby upamiętnić swoich rodaków, którzy polegli lub zastali zamordowani w czasie wojny.

 

Czy posiada Pan dokumenty, zdjęcia pochodzące  z Tuligłów, albo związane z życiem z Łozinie w pierwszych latach po II wojnie światowej?
Nie, nie posiadam takich.

 

Czy odwiedził Pan swoje rodzinne strony?
Swoje rodzinne strony odwiedziłem dwa razy. Pojechaliśmy do Lwowa, a potem do Tuligłów, po drodze odwiedziliśmy kaplicę Fredry. Nasz dom stoi do dziś. Jest to dom nieduży przykryty dachówką. Mieszka w tym domu pani Ukrainka, która jest pielęgniarką. Mieszka razem z córkami i synem.

 

Czy tu w Łozinie odnalazł Pan swoje miejsce na ziemi?
Oczywiście, że odnalazłem, bo mieszkam do tej pory.
                                               


Dziękujemy za udzielenie wywiadu.
Życzymy zdrowia i długich lat życia.                                                                                             
                                                                                                             

 

Wywiad przeprowadziły
Magdalena Kulpa i 

Karolina Żmuda                                                                                       


Wywiad został przeprowadzony 8 sierpnia 2007 roku

2007-11-08

Wywiad z Panią Krystyną Pater, mieszkanką Łoziny, żoną Ludwika Patera, repatrianta z Tuligłów.

 

1. Jak długo mieszka Pani w Łozinie? Kiedy i skąd przyjechała Pani do Łoziny?
W Łozinie mieszkam od 1949 roku. Od 1945 roku mieszkałam w Kępie. Pochodzę z wioski Jaryczów Stary kolo Lwowa, powiat lwowski.

 

2. Pani mąż przyjechał do Łoziny z Tuligłów.  Czy męża  poznała Pani w Łozinie ?
 Mąż pochodzi z Tuligłów . Poszedł na wojnę w 1944 roku . Potem był w żandarmerii wojskowej we Wrocławiu. Jego rodzina mieszkała w Łozinie od 1945 roku.
 Po odbyciu służby w żandarmerii  wojskowej , mój mąż wyszedł do cywila i zamieszkał w Łozinie. Poznaliśmy się w 1947 , a ślub był w lipcu 1949 roku. Do ślubu jechaliśmy furmanką zaprzężoną w dwa konie. Orszak weselny liczył 17 furmanek.

 

3.Co mąż opowiadał o swojej młodości spędzonej w Tuligłowach? Czym zajmowali się ludzie na co dzień , jakie były rozrywki dzieci , młodzieży i ludzi starszych?
Ojciec męża był kowalem. Ludwik razem z rodzeństwem pomagali w kuźni . Wykonywali podkowy, podkuwali konie, robili sierpy, motyki, siekierki.
Większość mieszkańców Tuligłów zajmowała się rolnictwem, niektórzy wyrobem oleju, tkaniem płócien z lnu.
Ludzie spotykali się w domach, na ulicy, śpiewali i rozmawiali, opowiadali kawały, dużo czasu spędzali ze sobą. Nie było przecież radia i telewizji. W karczmach odbywały się zabawy i tańce. Dzieci i młodzież kąpały się w rzece ,dziewczęta grały w klasy.

 

4. Jak mieszkańcy Tuligłów spędzali Święta  Bożego Narodzenia i Święta Wielkanocne?
Pięknie. Gotowano dużo potraw. Było przeważnie 12 potraw np. pierogi gryczane z kapustą , pierogi jaglane , pierogi makowe, barszcz z grzybami, kutia, kompot z suszonych owoców, gołąbki  ziemniaczane, karp smażony, śledzie.
Oczywiście ubierano choinkę, taką prawdziwą z lasu .Czasem jak w izbie było mało miejsca choinkę zawieszano pod sufitem. Na całej podłodze ścieliło się słomę a w kącie stał snopek słomy z pszenicy, nazywany dziadem.
 O północy szło się na pasterkę, ludzie dużo kolędowali, zawsze chodzili kolędnicy.
W Nowy Rok chodzili przebierańcy, czyli mężczyźni przebrani za dziada i babę, kolędowali, żartowali i prosili o coś do zjedzenia i wypicia.
W Nowym Roku ściągano gospodarzom bramki i chowano je.
W Wielkanoc chodzono do kościoła. W Wielki Czwartek, Wielki Piątek, Wielką Sobotę, i oczywiście w niedzielę i poniedziałek. Święcono pisanki, które robiono z wosku i cebuli. Na niedzielę palmową mieszkańcy sami robili piękne palmy. W Niedzielę Wielkanocną po  śniadaniu  ludzie się schodzili i tłukli jajka. Wygrywał  ten, którego jajko się nie stłukło. W Poniedziałek Wielkanocny młodzież oblewała się całymi wiadrami wody.

 

5. Jakie zwyczaje  związane z obchodami tych świąt , a pochodzące z Tuligłów zachowały się w  Pani rodzinie?

W mojej rodzinie do dnia dzisiejszego zachowały się wszystkie zwyczaje,   które pochodzą z Tuligłów, a związane ze świętami Bożego Narodzenia i Wielkanocy. Nie ścielimy tylko słomą, całej podłogi, sianko leży na stole.

 

6. Czy te tradycje kultywują także Pani dzieci i wnuki?

Nasze dzieci i wnuki  również kultywują te zwyczaje.

 

7. Czy przygotowuje Pani potrawy, które  pochodzą z Tuligłów?
Tak, przygotowuję. O niektórych już mówiłam, oprócz tego barszcz ukraiński ( to taki z ziemniakami i fasolą ) , bigos z grzybami, pierogi z jagodami, podpłomyki, czyli placki z chlebowego ciasta pieczone na kuchni węglowej.

 

8. Pani mąż bardzo lubił śpiewać ( słyszeliśmy, że śpiewał śliczne ). Czy pamięta Pani jakieś przyśpiewki , piosenki , które pochodzą z rodzinnych stron męża?
Mąż śpiewał piosenki patriotyczne, kolędy, bardzo lubił śpiewać piosenkę „Neapol” i „Głęboka studzienka” .

 

9. Mieszkańcy Tuligłów mówili specyficzną gwarą . Czy pamięta Pani jaki  szczególne określenia , zwroty używane przez męża lub inne osoby pochodzące stamtąd?
Pamiętam takie zwroty.np:  „chodź siuda”-(chodź tutaj), „biej chudko”- ( idź szybko), „ ta ty nie brzechaj” – ( ty nie kłam), „ czego ty taka napasna”-   ( czemu jesteś taka niegrzeczna).

 

10. W Tuligłowach oprócz Polaków mieszkali przedstawiciele innych narodów (Żydzi, Ukraińcy, Rosjanie ). Jak według Pani męża układały  się stosunki Polaków z nimi?

W Tuligłowach mieszkało niewielu przedstawicieli innych narodów. Stosunki z nimi układały się dobrze . Tuligłowy to była Polska wieś, mieszkali tam prawie sami Polacy.

 

11. Dlaczego mieszkańcy Tuligłów opuścili swoją  wieś?       
Musieliśmy wyjechać, bo wszyscy Polacy dostali nakaz wyjazdu na zachód, na tak zwane ziemie odzyskane.  Ludzie nie chcieli wyjeżdżać, płakali,  nie mieli jednak wyboru . Wyjechała cała wieś, w trzech transportach, razem z proboszczem księdzem Antonim Baszakiem.

 

12. Jakie przedmioty pochodzące  z Tuligłów znajdowały się w państwa domu.  Czy niektóre z nich przetrwały do dziś ?
Z Tuligłów rodzina męża przywiozła łóżko, skrzynię na ubrania, pościel, motyki, widły , sierpy, międlicę do lnu, wrzeciona, kądziele, kołowrotki, miski, garnki, sztućce, tarki do prania, balie, maślniczki, zboże do siania, żywność, zwierzęta – konie, krowy, kury i króliki. Do dnia dzisiejszego mam motykę, sierp, widły, kufer drewniany, świadectwa szkolne  męża i zdjęcia.

 

13.Wraz z Polakami Tuligłowy opuścił obraz matki Bożej Bolesnej . Czy zna Pani jakieś historie świadczące o jego cudownej mocy ?

Słyszałam wiele takich opowieści , opisane są one także w książkach . Mój mąż był żołnierzem , przez całą wojnę , nosił w kieszonce munduru obrazek Matki Bożej Bolesnej , zawsze się do niej modlił i dzięki niej nigdy nie był ranny , przeżył wojnę i wrócił szczęśliwie do rodziny.
Mieszkańcy Tuligłów przez całą wojnę gorąco modlili się do Matki Boskiej Bolesnej o ocalenie i Tuligłowy jako jedna z niewielu wsi nie została w czasie II wojny zniszczona.

