strona główna > żywe krajobrazy > Wywiady projektu O MOCY WIELKIEJ NOCY: > wywiady klubu z Bykowa
Gmina Długołęka
2010-05-18

Wywiad z Panią Marią Słotą

Przeprowadziły: Ewelina Skomra, Ewelina Krzywaniak, Krystyna  Stoparczyk

Dnia: 8 kwietnia 2010 roku w Bykowie.


  Ewelina Skomra: Przeprowadzimy z Panią wywiad na temat Świąt Wielkanocnych, Pani wspomnienia z dzieciństwa i z młodości.
Skąd pani pochodzi, region pochodzenia, miejscowość, gdzie Pani mieszkała, gdzie mieszka obecnie?

Pani M. Słota: Mieszkałam w krakowskim, województwo nowosądeckie, przyjechałam tu w  47 roku, w czerwcu, nie pamiętam, którego czerwca, ale to chyba nieważne, to już przeszło sześćdziesiąt lat. Miałam wtedy  chyba12 lat , jestem urodzona w 34 roku, to 13 , w lutym skończyłam 76 lat.

E. S.: Jaki jest Pani wiek?

Pani M. Słota: No to mówię, 76 lat.

E.S.: Jak wyglądały ostatki?

Pani M. Słota: Ostatki? Do postu, tak? Śledzik, wszystkie garnki moja mama szorowała, dawniej tak było, nie? Nie było takich płynów jak dziś, się myło, szorowało piaskiem, płukało się przy studni, żeby były czyste, wieszało się na płocie, żeby garnki były do postu przygotowane. Cały post prawie się pościło. Dawniej nie było tak , że mięso na mięso, kiedy kto mięso jadł? Kaszę, ziemniaki, kwaśne mleko, bo krowa była, to było popularne jedzenie. Kartofle z kwaśnym mlekiem to co dzień  obowiązkowo, chyba, że była maślanka jak masło się zrobiło.

E.S.: A bawiono się na ostatkach?

Pani M. Słota: Bawiono się, ale do 12 godziny, bo jak post miał przychodzić, to już było zakazane.

E.S.: Jak wyglądał post, jak go przestrzegano?

Pani M. Słota: Bardzo go przestrzegano, nie wyobrażasz sobie, że teraz tak, ja nawet go tak nie przestrzegam. U nas, tam w krakowskim olej był, mieli tłocznie, siemię z lnu, bo olej lniany jest bardzo zdrowy i bardzo smaczny. To na tym oleju wszystko się smażyło, gotowało, żeby postne było. Nie biło się tak świń, to raz kiedy na Wielkanoc się zabiło, to było. Smalec fajny taki. Było biednie, bo nie tak jak dzisiaj. No to wszystko postne. O, miód, dzieci to chleb z miodem, jak  pamiętam z miodem chleb, z cukrem, wodą się polało. Byli my tacy zdrowi, że nikt nie , chorował.

E.S.: Czy był półpost?

Pani M. Słota: Półpost? Nie było. Był post to trzeba było pościć. Nie było tak, że dzieci małe, to trzeba im dać tak zjeść jak dzieciom, tylko trzeba było tak jak rodzice, po równo.

E.S.: Czy były wyjątki od zachowywania postu w trakcie jego trwania?

Pani M. Słota: Czy były wyjątki, no chyba nie. U nas jak ja pamiętam to nie było, wszyscy pościli. U nas taki katolicki był rejon, tak, że wszyscy  utrzymywali ten post jak potrzeba.

Ewelina Krzywaniak: Co groziło za złamanie postu?

Pani M. Słota: Co groziło, nie wiem, bo trzeba było pościć i tyle.

K.S.: Pani  pościła, to kary nie ponosiła.

Pani M. Słota: Oczywiście, ja pościłam

E. S.: Zwyczaje Wielkiego Postu?

Pani M. Słota: Do kościoła trzeba było chodzić, nie wolno było przeklinać, trzeba było tak żyć zgodnie z postem.