 

14. W Łozinie znajduje się pomnik poświęcony poległym, zaginionym,zamordowanym w czasie II wojny światowej mieszkańcom Tuligłów. Z czyjej powstał inicjatywy i kto się nim opiekuje?

Powstał komitet składający się z byłych mieszkańców Tuligow i ich dzieci. Członkowie komitetu chcieli, żeby pamiętano o wszystkich Tuligowianach o tych, którzy zaginęli w czasie wojny, nie wrócili z Syberii, polegli w walkach.


15. Czy posiada Pani dokumenty, zdjęcia pochodzące z Tuliglowów albo związane z życiem w Łozinie w pierwszych latach po II wojnie światowej ?

Mam wiele zdjęć, dokumentów . Pooglądamy je zaraz wspólnie.

 

16. Czy mąż odwiedzał swoje rodzinne strony? Jakie były jego wrażenia z pobytu we współczesnych Tuligowach ?

Mąż był trzy razy w Tuligłowach. Ja byłam z nim raz. Tuligłowy zmieniły się, powstały w nich nowe domy, wielu dawnych gospodarstw już nie ma. Ludzie, którzy tam teraz mieszkają byli w stosunku do nas bardzo serdeczni , mili, gościnni . Widziałam, że mąż bardzo przeżył powrót w rodzinne strony.

 


Dziękujemy za cenne informacje dotyczące historii  Pani rodziny i naszej Łoziny. Są  one ze sobą  mocno powiązane .
Życzymy dużo zdrowia i długich lat życia .

 

Wywiad przeprowadziły 12 lipca 2007 roku
Barbara Salamaga , Katarzyna Makuchowska
Magdalena Kulpa, Karolina Żmuda, Patrycja Jedynak.  

 

 

2007-11-07

Wywiad z Państwem Józefą i Wawrzyńcem Rudkiewiczami, mieszkańcami Łoziny, repatriantami z Tuligłów


Babciu, dziadku znamy się od kilkunastu lat, mieszkamy w jednym domu, razem obchodzimy święta i różne uroczystości. Dzisiaj chciałabym poznać więcej faktów z Waszego życia.
Babciu urodziłaś się w Tuligłowach koło Lwowa. Ile miałaś lat, kiedy opuściłaś rodzinną wieś.
Babcia: 18 lat.

 

*A, Ty dziadku ?
Dziadek: W trzeciej klasie.

 

*Czy pamiętacie jak wyglądała wieś, z której pochodzicie? Ile miała mieszkańców, czy była w niej szkoła?
Babcia: Szkoła była w folwarku. Wiem, że we wsi było 700 numerów, ale ilu mieszkańców to nie mam pojęcia.
Dziadek: Bogatsi ludzie dachy swoich domów mieli pokryte dachówką, a biedniejsi słomą.
Babcia: Domy były stawiane z  gliny, drzewa. W słomie się rozrabiało glinę, zawijało się i tak się budowało.

 

*Ile pomieszczeń było w domach, jak były wyposażone?
Babcia: Malutkie były, niektóre większe, niektóre mniejsze. W moim domu był duży pokój i kuchnia i kumora – dzisiejsza spiżarnia i sień była i ganek
Dziadek: Byliśmy wtedy bardzo bidni, nie było czym się chwalić. Kto chciał, to pracował na folwarku, a reszta bidowała i już.

 

*Czym zajmowali się mieszkańcy Tuligłów?
Babcia: Ludzie trudzili się tylko na roli.

 

*Jakie były zajęcia dzieci?
Babcia: Jak było ciepło, to przychodzili do sąsiadów i bawili się na ogrodach. Krowy paśli gęsi, kaczki, takie mieli zajęcia. A, jak już podrośli, to w pole szli, hakali, plewili robili po prostu to wszystko co rodzice

 

*Jak w Tuligłowach obchodzono Święta Bożego Narodzenia?
Babcia: Na święta stawialiśmy choinkę, sianko było i była zrobiona baba ze słomy.
Dziadek: A słomę to kładli na podłogę.
Babcia: To było na znak narodzin Pana Jezusa w stajence, gdzie też była słoma. Zanim się opłatkiem podzieliliśmy to klękaliśmy    i całą rodziną mówiliśmy pacierz. Następnie tato nas przeżegnał, złożył nam wszystkim życzenia i dopiero zasiadaliśmy do kolacji.

 

*Jak świętowano Wielkanoc?     
Babcia: W czasie Wielkanocy w kościele była adoracja przez trzy dni, Wielki Czwartek, Wielki Piątek i Wielką Sobotę. Całe noce się siedziało w kościele i śpiewało się pieśni. Rezurekcja była o 6 rano i całą rodziną żeśmy na nią chodzili. Przed dzieleniem się święconym jajkiem, klękaliśmy i mówiliśmy pacierz. Po obiedzie schodziła się cała rodzina, siedzieli i opowiadali różne rzeczy.
Dziadek: a mężczyźni chodzili i jajkami się tłukli na szosie. Pisanki tłukli tak, że kto więcej wytłucze.

 

*Babciu, jakie zwyczaje i tradycje pochodzące z Tuligłów przekazałaś swoim dzieciom i wnukom?
Babcia: Macie chodzić do Kościoła, uczyć się, na majówkę chodzić, na czerwcówkę. A i tak nie chodzicie. Dla nas maj to był najpiękniejszy miesiąc w roku.
Dziadek: W maju to schodziliśmy się, dziewczęta i chłopcy i robiliśmy takie procesje i śpiewaliśmy litanie do Matki Boskiej.
Babcia: W czasie Bożego Ciała nieśli obraz po polach, śpiewali, modlili się, żeby nie było burzy i gradu, żeby nie było nawałnicy. Nasza wioska była podzielona na 6 części i co tydzień ksiądz chodził z nami, bo każdy kawałek wioski miał swój dyżur przy obrazie.

 

*Czy mogłabyś babciu wymienić jakieś potrawy które pamiętasz a, które były spożywane w Tuligłowach?
Babcia: Potrawy to byli, gotowaliśmy kapustę z grochem i z fasolą czerwoną, cebulka zaprawiana do tego.
Dziadek: I pierogi.
Babcia: Pierogi to myśmy robili różne, gryczane, kapuściane ruskie, kluski były takie jak tutaj. Chleb mama piekła raz w tygodniu w piecu. Byli też tacy biedni ludzie, zbierali rzepy, suszyli ją i później tą rzepę gotowali.
Dziadek: Była taka zupa z rzepy.
Babcia: Oj, bieda wtedy była. Chłopy robili w warsztatach tkackich i tam wyrabiali płótno. Zawsze jakiś grosz z tego mieli.
Dziadek: Ale, też zboże w mieście sprzedawali, kury, świnie. Jeździliśmy do Lwowa furmankami, to daleko bardzo było. W dwie strony, żeby zajechać i wrócić to dwie doby trzeba było, ale kto chciał coś mieć to musiał jeździć.

 

*W naszej wsi żyje wiele osób, które przybyły z Tuligłów, czy spotykacie się z sobą, Żeby porozmawiać, powspominać dawne czasy?
Dziadek: Spotykamy się czasem porozmawiać. Bo w Tuligłowach było bardzo wesoło. Nie tak jak tu. Bawili my się w „Jawor, Jawor”, w ciuciu – babkę na ogrodzie. Wzięli chłopaki organki, grali, tańczyli my. A rodzice patrzyli się jak my się bawimy i to była radość. My się bawili w „mam chusteczkę haftowaną” , to było piękne, to wszystko.

 

*Na czym polega gra „Jawor, Jawor”?
Babcia: Na czym polega. Tośmy się tak połapali. Dwa chłopaki trzymało ręki, a my taki sznur dziewcząt, chłopców i my szli pod te ręki i śpiewaliśmy „Jawor, Jawor, Jaworowe ludzie”. Jakem sobie machła, a te wszystkie dzieci – buc, buc, buc i wszystko się poprzewrwcało.
Dziadek: Budujemy mosty dla pana starosty. J takie były zabawy.
Babcia: Dzieci powstawali potem, łapali się dalej i bawili się. W chowańca my się bawili.
Dziadek: Byś se poczytała, dopiero wiedziała byś co to znaczy Tuligłowy byli.

 

*Dlaczego mieszkańcy Tuligłów wyjechali ze swojej miejscowości?
Babcia: Bo nas wyrzucili i Ukraińcy zasiedli na nasze miejsce.
Dziadek: Przymusowy wyjazd był. Wszystkie musieli wyjechać w 1945 roku.
Babcia: U nas Ukrainka mieszkała z nami, nim my wyjechali 3 tygodnie. Do dzisiaj tam te Ukraińce mieszkają. Kościół jest teraz prawosławny. Jakeśmy przyjechali tam, do swojego domu, to obrazy do serca Pana Jezusa i serca Matki Boskiej tam gdzie wisieli, tam wiszą. Jakem zobaczyła swoje obrazy, się rozpłakałam.

 

*Od którego roku mieszkacie państwo w Łozinie?      
Dziadek: W 1945 roku my przyjechali, na Wszystkich Świętych była pierwsza msza w kościele.
Babcia: A, my przyjechali w 1947. Nasz transport był w poznańskim. Bo nasza wioska była duża i były 4 transporty rozdzielone. Tuligłowy są po całym świecie rozrzucone. Jedne są w poznańskim, jedne na trzebnickim, jedne we wrocławskim.
Dziadek: W Trzebnicy, Świdnicy Legnicy. Wszędy są Tuligłowy.

 

*Czy pamiętasz babciu, co Twoja rodzina przywiozła z Tuligłów?
Babcia: Jakie rzeczy? Przywieźli my to, co potrzeba było. Bo nie wolno zabierać było. Tośmy zboże wzięli, żeby było do życia. Ani szafy, niczego ino tak, co na siebie.
Dziadek: Każdy krowę miał, konia mógł sobie wziąć. Tośmy poprzywozili.

 

*Z Tuligłów przywieźliście obraz Matki Bożej Bolesnej, Który jest w naszym kościele. Czy znacie jakieś wydarzenia, które świadczą o jego cudownej mocy?
Babcia: Bardzo dużo. Pierwsze było, to co ja przeżyła. Jechałam w pole. Siadłam na wóz a kosa była. Jechał wóz ze zbożem i nas przydusił i ta kosa Zence  rękę  przecieła, aż tętnicę. Myślę sobie tętno przecięte, to niż zajadę do Trzebnicy, dziecko mi umrze. A, ja tylko rzekła –„ Matko Bolesna zabierz mnie, a dziecko uratuj” .I wzięła ją i lecę do domu. Samochód nadjechał i zawiózł mnie do Trzebnicy, do szpitala.
Dziadek: Dużo łaski my doznali od Matki Boskiej w Tuligłowach. Gospodarz się palił. Sąsiadka wzięła obraz Matki Bożej ze ściany ściągnęła i obeszła dookoła i ogień gdzieś zginął. Byłaby cała wioska poszła, a tak jeden dom się spalił a resztę ocaliła Matka Boska.
Ten obraz jest cudowny.

 

*Czy Państwa wnuki interesują się losami Waszego życia?
Babcia i dziadek: Pytają się, jak tam było, jak tu teraz. Nie możemy na wnuki narzekać.

Dziękujemy za wspaniałą lekcję historii. Życzymy dużo zdrowia oraz długich lat życia.

 


Wywiad przeprowadziły: Patrycja Rudkiewicz /wnuczka Państwa Rudkiewiczów/
                                         Karolina Żmuda

Wywiad przeprowadzono 31 maja 2007 roku

 

2007-11-06

Wywiad z Panią Krystyną Skrzyniarz-Saj - repatriantką z Tuligłów


1. Skąd pani przyjechała do Zaprężyna ?
Odp. Do Zaprężyna przyjechaliśmy jesienią 1945r. pierwszym transportem, do którego zapisał się ksiądz proboszcz i cała wieś, a szczególnie Ci którym władza sowiecka deptała po piętach. Rozpytywano kto należał do AK, przesłuchiwano podejrzewanych. Wysyłano na Sybir, albo Ziemie Odzyskane. Wybierali Ziemie Odzyskane.

 

2. Jak wyglądało życie w Tuligłowach ?
Odp. W Tuligłowach oprócz Polaków mieszkali Żydzi i Ukraińcy. Wszyscy żyli zgodnie, lubili się. Niemcy łapali Żydów, Polacy ich ukrywali, pomagali im, choć za to groziła śmierć. W Tuligłowach mieliśmy gospodarstwo. Wszyscy przeważnie żyli z gospodarstwa. Były to małe jednohektarowe gospodarstwa. Trudno było z nich wyżyć.

 

3.Czy jak Pani przyjechała do Zaprężyna  była Pani mężatką ?
Odp. Przyjechałam z mamą i siostrą, wtedy byłam panną. Mojego męża poznałam już  w Zaprężynie. W 1948r. wzięliśmy ślub w kościele w Łozinie przed obrazem Matki Bożej Bolesnej, który przywieźliśmy z Tuligłów.

 

4.Jak wyglądała droga z Tuligłów do Wrocławia ?
Odp. Jechaliśmy pociągiem do Trzebnicy. Stamtąd pieszo przyszliśmy szukać gospodarstwa. Dotarliśmy do Zaprężyna i zamieszkaliśmy w budynku przeznaczonym dla pracowników majątku dworskiego. Mieszkało tam kilka rodzin, które nie znalazły żadnego gospodarstwa.

 

5.Jak wyglądał Zaprężyn gdy Pani tu przyjechała ?
Odp. Wieś była zrujnowana. W domach nie było okien, drzwi były wyrwane. Przy pałacu  były budynki mieszkalne, obory, których też już nie ma, na ich miejscu są teraz nowe domy mieszkańców wsi.

 

6.Swoją przyszłość związała Pani z Zaprężynem, czy miała Pani nadzieję wrócić do Tuligłów ?
Odp. Planowaliśmy zostać tu rok, dwa, myśleliśmy, że przeczekamy, jak wszystko się uspokoi wrócimy do swoich domów, ale tak się nie stało. Zostaliśmy tu na Ziemiach Odzyskanych.

 

7. Jak wyglądało tu życie w pierwszych latach powojennych ?
Odp. Pierwsze lata były bardzo trudne. Szczególnie ciężko było przeżyć zimę w 1945-1946r. Brakowało wiele rzeczy, szczególnie żywności. Z sobą przywieźliśmy tylko bagaże podręczne, a cóż się mogło tam znaleźć? Trochę zboża, ziemniaków, coś do ubrania, pościele i to wszystko. Ci co przyjechali z innych Miast Polski np. Kielc, Krakowa, mieli łatwiej. Tam mieli swoje rodziny, które im pomagały. Tu przeważnie przyjeżdżali młodzi a tam zostawali rodzice, którzy w miarę możliwości im pomagali. My nie mieliśmy w Tuligłowach nikogo, kto by nam pomógł.

 

8. Dlaczego Pani przeniosła się do Wrocławia ?
Odp. Po dwóch latach przenieśliśmy się do Wrocławia, mąż dostał pracę w browarze. Ja zajmowałam się domem i dorabiałam jako krawcowa. Mieszkaliśmy w starym budynku, zajmowaliśmy jeden pokój z kuchnią, bez łazienki. Do Wrocławia przenieśliśmy się ponieważ warunki życia w zrujnowanym budynku dworskim  były bardzo ciężkie. Mieszkając tu nie mieliśmy gospodarstwa, wszystko było już zajęte. Nie mieliśmy z czego żyć. Trzeba było szukać jakiejś pracy.

 

9. Czy odwiedzała Pani swoje rodzinne strony ?
Odp. Tak, odwiedzałam wielokrotnie, ale moich Tuligłów już nie ma. Czasem żałowałam, że tam jechałam, wracały złe wspomnienia z okresu wojny. Tam nie ma już nic, wszystko jest zniszczone, zaniedbane. Tuligłowy, które pamiętam z dzieciństwa są w moim sercu.

 

10. Czy tu we Wrocławiu odnalazła Pani swoje miejsce ?
Odp. Można powiedzieć że tak. Zapuściłam tu swoje korzenie. Wybudowaliśmy tu dom, tu rodziły się nasze dzieci, dorastały, zakładały swoje rodziny. Doczekaliśmy się wnuków i prawnuków, tu mamy groby najbliższych.
 

                            
Wywiad przeprowadzali w październiku 2005 roku :

Agnieszka Bartnik
Mariola Jędrszczyk Rafał Rzętała  Agnieszka Gurgul        

Opracowanie wywiadu w postaci cyfrowej: 
Karolina Żmuda     

 

 

2007-10-18

Wywiad z Panią Marią Stasiowską z Bykowa

                                                                             

*Proszę powiedzieć, jakie ma Pani wspomnienia i skąd o Bykowie? 
Skąd te wspomnienia. Mój tato był tam leśniczym, przez dużo, dużo lat.

 

*Od którego roku?
Od roku, w 45. przyjechaliśmy do Oleśnicy, to od 46,47. osiedliliśmy  się w Oleśnicy, ja wyszłam za mąż, tato wyjechał na leśniczówkę, z siostrą, mamą. Ja zostałam w domu, w którym mieszka teraz siostra, ten dom tata dostał za papiery ze wschodu. Mój tato, Piotr Skorny, leśniczym był bardzo długo, do swojej śmierci.