K. S.: Czy dzieci mogły się normalnie bawić?

Pani M. Słota: Bawić, to tak . Normalnie, tak jak zawsze, tylko, żeby ten post przestrzegać, dotyczyło to głównie zachowania i jedzenia.

E. S.: A nabożeństwa, drogi krzyżowe, gorzkie żale, nabożeństwa, czy trzeba było pójść?

Pani M. Słota: Przecież, wszyscy chodzili. Dzieci małe, duże, na drogę krzyżową to wszyscy szli. W kościele się odbywała droga krzyżowa, w Wojkowej, bardzo ładnie teraz odnowili. Jak jechałam tam dwa lata temu do siostry na Słowację to aż mi się płakać chciało. Jak tam pięknie, jakie czyste powietrze. Te góry, jeziora, lasy, jak pięknie!

E. S.: Czy występował zwyczaj tłuczenia garnków?

Pani M. Słota: Nie, u nas nie tłukło się. Były garnki żelazne, to nikt ich nie tłukł. Gliniane były na zsiadłe mleko, rydze się kisiło w glinianych garnkach. Nie wiecie co to są rydze, takie grzybki. U nas w górach to są rydze.  W Wielki Post to się jadało rydze, bryndze się robiło, to też w kamiennych garnkach. To takie jedzenia było.

E. S.: Czy jedzono gotowane jedzenie czy surowe?

Pani M. Słota: Gotowane.

E. S.: Obrzędy, zwyczaje, zabobony, zwyczaje, wierzenia, przesądy, opowieści magiczne Wielkiego  Tygodnia?

Pani M. Słota: No, wróżby to  ja nie pamiętam, ani przesądy. Do kościoła trzeba było chodzić, no nic takiego nie pamiętam.

E. S.: Czy obdarowywano się?

Pani M. Słota: No, na Wielkanoc. Jak się przyszło ze święconki, to u nas taki był zwyczaj, zjadło się śniadanie – w pierwszy dzień świąt- to mama kroiła ciasto, i jak moja ciotka mieszkała tak, że się szło w tą stronę do przodu, to kładła na talerz tego ciasta, nie było takich torebek jak dzisiaj, zawijała w taką lnianą serwetkę i kazała zanieść, ciotka wzięła to ciasto, tak się częstowali. I oddała swego ciasta z powrotem. A już w tę stronę to nie, tylko trzeba było iść do przodu.

K. S. : Skąd to się wywodziło?

Pani M. Słota: Nie wiem, mama mówiła to ja tam poszłam. Mamę to uważałam, nie tak jak dzisiaj, człowiek to uważał rodziców jak umiał. Moje wnuczki swoją mamę też uważają. Tak powinno być.

E. S.: Czy chodzono z pieśnią?

Pani M. Słota: Nie, tylko tak w kościele się śpiewało. Tylko dzieci schodziły się na łąki i jajkami się rzucały, w pierwszy dzień, bo w drugi to się lali jak nie wiem. Brali jajka i rzucali, kto wyżej rzuci, komu się stłucze. A drugi dzień to już, mieszkaliśmy przy rzece, jak nie mogli zlać to do wody wrzucili.

K. S. : Witkami wierzbowymi też bili chłopcy?

Pani M. Słota: Nie, tylko lali, lanie to okropne było.

K. S.: Czy dzieci dostawały jakieś świąteczne prezenty?

Pani M. Słota: Tylko był poczęstunek, nic my nie dostawali. Obowiązkowo na Wielkanoc każdy dostawał nowe ubrania: nowe sukienki, nowe buciki . Mam siostrę starszą o dwa lata, to tato zawsze nam jednakowe kupował. Szyła krawcowa, żeby było nowe.
Mama piekła ciasta drożdżowe, a tak pachniało, że do dziś czuję. A koszyk do święcenia to był duży, dużo się tego do kosza kładło, o wiele więcej, niż dziś, to musiało starczyć do śniadania, jeszcze poczęstować jak to przyjdzie. Mama tego ciasta dużo piekła, a tak pachniało!