 

*Jak wyglądała leśniczówka?
Była bardzo zniszczona, ale tata ją odremontował i było bardzo ślicznie, pięknie. Żywopłot z bzów był, reszta ogrodzona była siatką. Był ganek, taka weranda, drewniana, były na niej ławeczki, można było sobie tam posiedzieć, pod lipami. Bo na podwórku rosły dwie olbrzymie lipy. Przed domem był ogródek. Pod tymi lipami można było odpocząć, było bardzo przyjemnie. W ogrodzie były drzewa owocowe. Z drugiej strony była brama wjazdowa, obok była obora. Za ta oborą był duży , duży sad, który prawie łączył się z lasem. Pod lasem był a duża łąka, ogrodzona i tam pasły się dwie krówki. Było przepięknie. A mój tato, że lubiał wszystkie zwierzęta, to brał płachtę, rwał lucerkę i zanosił ją krówkom. One sobie leżały a on im pod nos podtykał. I jak szli pracownicy z lasu, to mówili:
„o, naszego leśniczego krowy znowu gazety czytają.”
Mieli z tego uciechę. A co sobotę mył te swoje krówki i świnki. W oborze też miał bardzo czysto. A do lasu jak szedł, objeżdżał właściwie rowerem, bo to były duże odległości, sprawdzał czy zwierzęta mają jedzenie w paśnikach. A w lesie było tak czysto, nie to co teraz. Gdzie te piękne dróżki, gdzie ten mech? A teraz to krzaczory, śmieci, gałęzie. Gdzie ci ludzie, którzy o to dbali? Tam było tak czyściutko jak w jakim parku.

 

*Koło leśniczówki był park ?
Nie przypominam sobie.

 

*Bo tam rosną takie stare dęby.                                      
Tak, one już wtedy były stare, mój tato o nie dbał, bo się na tym znał. Tam były takie dróżki, że mogła pani w najpiękniejszych butach tam iść. Tam było pięknie, tam iść na spacer to sama przyjemność. A teraz? Jak jadę do Bykowa to starzy ludzie wspominają jak wtedy w lesie było czysto.

 

*Mieszkała pani w Oleśnicy, a w Bykowie często pani bywała ?
O, tak, często, bardzo często. Jak dziewczynki były małe to co niedzielę, bo one chciały do babci, do dziadzia. Dziadzio brał je na rower i jechali do lasu na wycieczkę.

 

*Zawsze coś ciekawego mogli zobaczyć w lesie.
Dużo, bo i sarenki, zajączki, kuropatwy, ptaki.

 

*Czy jakieś zwierzęta podchodziły pod leśniczówkę ?
No pewnie. Dziki, lisy. A jak znalazł jakieś maluszki w lesie to przynosił je do domu i trzymał w zagrodach, w klatkach, aż się dochowały.

 

*Małe zoo ?
Tak. Wszystkie sieroty zbierał w lesie. Pamiętam raz szliśmy przez las na zabawę do Borowy, do szkoły. Idziemy, a on usłyszał płacz w lesie, sarenka płacze. Zostawił nas i poszedł ją szukać. Znalazł ją i uratował z sideł. Przypilnował też kłusownika.

 

*A co z tą Baśką ?
Baśkę, małą sarenkę sierotkę znalazł tato w lesie. Przyniósł ją do domu, zrobił legowisko pod piecem i tam się wychowała. Karmiła ją mlekiem z butelki przez smoczek. A jak była większa to cały czas chodziła za mamą. Jak chciała jeść to wsadzała głowę pod mamy spódnicę i szukała. Mama mówiła: Basiu, choć to dam ci jeść. Ona wszystko rozumiała, drzwi sobie otworzyła sama. A jak mama poszła do dentysty do Długołęki, to Baśka przyszła za nią, weszła do gabinetu.

 

*Zęby leczyć ?
Tak. Weszła za nią. Wszyscy byli zdziwieni. Do Bykowa wracały na nogach. Baśka szła koło mamy, a jak jechał samochód to chowała głowę pod jej pachę. A jak przyjeżdżali jacyś goście do leśniczówki to każdy chciał z nią zdjęcie sobie zrobić. A jak jej nie było w domu, bo chodziła sobie wszędzie, i do lasu i na łąkę, to wystarczyło że mama ją zawołała – zaraz przybiegała w wielkich susach i stawała koło mamy. No ktoś ją chyba zabił, bo któregoś razu nie przybiegła i nikt jej nie widział. Wszyscy bardzo rozpaczali po jej zniknięciu. A jeszcze były trzy małe liski. Jak urosły poszły do lasu, wracały na podwórko, ale nigdy nie ukradły żadnej kury.

 

*Lubi pani wracać do Bykowa ?
Lubię, lubię po tym lesie pochodzić, koło leśniczówki, to są miłe wspomnienia. Pamiętam, że tata miał kawałek pola, na którym uprawiał ziemniaki, siał buraki. W

uprawie tego pola pomagali mu sąsiedzi. Jeszcze uprawiał szkółki leśne.

 

*A kto tam pracował ?
Dzieci chodziły sobie dorobić i byli robotnicy leśni. Tato tylko chodził i pilnował i pokazywał. Kiedyś moje dziewczynki chciały pracować, ale nie umiały, Henia grała na bandżoli, śpiewała i był koncert w lesie.

 

*Czy w Bykowie odbywały się jakieś uroczystości, zabawy ?
Były, były, tylko gdzie, chyba w szkole.

 

*Czuje się pani mieszkanką Bykowa ? Z takim wzruszeniem pani opowiada.
Tak, często tam jeździłam i mam dużo wspomnień. I choć czas tak szybko mija to wspomnienia zostają

Dziękuję, że zechciała Pani podzielić się ze mną tymi wspomnieniami.


Wywiad przeprowadziła Krytyna Stoparczyk dnia 17-10-2007r.

2007-10-17

    Wywiad z mieszkanką Bykowa     Panią Marią Słota.

 

1.Kiedy babciu przyjechałaś do Bykowa?                
- Dokładnie 3 czerwca 1947 r. 

 

2.Jak wyglądał wtedy Byków?
-Był bardzo zbombardowany przez wojnę. Co drugi dom stał.

 

3.Masz może jakieś wspomnienia?
-Ja wiem? Pamiętam, że jak przyjechałam na wieś miałam 12 lat. Ludzie przyjeżdżali z różnych stron. Ja przyjechałam z Krakowa. Wszyscy się szanowali. Należałam nawet wtedy do koła Gospodyń Wiejskich. Nauczono mnie tam szyć, gotować, prać, robić na drutach, szydełku itp.

 

4.Odbywały się może jakieś imprezy kulturalne np. dożynki?
-Były dwa PGR, dlatego dożynki odbywały się co roku. Co Sobota i Niedziela odbywały się pograbki. Po zakończeniu pracy w polu były imprezy z orkiestrą czyli potupajki.

 

5.A babcia chodziła do szkoły?
-Chodziłam do Borowej, oczywiście pieszo. Ja mam tylko skończone 4 klasy.

 

6.Kiedy i gdzie babcia zaczęła pracę?
-W odgruzowaniu we Wrocławiu, myłam tam okna, sprzątałam po murarzach. By tam dojechać, musiałam najpierw jechać do Długołęki, a stamtąd w krowim wagonie do Wrocławia. Pomagałam również w domu i gospodarstwie przy zwierzętach i w polu.

7.W Bykowie były jakieś miejsca pracy?
-Były CPN-y, rzeźnia, sklep, który otworzono w 1956r. i oczywiście PGR.

 

8.A jak to było z Kościołem?
-Kościół w Bykowie był zamknięty, był to kościół greko-katolicki. Dopiero w 1956r. zamieniono go na rzymsko-katolicki. Do tego czasu ludzie chodzili do kościoła do Długołęki pieszo, rowerem, wozami.

 

9.W jakim stanie były zamki po wojnie?
-Były zniszczone. Ten a lesie był bardzo ładny. Ruscy ograbili zamki z cennych, a resztę ludzie zdewastowali.                                       

 

10.Jak wspominasz swoje dzieciństwo?
- Bardzo dobrze, było wesoło, przyjaźnie. Towarzystwo było zgrane, wszyscy się lubili i szanowali. Nie było tyle zabawek co teraz. Każdy wymyślał jakąś zabawę i bawiliśmy się wszyscy, np. (skakanka, chłop na jednej nodze, w chowanego, ganianego, w wojnę itp.)
Trzeba było pomagać w gospodarstwie, np. (w polu, pasienie krów, wywalanie gnoju od zwierząt i przynoszenie wody, opału itp.)

 

11.Czy spełniły się twoje marzenia?
-Moje marzenia? Cieszę się że doczekałam starości i ładnych wnuków. Jestem z nich dumna i nic więcej mi nie trzeba oprócz zdrowia aby doczekać Św. Komunii Sandry najmłodszej wnuczki.

 

12.Jak ci się żyje teraz w Bykowie?
-Teraz żyje mi się dobrze, choć życie było niezbyt wesołe, miałam dużo smutnych i tragicznych przeżyć, ponieważ straciłam wnuczkę w wypadku samochodowym w 1996r. i zmarła mi córka chora na raka w 2006r. tak jest dobrze, niczego mi nie brakuje. Mam 4 wnuczęta z których jestem zadowolona i opiekę od rodziny. Jest dobrze.