E. S. : A oprócz ciasta drożdżowego coś się piekło jeszcze?

Pani  M. Słota: Przeważnie drożdżówki, nie znało się takich wymyślnych.

K. S.: Jak wyglądało śniadanie wielkanocne?

Pani M. Słota: Mama nakroiła wszystkiego na talerz, kawę zrobiła, albo mleko, i jak my zjedli, nie można było chodzić do nikogo. My mieszkali koło kapliczki, dzisiaj też jest dobrze utrzymana, jak teraz byłam to tak tam pięknie. No to koło tej kapliczki na dołku my tymi jajkami rzucali. Tak do kogoś nie wolno było chodzić w pierwszy dzień, bo to było święto, święto. Co najwyżej śpiewaliśmy , ale pieśni kościelne.

E. S.: Kto zaczynał dzielenie jajkiem?

Pani M. Słota: Tato, u nas tak prawie wszystko tato, życzenia my se składali, i to ciasto nosiłam, siostra też gdzieś poszła z tym ciastem na talerzu. Taki zwyczaj, nie wiem skąd ten zwyczaj.

K. S.: Okruszki ze stołu, skorupki po jajkach, co się z tym robiło?

Pani M. Słota: To kury miały zjeść. To miało znaczenie. Nic się nie wyrzucało.
Łyżki mi kazali wiązać, bo ja krowy pasałam, żeby ich nie pogubić, ale to na Boże Narodzenie.

E. S.: Czy wkładano do koszyczka jajka bez skorupki?

Pani M. Słota: Tak, tylko dużo święcili, nie tak jak dziś. Baranków nie dawali do koszyków, chyba nie wiedzieli. Masło święcili, sól, chrzan. Do miasta było daleko, to nie chodzili za wiele, co było w domu to święcili. Wkładali do koszyka to co się je na śniadanie, szynkę, jak była, kiełbasę. Żuru u nas nie znali.

E. S.: Coś o palmach, jak je robiono, zdobiono?

Pani M. Słota: Palm nie było specjalnie zdobionych, tylko mirtą.

K. S.: Czy był taki zwyczaj, że tam gdzie dziewczyna w domu, tam musiała być mirta?

Pani M. Słota: Tak, musiała być mirta w domu. Na palmę brało się baźki wierzbowe i takie palmy się święciło, wstążeczką się przewiązało. To były prawdziwe palmy. Bili się nimi. Jak była burza to wstawiali do okna obraz, gromnicę.

E. S.: Jak zdobiono jajka?

Pani M. Słota: Ładnie zdobili jajka, woskiem, pięknie.

E. S. : Czy dawano komuś te jajka?

Pani M. Słota: Przy kościele dawano dzieciom z rodziny po jednym jajku, święciło się dużo, bo i rodzina była duża. Każde dziecko  dostawało po jajku. Pisanki przeważnie robiła mama, trochę pomagałam. Teraz to tylko w cebuli gotuje, potem biorę nożyk i wyskrobuję, to tak to się dzieciom podoba.

K. S. : Czy był znany zwyczaj zajączka, obdarowywania dzieci?

Pani M. Słota: Nie było, tylko nowe ubrania.

E. S.: Czy robiono wycinanki z papieru?

Pani M. Słota: Tak robiono, nawet ze słomy pleciono pająki, piękne, że tylko patrzeć na nie.

E. S.: Odświeżali domy przed świętami?
 
Pani M. Słota: Malowali domy, cała wioska na niebiesko, w środku. My mieli drewniany dom, to na zewnątrz nie malowali. W środku na Wielkanoc malowali wszystko na niebiesko, obowiązkowo tylko wapnem. Nie było takich farb jak dzisiaj. I było zdrowo. Jak malowałam tu u siebie wapnem, to jak nieraz kto przyszedł, to mówił; o, jak świeżo pachnie. A teraz jak maluje tymi farbami, to mnie tylko denerwuje, bo nie ma zapachu ani wyglądu nawet. Ale co zrobić, trzeba iść za modą, za postępem właśnie.