 

Autor: Weronika Słota-16.10.07r.

2007-10-16

Wywiad z Panią Anną Wasek z Bykowa

                             
*Proszę pani, od kiedy mieszka pani w Bykowie ?
Przyjechaliśmy do Bykowa w 47.

 

*Jak wyglądał Byków po wojnie ?
Oj, smutno, jak to po wojnie.

 

*Bardzo był zniszczony ?
Pewno, tam od strony Oleśnicy to sam gruz, parę osób tylko mieszkało. Parę rodzin. Same gruzowisko było. Ładnie było.

 

*Gdzie zamieszkaliście po przyjeździe, w tym domu ?
Nie, nie. Tam my mieszkali, 54 numer, tam. A ja wyszłam za mąż w 56 roku to wtedy tu zamieszkaliśmy.

 

*Mieszka pani w domu, który coś znaczył w Bykowie. Co to było ?
W tym roku, zaraz w 54 było tu przedszkole i szkoła, potem przenieśli tam, przy drodze. Tu mieszkał pan Augustyn, a szkoła tam została. Przedszkole też było, no, pani Kaśmukowa gotowała w tym przedszkolu.

 

*Ile lat funkcjonowała ta szkoła ?
Ja wiem, cztery lata, może więcej nawet.

 

*Dużo dzieci chodziło do tej szkoły i przedszkola ?
Dość dużo, dość, ile było we wsi.

 

*Cały czas pani tu mieszka ?
Tak, kawał czasu. No. Przypominali my se ze Srogową, bo oni trochę później przyjechali. Żeśmy się znali, były my panienki, razem dorastali.

 

*Pamięta pani ze swojego dzieciństwa jakieś piosenki, wierszyki ?
Nie, bo ja już chodziła do Borowy do szkoły.

 

*A może takie, których nauczyła panią mama albo babcia ?
Nie, bo to było już bardzo dawno, nic nie pamiętam. Chodziłam rok do szkoły tam w centrali, a potem już tu w Borowej. To były Brzeziny nad Prosną, koło Wieruszowa. Tu przyjechali to bracia byli małe, trzech braci miałam. A ja 13 lat miałam, rok przerośnięty, tak było w czasie wojny. Chodziłam tam do pierwszej , do drugiej a tu już do trzeciej , tylko cztery klasy skończyłam. Uczyła nas pani Soczewińska, a innych to już nie pamiętam nauczycielek. A teraz lepiej by było, żeby  szkoła była w Bykowie. Dla tych małych dzieci. A tak to dobrze nam się tu mieszka, ładnie tu jest.

 

*Dziękujemy za rozmowę.

 

Wywiad przeprowadziła Krytyna Stoparczyk w obecności Eweliny Skomry i Marcina Konopki dnia 11-10-2007r.

2007-10-15

Wywiad z Panią Nadzieją Srogą z Bykowa


*Jakie drogi przywiodły panią do Bykowa, kiedy pani tu przyjechała?
Był rok 47, czerwiec, była piękna pogoda. Wojna się skończyła. Dostaliśmy nakaz opuszczenia naszego domu. W ciągu trzech godzin musieliśmy opuścić nasz dom. Jak wyjeżdżaliśmy to był płacz. Nie wiedzieliśmy, gdzie jedziemy. To gdzie przyjechaliśmy to było zaskoczenie. Wysadzili nas w Oleśnicy na rampie. Przydzielili nam nazwy wsi, numery domów i kazali jechać. Nie wiedzieliśmy gdzie to jest, mieliśmy jechać do Bykowa. Jechaliśmy wozem. Mieliśmy konia, krowę i świnię. To i tak było dobrze. Jechaliśmy przez nieznany las. Baliśmy się, że ktoś nas napadnie. W końcu znaleźliśmy nasz nowy dom. Nie było nic. Ja miałam 10 lat, byłam załamana. Nie było nic. Meble kupowało się na starociach, odgrzebywało się co się dało. Na gruzach domów wygrzebywaliśmy naczynia, piękne talerze, kubki, miski. Były dla nas tak cenne, że szkoda było z nich jeść. Mama je myła i ustawialiśmy na szafce, na takiej półce, były piękną ozdobą.

 

*Czy w tym nowym domu przetrwały jakieś tradycje z waszego rodzinnego domu?
Jedynie tradycje świąteczne, związane z Bożym Narodzeniem, Wielkanocą, czyli te wszystkie religijne. Najpierw rodzice jeździli do cerkwi we Wrocławiu. Potem, kiedy gdzieś tak od 1960 zaczęły odprawiać się nabożeństwa w Bykowie, to chodziłam tu do kościoła. Bardzo pamiętam Wigilię. Na Boże Narodzenie ustawiało się snopy zboża po kątach, słomę kładło się na podłogę, bo to było takie klepisko. To było jeszcze w naszym tamtym domu. Ta słoma leżała tak do Trzech Króli. Mogliśmy z bratem po niej baraszkować. Tutaj mi tego brakowało. Tu już była podłoga w tym domu. Ale jak to święta bez słomy ? było tylko siano pod stołem. A w Wigilię, przed kolacją, ojciec szedł do obory do zwierząt, dawał im po kawałeczku proskorki, która wcześniej była poświęcona w cerkwi. Ponoć w wigilię zwierzęta mówią ludzkim głosem. Potem siadaliśmy do wigilii. Podczas trwania adwentu był ścisły post, kobiety szorowały garnki, żeby nie było na nich tłuszczu. Co mi zostało z rodzinnego domu ? To pracowitość. Moi rodzice byli bardzo pracowici. Mój ojciec pracował później przy budowie głównej drogi w Bykowie. Woził taką wielką beczką wodę. Ta pracowitość, nam dzieciom też została.

 

*Jakie było pani dzieciństwo?
W swoim domu chodziłam do szkoły w Kryłowie. Tutaj była szkoła 7-klasowa w Borowej i tam zaczęłam chodzić, mój rocznik był opóźniony, bo była wojna i nie mogliśmy normalnie się uczyć i chodzić do szkoły. W szkole w Borowej czułam się świetnie, byłam wzorową uczennicą. Uczyła mnie pani Soczewińska i pan Soczewiński, on był dyrektorem. Szkoła była w pałacu, było tam bardzo ładnie. Do szkoły chodziły dzieci ze wszystkich okolicznych wsi. A zabawki ? Bardzo chcieliśmy mieć rower. Nie było za co kupić. Ojciec znalazł na gruzach koło od rower,             zardzewiałe, wyczyścił je do tego znalazł taki drut i tak się z bratem bawiliśmy, toczyliśmy je po drodze. A ile śmiechu było.

 

*Jak wyglądała klasa?
Były ławki, było na czym siedzieć. Dzieci było w szkole dużo.

 

*Jak pani wspomina ten szkolny okres?
Bardzo miło. Szczególnie pamiętam zakończenie 7 klasy, było bardzo uroczyście, miałam mówić wiersz, ale się rozpłakałam.

 

*Czy odbywały się w szkole inne uroczystości?
Tak, były jeszcze inne. Były różne występy, uroczystości, choinka z Mikołajem dla dzieci, na dożynki wszyscy występowali.

 

*A w Bykowie w tym czasie odbywały się jakieś uroczystości?
O tak. Państwo Susidkowie pracowali w szkole w Bykowie, organizowali różne uroczystości, dożynki. Wszyscy byli zaangażowani. Dorośli i dzieci uczyli się ról, odbywały się różne przedstawienia.

 

*Czy to był teatr amatorski?                                         
Tak. Występowaliśmy na uroczystościach. W szkole w Bykowie był wiejski telewizor. Ludzie się schodzili, żeby pooglądać. We wsi nikt jeszcze nie miał telewizora. Nasz sąsiad miał takie małe radyjko na słuchawki, każdy chciał posłuchać a zwłaszcza chłopcy byli bardzo ciekawi. Ustawiały się długie kolejki do tej jego szopy, żeby posłuchać. Już miał nas dość.

 

*Wspominała pani o dożynkach. Czy oprócz nich były we wsi jakieś inne uroczystości?
Tak. Lubiliśmy się bawić. Koło Kościoła była kaplica, piękna. I tam odbywały się zabawy, z bufetem w worku. Z tej kaplicy były tunele do krypty pod kościołem. Można było tam przejść. Stały tam sarkofagi. Koło Kościoła był cmentarz niemiecki. Potem to wszystko zburzyli, zasypali, rozebrali. A taką wiejską rozrywką było też darcie pierza – gospodynie hodowały gęsi, kaczki, kury. Skubały te gęsi, a potem w wieczory jesienne, zimowe, kobiety schodziły się do jednego domu i skubały, darły to pierze. Na pierzynę czy poduszki dla córki, na wyprawkę ślubną. Odbywało się to kolejno, skończyli w jednym, szli do następnego. Śpiewały przy tym, opowiadały kawały, było też trochę ploteczek, a pierze fruwało. Mężczyźni też często przychodzili na pierzaki, w innym pomieszczeniu grali w karty, pili nieraz wódkę, opowiadali. Pierze unosiło się wszędzie. A czasem który jeszcze kota wpuścił do kobiet. Na koniec było ogólne sprzątanie pierza z pomieszczenia. Kobiety otrzepywały się z pierza na dworze. Gospodyni robiła poczęstunek, nieraz była wódeczka, były też tańce, każdy gral na czym umiał. Bardzo chętnie chodziłyśmy na takie pierzaki, dostarczały nam dużo radości.