E. S.: Czy występowało sypanie piaskiem posadzek?

Pani M. Słota: My mieli nowy dom, to było szorowanie podłóg. Ale byli tacy co mieli tak, z gliny dom, to posypywali piaskiem, żeby było ładniej, czysto przynajmniej.

E. S.: Kominy malowali?

      
Pani M. Słota: U nas była moda taka, że my mieli w kuchni piec chlebowy, to trzeba było to wylepić, wyczyścić, był tam taki komin jak przy kominkach dziś. Mama piekła chleb raz w tygodniu, a był świeży do końca tygodnia. I placki i wszystko było pieczone w piecu. Był taki chleb podpałki, cieniutko z drożdżowego był rozwałkowany, mama nałożyła sera, zawinęła, jakie to dobre było. Albo placki ziemniaczane, też w piecu się piekło, na liściu kapusty, największy liść, na to utartych ziemniaków , na łopatę i do pieca, upiekła, potem na talerz, na to świeżego masła, to jedzenia lepszego nie trzeba, żadne szynki, takie dobre. Było pycha, te kartofle były takie dobre. Nigdzie teraz nie ma takich dobrych ziemniaków.

E. S.: Najważniejsza potrawa wielkanocna?

Pani M. Słota: Najważniejsza potrawa wielkanocna?, wszystko było ważne. No to u nas tak robili : makaron, barszczu nie robili, w pierwszy dzień to się nie gotuje, tylko je się święcone, i jaja, no właśnie, tych jaj to tam było. W drugi dzień to robili rosół, makaron swój.

E. S. : Tradycje związane ze śmigusem-dyngusem?

Pani M. Słota: Jak się okropnie lali, to się lali. Dziewczyna nie miała prawa wyjść bo ją do rzeki wsadzali, i tak ją klepali, żeby wszędzie namokła. Takie z drewna wiercone  sikawki mieli, jak siurnęło z tego to jak z węża strażackiego.

K. S. : A nie było tak, że każda chciała być oblana?

Pani M. Słota: No było, bo jak nie oblali to nie miała powodzenia u chłopaków. Ale ile później dziewuchy chorowały. Bo jak była taka zlana i od razu się nie przebrała, no, ale to wszystko jest tradycja.

E. S. : Groby na Wielkanoc.

Pani M. Słota: No, to się groby czyściło, kwiatki się stawiało tak jak i tutaj, świeczkę jak kto miał, bo zniczy nie było.

E.S.: Czy pamięta Pani jakieś przysłowia wielkanocne?

Pani M. Słota: Oj, nie pamiętam. Taka dziewczyna byłam, to nie to było mi w głowie.

E.S.: Jak dużo zostało z tamtych czasów do dzisiaj?
K. S.: Co Pani kultywuje dzisiaj, jakie tradycje?

Pani M. Słota: Malowanie jaj w cebuli, post przestrzegam, garnków nie szoruje bo mam ich więcej niż mama miała, oleju też nie mam lnianego, bo tu nie ma. W sklepie jest, ale bardzo drogi. Ale jest margaryna. Jajka też tak maluję. Wszystko to święcę co i tam w domu, może w mniejszych ilościach, bo po co tyle.

E. S. : Co Pani lubi najbardziej ze świąt?

Pani M. Słota : No, kolędy śpiewać. A z Wielkanocy, to chodzenie rano do kościoła. Lania nie lubiłam, jak córka była w domu. Drzwi pozamykałam, okna pozamykałam, budzę się rano a tu szum w domu. Chłopaki i tak weszli, okna pościągali, szybę wyjęli, pościel mi zalali, wszędzie pełno wody. Nie lubiłam Wielkanocy.

K. S.: A czy można było się wykupić od tych dyngusików?

Pani M. Słota: Nie, to jest tradycja i trzeba lać.

E. S.: Jeszcze jakieś wspomnienia z dzieciństwa dotyczące Świąt, jakieś opowieści, ciekawostki?

Pani M. Słota: No  to zabawy, latanie dzieci. Koło kościoła cieszył się człowiek, dzwony dzwoniły, kołatkami kołatali, aż się serce radowało. Dużo miejsca koło kościoła było, pięknie było. Byłam tam niedawno z synem, tak tam pięknie odnowili. Kościół jest potrzebny we wsi.

E.S.: Jak wyglądało święcenie koszyczków w kościele? Czy był jakiś koszyczek dla księdza?

Pani M. Słota: Nie wiem. Tu w Bykowie to był taki duży kosz i dawali księdzu tylko jajka, to było dla księży, bo przedtem nie zbierali dla biednych.

K. S.: Uważa pani, że trzeba kultywować tradycje?

Pani M. Słota: O, przecież. Przekazuje to co trzeba, tak, żeby wiedzieli.

Dziękujemy.


Opracowała
Krystyna Stoparczyk


2010-05-18

Wywiad z Panią Jarosławą Tychańską

Przeprowadziły:
Ewelina Skomra, Ewelina Krzywaniak, Krystyna Stoparczyk

Dnia 23 kwietnia 2010 roku, w Bykowie


Krystyna Stoparczyk: Jesteśmy z Klubu Młodych Etnografów, jesteśmy ciekawi świata, przeszłości, młodzież się interesuje tym jak było kiedyś a jak jest teraz. Mamy kilka pytań, którymi się posłużymy.

Ewelina Skomra: Będziemy rozmawiać na temat Świąt Wielkanocnych. Ale najpierw pytanie, skąd pani pochodzi, rejon i miejscowość.

Pani Jarosława Tychańska: Powiat Nowy Sącz, województwo Kraków.

E. S.: Jaki jest Pani wiek?

Pani J. Tychańska: 76.

K.S.: W którym roku Pani tutaj przyjechała?

Pani J. Tychańska: W 47

K. S.: To jeszcze wszystko było po wojnie zniszczone?

Pani J. Tychańska: Tak.

K. S. Od razu Pani osiadła w tym domu?

Pani J. Tychańska: Nie, dopiero jak wyszłam za mąż.
Ja mieszkałam koło Złotoryi.

E.S.: Jak wyglądały ostatki?

Pani J. Tychańska: Ostatki? No, skromnie.

E.S.: Jakie były obrzędy, co się z tym wiązało?

Pani J. Tychańska: No, ostatki , to tłusty czwartek, pączki. A w młodości, tam to było wesoło, były zabawy, bawiliśmy się nawet przy organkach jak nie było muzyki. Wspólnie ze starszymi, nie było tak, że się wyróżniali młodzież osobno i starsi, razem. Śpiewali, tańczyli.

E.S.: Jak wyglądał Wielki Post?

Pani J. Tychańska: Post to był jak się Wielki Tydzień zaczął to już cały  post się pościło, nie było tak, że się jadło mięso, nie, na sucho.

 E.S.: Jak przestrzegano postu?

Pani J. Tychańska : Bardzo, tak. W piątek to już był prawdziwy post, nie jadło się nawet nabiału.

K.S.: Wszyscy przestrzegali postu?

Pani J. Tychańska: Wszyscy. Dzieci, które były już u komunii pierwszej, to tak samo pościli, jak i starsi. A te młodsze to jadły, dawali im jeszcze.

K.S.: A jak ktoś złamał zakaz postu?

Pani J. Tychańska: No ja nie wiem, żeby ktoś złamał, wszyscy pościli.

E.S.: Jak wyglądały dni świąteczne?

Pani J. Tychańska: Dni świąteczne? Rano się szło do kościoła, a później obiad i już się nic nie robiło.

E.S.: Czy występował u pani zwyczaj tłuczenia garnków?

Pani J. Tychańska: Nie, nie było tego.

E.S.: Z czego robiono palmy?

Pani J. Tychańska: Naturalna palma była, z tych bazi.

K.S.: A to  miało  znaczenie, jakie były roślinki w tej wiązance  palmowej?

Pani J. Tychańska: Jak rzucali Panu Jezusowi pod nogi ścielili palmami.

E.S.: A co z nimi  robiono po poświęceniu?