                                                                     

*Co jeszcze działo się w Bykowie?                                   
Pamiętam w latach 50-tych była akcja stonka, chodziło się na pole zbierać stonkę do butelek, wszyscy chodzili. Była też warta nocna. Ludzie się bali, bo chodzili i kradli. I każdą noc dwie osoby z pałami chodziły po wsi i pilnowały porządku. To był obowiązek, pod karą grzywny. Wyznaczali i już. Pamiętam też przykre sytuacje. Pamiętam, wracaliśmy ze szkoły w Borowej. Tu koło kościoła była zbiorcza mogiła żołnierzy rosyjskich. Pamiętam jak przyjechali takimi dużymi samochodami i ładowali na nie zabitych ruskich żołnierzy. Wtedy była ekshumacja. Odkopywali ich z takiego dużego dołu. To było koło lip. Niemiły był zapach. Tych zwłok było bardzo dużo. To był straszny widok. Potem to doły zasypali. Wywieźli ich na cmentarz albo w Oleśnicy albo do Wrocławia. Nie wiem.

 

*A czy były tu groby polskich żołnierzy?
Nie, ja nie spotkałam. A zaraz. Był jak chodziliśmy na grzyby do lasu, to był grób polskiego żołnierza. Był drewniany krzyż bez żadnych napisów. To było tu, jak się jedzie drogą czereśniową.

 

*Jest jakiś ślad?
Nie, nie ma nic.

 

*Ale jest pamięć,  w której wiele zostaje. Smutne to były czasy, ale były też chwile radości, jakie?
Ludzie byli sobie życzliwi, żyli blisko siebie. Pamiętam scenki z dzieciństwa, moi rodzice bardzo lubili śpiewać. Zwłaszcza wieczorami, a my dzieci śpiewaliśmy razem z nimi. Na cztery głosy. A zwłaszcza w Boże Narodzenie. Był też taki miły zwyczaj, że na imieniny ludzie we wsi wysyłali sobie widokówki z życzeniami. A jak byłam w 6 klasie to mieliśmy pamiętniki i każdy się wpisywał. Były to takie krótkie wierszyki rymowanki. Pamiętam jeszcze zabawne zdarzenie. A jak ja byłam panienką to miałam piegi. Robiłam co mogłam, aby ich się pozbyć. Mama mi nawet kupiła we Wrocławiu taki krem na piegi „Halina”. Smarowałam, ale nic to nie dało. Ale ktoś powiedział, żeby wydoić klacz jak się oźrebi i tym mlekiem smarować twarz. I rzeczywiście, cera zrobiła mi się taka ładna, piegi znikneły. Do dziś ich nie mam.

 

*Rzeczywiście. Najlepsze są domowe sposoby. Proszę powiedzieć, czy spełniły się pani marzenia snute w tych powojennych czasach?
Moje marzenia ? nie spełniły się. Chciałam być nauczycielką, chodziłam do liceum Pedagogicznego we Wrocławiu. Bardzo chciałam uczyć dzieci. Ale nie miał mną kto pokierować i po dwóch latach rzuciłam szkołę. Poszłam pracować do sklepu, zostałam sprzedawcą. Byłam między ludźmi. I tu w kontaktach z nimi przydała mi się pedagogika, więc mogę powiedzieć, że po części moje marzenia się trochę spełniły. Kiedy było mi źle, miałam problemy, szłam do lasu. Tam się wyciszałam, mogę powiedzieć że las mnie uratował. Tak szłam patrzyłam na przyrodę i wszystko nabierało innych kolorów.

 

*Te swoje przeżycia pięknie pani opisała.
Lubię pisać. Zaczęłam najpierw opisywać koleżanki, sąsiadów, aż mama na mnie krzyczała, żebym kogoś nie obraziła. I tak to trwa i nikt się nie gniewa. Czasem coś mnie zastanowi i piszę wtedy. Daje mi to radość. Opisuję swoje życie i życie wokół mnie, życie mojej wioski.

 

*Dziękuję pani bardzo, życzę zdrowia i natchnienia do dalszego tworzenia. Pozwoli pani, że zacytuję cząstkę pani twórczości:

 

Nasz Byków
Wieś piękna wieś cicha sielska,
Zasnuta mgłą poranną,
Pachnąca zbożem i zielenią,
Wokoło pola dalej las,
Tak dostojnie otacza nas,
Na wsi słońce jaśniej świeci,
Pieszcząc promieniami każdy kąt,
Nie wyjedziemy do miasta za nic na świecie,
My jesteśmy sercem i duszą stąd,
W naszej wiosce dni życia,
Płyną beztrosko,
Kochamy cię tak serdecznie,
Ty rodzinna  nasza wiosko.


 

Wywiad przeprowadziła Krystyna Stoparczyk dnia 09-10-2007r.

2007-10-14

Wywiad z Panią Salomeą Frej z Bykowa 

                                                                                      

* Dzień Dobry pani Sabino. Ma pani piękne imię Salomea, ale używa pani innego.
Tak, no tak.

 

*Wiemy, że pani mąż był sołtysem. Kiedy to było?
Tak, mąż był sołtysem Bykowa w latach 1971-78. Kiedyś to było inaczej niż teraz. Teraz to w sklepach jest wszystko, ale nie ma tyle pieniędzy. A kiedyś to co było, tylko ocet, musztarda. Ale było lepiej, ludzie się do siebie schodzili, porozmawiali, jedno z drugim się dzieliło, sąsiad sąsiadowi pomagał. Teraz to każdy pozamyka się w domach, i co oni robią. Weźmy tych młodych, komputer, telewizor i co? Po przystankach, porozbijać się, słupek wyrwać.

 

*Pani Sabino, a jak to było, zanim poznaliście się z mężem, czy to było już tutaj?
Poznaliśmy się w ‘56 roku. Przedtem mieszkałam w Nowej Hucie, tam pracowałam 5 lat. Potem przyjechałam do siostry do Wrocławia w ’55 roku, pracowałam 1 rok na kolei. Przyjechałam kiedyś na dożynki w Bykowie i tu poznałam mego męża.

 

*A mąż już tu mieszkał w Bykowie?
Tak, oni przyjechali tu z kieleckiego w 46 roku.

 

*Z opowiadań męża wie pani jak wtedy wyglądał Byków?
Było okropnie, wszystko było strasznie zniszczone, nie było tak pięknie jak dzisiaj. Powalone domy, wszystko porozbierane.

 

*A dom, w którym mieszkacie?
To był taki, jaki jest. Trochę się remontowało, okna i drzwi wymieniło. Kiedyś było fajnie, ludzie budowali domy, stodoły, jeden drugiemu pomagał.

 

*Ale oprócz pracy były jakieś przyjemności?
O tak, były zabawy, wieczorki w starej szkole.

 

*Słyszałam, że koło starej szkoły była kaplica.
To nie była kaplica, mówili że to była trupiarnia. A to nieprawda. To był dom myśliwski. I tam były różne pograjki, poczochrajki.

*Często bawiliście się?
Co sobota my się bawili, a jak. Jak dzieci były małe to zabrałam je ze sobą, tam posiedzieli, a jak, do dwunastej i spać, bo rano trzeba do roboty wstać, trza w pole iść.

 

*A na czym grali?
Na bębnie, na akordeonie. Na bębnie grał Jarzyna, na grzebieniu, na czym się dało.

 

*Pamięta pani jakieś piosenki?
Były różne piosenki, przyśpiewki. Weselne przyśpiewki śpiewali.

 

*Wiem, że pani lubi śpiewać, może nam pani coś zaśpiewa?
Tak, dużo było piosenek. Jak tak się poschodziły różne stare kobiety to tak posiadały wkoło, w środku bawili się młodzi, a one obgadywały, ta ma takie nogi, ta takie. Bawiliśmy się wesoło. Ta tak ubrana, ta tak.

                                                                                 

*Pamięta pani, w którym roku zaczęły odprawiać się nabożeństwa w kościele?
W 47 roku odprawiał niemiecki ksiądz, co dwa tygodnie przyjeżdżał rowerem i se odprawiał. To był wtedy ewangelicki kościół. A później, to ten ksiądz wyjechał albo zmarł, ale chyba zmarł, nasi księża objęli. To my dowozili księdza, najpierw koniem, a potem samochodem, czym kto miał. Było fajnie, wesoło.

 

*Czy oprócz mszy odbywały się jakieś uroczystości, procesje?
Na odpuście była procesja, na niedzielę palmową, jak była ładna pogoda, na Wielkanoc. Było fajnie, a teraz to już całkiem fajnie.

*A inne obrzędy, np. kolędnicy?
To robiły moje dzieci.  A jeszcze wcześniej, to ja i mój brat, taka babcia Skorna tu mieszkała, to my tu zrobili prawdziwą kolędę, to my szli pod okna. A najlepiej jak były ukraińskie święta, to my szli, pokolędowali po ukraińsku pod oknami, to nas zaprosili do domu, poczęstowali pierogami, co tam mieli jeszcze na wigilię. Wszystkiego trzeba było spróbować. Później my szli przez wieś, śpiewali po naszemu, pod ich okna po ichniemu. Jeden grał na skrzypcach, Jarosz był żydem, dziewczynom buzie usmarował sadzą, sieczki nasypał pod stół jak były dziewczyny w domu. Było wesoło. Spędzili my fajnie czas. Jeden drugiego uszanował.

 

*Gdzie w Bykowie stał zamek myśliwski?
Jeden tu na boisku, a drugi w lesie, nasi wszystko zniszczyli, rozebrali na cegłę.

 

*A kaplica gdzie była?
Na cmentarzu. Ludzie ją zniszczyli, powyrywali okna, drzwi, potem ją rozebrali bo tylko straszyła na cmentarzu.

 

*A wracając do pani dzieciństwa, zabaw dziecięcych, jakie pani miała zabawki?
Jakie? Moja siostra szyła lalki ze szmat, w środku wsypywało się troty i była lalka. Piłki my też szyli ze szmat. Kto tam miał piłki! Ojciec zrobił nam drewniany rower, to ja tak jeździłam z górki, aż dostałam takie zapalenie, myślałam, że umrę. Z górki jechałam, pod górkę szłam z tym rowerem. Cholery można było dostać z tym rowerem. Wszystko na kupę tak jeździło. Z górki na rowerze, potem pod płotem, rower na plecy i na nogach pod górę.

 

*A pani dzieci?
No to masz, moje dzieci to już miały wszystko i rowery i zabawki, wszystko. A wtedy nic nie było, siostra moja szyła tylko te lalki, to taki mamumiarz z niej był, ciągle tylko te mamumy szyła. Ojciec mówił, nie szyj ciągle, tylko weź się za robotę. Poszli my w pole, przychodzimy, chata zimna, ojciec mówi, co ty robiłaś, a ona mówi że lalki szyła. Ojciec mówi, aby cię wycięło. I do tej pory tak lubi szmatki i tylko by szyła.

 

*Pamięta pani jakieś piosenki, rymowanki z zabaw dziecięcych?
Wyleciało mi z głowy. Nie pamiętam. Ale kiedyś pojechaliśmy do cioci do Tarnowa. Obiecała nam, że jak będziemy grzeczne to coś nam kupi. Myślę se, co też ona nam kupi ? poszła do miasta, nie ma jej i nie ma, mu, dom posprzątały, w ogródku, patrzę co też ona nam kupiła. A ciotka kupiła nam po lizaku. Dobry był i lizak, bo nic więcej nie było. Były jeszcze takie drobne cukiereczki karmelitki. Jak się dostało jednego na tydzień to dopiero było święto. Nic wtedy nie było, to taka drobnica to była radość.

 

*Wspomniała pani, że choć nic nie było, to ludzie byli wtedy lepsi.
Tak, to prawda, ludzie byli dobrzy.

 

*Chciałaby pani wrócić w tamte czasy?
Nie, to co ja przeżyłam to nie, wybieram starość. Bieda, wojna, wystarczy.

 

*Lepiej zapomnieć te złe chwile?
Tak.

 

*Ale z pewnością wyniosła pani z domu rodzinnego coś dobrego?
O, tak. Wyniosłam wiarę, szacunek do ludzi, do dzieci. Każde dziecko jest dobre, tylko trzeba je wychować. Trzeba je nauczyć roboty, bo wyrośnie kaleka. Jak dziewczyna umie ugotować, upiec, to jest dziewczyna, a jak pazury tak, wymaluje się, to jest ciort nie dziewczyna. Dziecko musi wynieść z domu dobro, bo dziecko wyniesie zawsze z domu coś, co w nim kwitnie, taka jest prawda.

 

*Chciałaby pani coś zmienić w Bykowie?
Co by tu zmienić, on jest dość w miarę. Żeby tylko ludzie zgodnie żyli, jedno z drugim. Młodzież żeby się dobrze zachowywała.

 

*Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła Krytyna Stoparczyk w obecności Eweliny Skomry i Marcina Konopki dnia 11-10-2007r.

2007-10-13


Wywiad z p. Stanisławem Kloc – absolwentem Szkoły Podstawowej w Długołęce z roku 1947/1948

                                                                        

Uczeń: Dzień dobry, chcemy z Panem porozmawiać o Pana latach szkolnych.
S. Kloc: (śmiech), czy to kogoś jeszcze interesuje?, to było tak dawno...
U. bardzo nas to interesuje, bo my chcemy wiedzieć jak było dawniej, poza tym jesteśmy z klubu poszukiwaczy, który współpracuje z GOK nad projektem o tożsamości mieszkańców Gminy Długołęka.
S. K. Chętnie wam opowiem, pytajcie.
U. Od którego roku był Pan uczniem szkoły w Długołęce?
S. K. Od roku 1946
U. Czy wcześniej nie chodził Pan do szkoły?
S. K. Chodziłem, ale to było w Ostruszy, tam uczyliśmy się w mieszkaniu prywatnym, raz u jednego kolegi, raz u innego, bo to było ciche nauczanie. Podczas okupacji dzieci nie chodziły do szkół, tylko tak po cichu nas uczono.
Kiedy 16 stycznia 1945 roku wyzwoliła nas Armia Radziecka, to jeszcze do wakacji 1946r. chodziliśmy do szkoły w Ostruszy, a później rodzice zdecydowali się na przyjazd na Ziemie Odzyskane.
U. I wtedy poszedł Pan do szkoły u nas w Długołęce, czy tak?
S.K. Tak, moje pierwsze wejście do szkoły było dużym przeżyciem dlatego, że ja poszłem na boso, inni uczniowie mieli buty, wszyscy na mnie się patrzeli jak na dziwnego, dobrze, że pomogła mi nauczycielka.
U. Co najbardziej zapamiętał Pan ze swoich lat szkolnych?
S.K. Pamiętam, że lubiałem się uczyć (wyraźne wzruszenie na twarzy). Po lekcjach robiliśmy przedstawienia teatralne z Panią Modestą Nagórną, naszą nauczycielką.
U. Dla kogo te przedstawienia były robione?
S. K. Dla mieszkańców naszej wioski, zarabialiśmy na tych przedstawieniach.
U. Jak?                                                               
S.K. Zarabialiśmy pieniądze, a za nie kupowaliśmy atrament do kałamarzy, papier, mapy, ... takie to były czasy.
U. Czy były mundurki?
S.K. Nie, każdy chodził tak ubrany jak mógł, a było biednie.
U. Jakie zabawy zajmowały chłopców?
S. K. Piłka, tak jak teraz. Graliśmy czym się dało: kamień, kartofel, piłka zrobiona przez mamę, byle grać.
U. Czy były kary w szkole?
S. K. Najgorzej było jak ktoś nie odrobił lekcji, siedział wtedy w kozie.
U. W  k o z i e?
S.K. To klasa, trzeba było odrobić zadanie, ale mogła być też piwnica lub komórka, wtedy było ciężko.
U. A pochwały, nagrody?
S.K. Też były, najczęściej to kierownik pochwalił.
U. Bardzo dziękujemy za piękne wspomnienia.
S.K. To my z żoną się cieszymy, że chcieliście nas słuchać.

 


Wywiad przeprowadzili:
1. Natan Sągol  kl. VIb
2. Michał Bałdys  kl. Va
3. Grzegorz Kubiak   kl.Va

Długołęka, 12.10.2007r.

 

Materiał przygotował Klub Poszukiwaczy LOGOS z Długołęki

2007-10-12

Wywiad z panią Katarzyną Białowąs z Długołęki
przeprowadzony w dniu 21.09. 2007r.