Pani J. Tychańska: Powiesili i wisiała. Mówili, że od złych duchów była.

K.S.: Czy były jakieś specjalne obrzędy przygotowujące do świąt, tzn. porządki, malowanie domów, mieszkań?

Pani J. Tychańska: U nas to płótna robili  na krosnach, to już się gospodynie śpieszyły, żeby to płótno zrobić, żeby zdążyć mieszkanie omalować, malowali wapnem na niebiesko przeważnie wewnątrz, a na zewnątrz to było biało.

K.S.: Wykonywano jakieś ozdoby na święta?

Pani J. Tychańska: Nie, nie było, tylko baranka robili, mama piekła ciasto, święconkę robili.

K.S.: Jak wyglądał koszyk ze święconką?

Pani J. Tychańska: Była szynka, kiełbasa, była bułka drożdżowa, no i sól, baranek, jajka też malowanki. Jajka woskiem malowali a później do farby wkładali.

E.S.: A obdarowywano się tymi jajkami?

Pani J. Tychańska: Tak, rodzina przeważnie. Chodzili  chłopcy, zwłaszcza w lany poniedziałek tam gdzie dziewczyny były, o jak się lali.

E.S.: A czy te jajka zanoszono też na groby zmarłych?

Pani J. Tychańska: Nie.

K.S.: Czy był zwyczaj zdobienia grobów przed Wielkanocą, jakoś specjalnie?

Pani J. Tychańska: Tak, ale tylko kwiatami, później zapalali.

E.S.: A u pani sypano podłogę piaskiem?

Pani J. Tychańska: Nie. Domy były drewniane, podłogi też i były szorowane. U nas było dużo obrazów, świętych też, modlono się do nich. Na Wielkanoc, jak już po rezurekcjach, myśmy wszyscy z rodzicami klękali, modlili się w domu. Później mama nakroiła wszystkiego, święconki, ciasta i się śniadanie zaczęło. Mama zaczynała śniadanie.

E.S.: Czy występowały przy tym śniadaniu jakieś życzenia?

Pani J. Tychańska: Tak, wszyscy sobie życzenia składali, żeby Pan Bóg dał dobre zdrowie przez cały rok.

K.S.: A prezenty?

Pani J. Tychańska: Prezentów nie było, ale zawsze każdemu kupili coś nowego na święta.

E.S.: Jaka była najważniejsza potrawa wielkanocna?

Pani J. Tychańska: Wielkanocna? Święconka.

K.S.: Czy zapamiętała pani coś szczególnego z dzieciństwa, z Wielkanocy?

Pani J. Tychańska: Nie. To była wojna, wiem, że byłam głodna. Był głód, smutny był.

K.S.: Czy z tych zapamiętanych tradycji z rodzinnego domu kultywuje pani tutaj teraz?

Pani J. Tychańska : Tak samo.

E.S.: Co pani najbardziej lubi ze świąt?

Pani A. Tychańska : Ze świąt najbardziej  lubię ciasto drożdżowe, najzdrowsze.

E.S.: Baranek też był drożdżowy?

Pani J. Tychańska:  Baranek? Też był drożdżowy.

K.S.: Czy zna pani jakieś przysłowia,  powiedzonka, zabobony?

Pani J. Tychańska: Nie.

E.S.: Jakie jedzono potrawy, surowe czy gotowane?

Pani J Tychańska: W święta nie gotowali, takie pieczone.

E.S.: A pieczono mazurki, i z czego?

Pani J. Tychańska: Tak, ale ja wiem z czego mama je piekła? Wiem, że były.

K.S.: Jak pani wspomina tamte lata?

Pani J. Tychańska: Przykro mi, że jestem tu a nie tam. Tam pięknie. Tam, gdzie się ptak urodzi tam go ciągnie, tam korzenie. Ja jestem z Wojkowej, tam jest pięknie. Góry takie piękne.

K.S.: Trzeba pieścić i pielęgnować te wspomnienia.
Dziękujemy bardzo.