 

Uczennica: Kiedy Pani przyjechała do Długołęki?
Katarzyna Białowąs: W 1946 roku.
U. Dlaczego wybrała Pani właśnie Długołękę?
K.B. Bo tu mieszkała moja siostra i szwagier. Oni wyjechali wcześniej i tu właśnie zamieszkali. Ja przyjechałam do nich ze Staszkówki.
U. A gdzie położona jest Staszkówka?
K.B. Teraz to jest powiat Nowy Sącz, a dawniej to był Tarnów, góry.
U. Jak wyglądała wtedy nasza miejscowość, czy było dużo domów?
K.B. Były przy Wiejskiej ulicy te stare domy i przy ulicy Broniewskiego. A nowych domów żadnych nie było. I wszyscy byli gospodarze. Było bardzo ładnie w Długołęce.
U. To tylko te dwie ulice były?
K.B. Tak, tylko te dwie ulice były, aha Wrocławska była, ale było tam bardzo mało domów.
U. I sami gospodarze?
K.B. Sami gospodarze, nawet Robotnicza to też gospodarze, bo mieli krowy, świnie.
U. A, to na Robotniczej też było trochę domów?
K.B. Te domki co były, to są.
U. Czy na Robotniczej mieszkali „repatryjanci”?
K.B. Tak, tak, tak, tam mieszkali ludzie ze wschodu, oni pracowali w roszarni w Dobroszycach. Wszystkich znałam. Wszyscy chowali krowy, kury, konie, świnie.... wszystko
U. Wszyscy?
K.B. Wszyscy. Także nie było, że ktoś był taki pan jak teraz. Teraz nikomu nie chce się chować zwierząt.
U. Czym oprócz hodowli zajmowali się ludzie?
K.B. Rolnictwem, ja u siostry pracowałam też w żniwa przy zbiórce plonów, przy plewieniu kartofli, buraków, no wszystko co się robi na gospodarce.
U. Jak długo mieszkała Pani u siostry?
K.B. Aż się Białowąs zlitował i mnie wziął (śmiech)
U. Czyli wyszła Pani za mąż za pana Jana Białowąs, a w którym roku?
K.B. W 1947, w lutym, 2 lutego. Był wtedy mróz taki jak pieron. Śnieg, mróz taki, było zimno.
U. Proszę nam powiedzieć jak była Pani ubrana do ślubu?    
K.B. Pożyczoną miałam białą sukienkę od pani Błaszczakowej, tej, co mieszkała tam na Kolejowej. A welon miałam od pani ze Szkolnej – Brzezicka Paulina, a buty miałam swoje i koszulę swoją (śmiech radosny do wspomnień).
U. Podobno dobrze mieć coś pożyczanego na ślub.
K.B. Może i dobrze. A kwiaty miałam zrobione z drzewa, z takich wiór pięknych, co dostałam jak byłam w Staszkówce na ostatnie moje imieniny od mojej chrzestnej, i to przywiozłam i miałam bukiet do ślubu..... Bardzo ładny. Szkoda, że się nie zachowało.
U. Czy po ślubie zamieszkała Pani w tym domu, gdzie teraz jesteśmy?
K.B. Tak, zamieszkałam tutaj zaraz po ślubie, bo Białowąs pracował na kolei. Ja też później pracowałam na kolei, przepracowałam 35 lat. Na kolei pracowały dwie moje córki, teraz na kolei pracuje moja synowa.
U. Czy pamięta Pani szkołę z lat 1946, 47?
K.B. Pamiętam, była tam, gdzie teraz jest GOK. Nie miałam jeszcze dzieci , więc szkołą się nie bardzo interesowałam.
U. Czy można porównać życie w Długołęce w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych  i w czasach dzisiejszych?
K.B. Można, ale dawniej było bardzo wesoło, było lepiej, ludzie się spotykali, śpiewali, żartowali, było wesoło! Teraz jest inaczej. Wolę dawne czasy.

Dziękujemy pięknie Pani za rozmowę i za poczęstunek.

To ja wam dziękuję i cieszę się, że jeszcze jest ktoś, kto interesuje się tym, co było dawniej. Miło było powspominać.


Wywiad przeprowadziły uczennice:
Ania Miroforidu kl.VIb
Jaśmina Gunia kl.IVa
Agata Parzóch kl.VIb

 

Materiał przygotował Klub Poszukiwaczy LOGOS z Długołęki

2007-10-11

 

Wywiad z panią Marią Jarosz

 


*Dzień dobry! Jak Pani długo mieszka w Dobroszowie?
Od 1949 r. skończyła się wojna i przyjechałam. Było dużo partyzantów, przyszli Niemcy i zapalili połowę wioski. Uciekły my do lasu. Przez dwa tygodnie byliśmy w lesie i piliśmy tylko mleko, ponieważ Niemcy zajęli nasz dom. Niemcy ogłosili, żeby się wszyscy wynieśli, bo zaczęli strzelać. Cała wioska uciekła i zaganiali ich do Krakowa. Rano Niemcy, żeby szli dalej na zachód. Ta cała historia miała miejsce we wrześniu w 1947r. pojechaliśmy do Tarnowa i tam odpoczęli. Z Tarnowa znów wygnali. Gdyśmy doszli już, gospodarz Barkowski zabrał na do siebie. Spali my w szopie razem z rodzicami i tam pracowali w bunkrach. Było sześcioro dzieci. Przyszli do wioski Zgłowice Niemcy w marcu i stamtąd przyszli do swojego domu. Nie było tam nic i mieszkaliśmy u cioci. W 1949 w czerwcu przyjechaliśmy na zachód. Zaraz po wojnie ułożyłam wiersz.

„Gdy okopcy kończyć się miała
W ten czas była nadzieja cała.
Niemcy powoli opuszczali,
Lecz na Kamieńcu się okopali,
A za nimi Rusy kroczyły
I Niecmy zawiadamiali,
Żeby czym prędzej tym wielkim czasem
Dom opuszczały bez ambarasem.
Biedne ludziska strasznie płakały,
Lecz na to Niemcy nie uważali.
Wypędzali każdego ze swego domu.
Nie dali do wsi dojść nikomu.
Gdzie był wóz, obrośli ludzie.
Nie było ich w tak wielkim trudzie.
A my ponieważ koni nie mieli,
Wszystko ze sobą nosić musieli.
Przyszli my zabrać ziarna pszenicy
I zamknęli nas do piwnicy.
W piwnicy wilgoć, była tam woda.
Tak wyglądała nasza swoboda.
Co my z nadzieją na nich czekali,
To nasze domy porozbierali.
Drzwi, okna, sprzęty zabrali.
Z tego bonkry wybudowali.
Każdy powrócił w ten dzień jedyny,
Gdzie były miny koło minów.
Pomiędzy miny weszli cywile.
Dopiero stug zabity i my czekali.
Zgnite kartofle wydobywali,
Tak my się żywili, co tylko mogli.
Placki my piekli i tak myśmy się żywili.
Zgniłe kartofle wykopywali
I na tyfus chorowali.

*Gdzie Pani mieszkała?
Pod numerem 27, potem 28, a teraz 15.

*Gdzie chodziła Pani do szkoły?
Do Bykowa. W IV klasie byłam 3-4 dni, bo była spalona.

*Jak wspomina Pani szkołę?
Bardzo dobrze. Z siostrą, jak poszłyśmy do szkoły, nikt nie przyszedł, to dyrektor wziął nas do swojego domu. Ogrzaliśmy się i wrócili do domu. Moje dzieci chodziły do Dobroszowa, gdzie były dwie klasy.

*Czy gdzieś Pani pracowała?
Pracowałam 3 lata w roszarni, która znajdowała się w Januszkowicach. Później w Spółdzielni Rolniczej. Tam sadzili ziemniaki. Założona była w 1951-52 roku.

*Czy kościół wyglądał zawsze tak jak teraz?
Kościół przedtem wyglądał brzydziej. Nie było ołtarza ani podłogi, ławek. Były tylko krzesła. Był to kościół prawosławny.

*Słyszała Pani, że była tu roszarnia, browar i sierociniec? Czy Pani je pamięta?
Była duża gospoda tu, w Dobroszowie, gdzie mieszka pani Maliga. W Dąbrowicach tam, gdzie mieszka pan Maliga była szkoła. I też piekarnia na mojej posesji. Sierocińca nie pamiętam.

*Jak zmienił się Dobroszów przez te wszystkie lata?
Przybyło dużo osób. Teraz jest bardzo odbudowany. Jest gdzieś 35 domów.

*Ile osób mieszkało w jednym domu?
Przeważnie mieszkało od 3 do 7-8 osób, a u pana Słowińskiego aż 11.

*Co dzieci wtedy robiły?
Było organizowane przedszkole na wakacje.

*Czy wszyscy chodzili do szkoły?
Ci co należeli trochę do Dobroszowa, a trochę do Januszkowic. Uczyło dwoje nauczycieli: Tadeusz i Antonina Świątek.

 

Dziękujemy Pani za rozmowę. Do widzenia!
(zdjęcia: „prywatna kolekcja p. M. Jarosz”)
Rozmawiały Monika Owczarek i Andżelika Świerad
Dobroszów, 09.10.2007

© 2007 auch studio