 

Opracowała
Krystyna Stoparczyk

2010-05-17

WYWIAD Z PANIĄ JANINĄ JARZYNĄ I PANIĄ NADZIEJĄ SROGĄ-
Przeprowadziły:                                                                                                                                             Krystyna Stoparczyk,  Ewelina Skomra, Ewelina Sikora, Ewelina Krzywaniak

Dnia  8 kwietnia 2010 roku.

 

P. Janina:, O co tu będzie chodzić, ja nie wiem?

Ewelina: Ogólnie będziemy przeprowadzać wywiad na temat Świąt.

P. Krysia: Wielkanocy.

Ewelina: Tak, Wielkanocy i to, co Pani pamięta ogólnie z młodych lat.

P. Janina: To znaczy, od jakiego dnia można zacząć? Od Piątku czy?

P. Krysia: To zaraz będą pytania.

Ewelina: Ja zaraz powiem. Najpierw proszę nam powiedzieć skąd Pani pochodzi, region pochodzenia, miejscowość, gdzie Pani mieszkała.

P. Janina: To znaczy pochodzę z Kieleckiego, mieszkałam w Cieślach, miastem, no jak by parafią. Później to było województwo Kieleckie.

P. Nadzieja: Chyba kieleckie.

P. Janina: Na pewno było kieleckie. To później musisz poprawić, bo to tak z tego nic nie wyjdzie.

Ewelina: A nie, w porządku! To będzie pisane na komputer, nie ma obawy.
Proszę podać wiek.

P. Janina: O jejku! 27.09.33r. W każdym bądź razie, że mówię do kościoła, to my mieli siedem kilometrów. Tak żeśmy chodzili, jak była Droga Krzyżowa czy Majówki. To się chodziło tak daleko. Do Kościoła naturalnie żeśmy szli, w jakiś starych butach. Przed kościołem się ubierało nowe, no, żeby to była wielka uroczystość w Kościele. A nie tam, żeby but był brudny. Wiadomo, tyle kilometrów przejść, to ten but był nie zbyt czysty. No a co do Świąt Wielkanocy no to, to było różnie, pościło się przez cały Wielki Post. Garki te, w których się za dużo gotowało, to się wynosiło.

P. Nadzieja: Na płocie.

P. Krysia: Wyrzucali te garnki?

P. Janina: Nie, po prostu odstawialiśmy je, aż do po Świąt. A po Świętach bynajmniej się je z powrotem używało, te garnki, no, bo to było smażenie, patelnia, czy jakieś tam garki, nie?. Tylko w garnkach się takich używał, co było zupę, ziemniaki.

P. Krysia: Postne?

P. Janina: Postne, wszystko było Postne. Przez cały Post nie było używane mięso. Tylko było powiedzmy: olej, smalec też, no i resztę to były jakieś tłuszcze. No, ja nie przypominam sobie dokładnie wszystkich. Tak było po prostu przez Święta. W Wielkim Poście, to my robili kwiaty różne, kolorowe, łańcuchy, żeby w Wielką Sobotę przystroić mieszkanie. To znaczy jak już był Wielki Piątek, to było z rana pieczenie chleba. Później było pieczenie ciasta. Ciasto było drożdżowe z jabłkiem, kruszynką. I były pieczone babki z drożdżowego ciasta. I był pieczony baranek naturalnie, duży baranek do koszyczka. To było do południa. Od południa już żeśmy szli do Kościoła i było Święto.

P. Krysia: W Piątek?

P. Janina: W Piątek. Już nie było żadnych robót powiedzmy od godziny pierwszej, trzynastej, no może inaczej nazwać. I już w Sobotę dopiero było w ten sposób robione, że tak z rana najprzód było malowanie pieca, malowanie kuchni, malowanie przed domem. Później było sprzątanie i gotowanie.

P. Krysia: A na jaki kolor malowali mieszkania?

P. Janina: Na biało, wapnem się malowało wapnem. Wapno moczyło się trzy dni na przód. I później w Wielką Sobotę się malowali. To kuchnię, co się gotowało. A w mieszkaniu był piec, co się chleb piekło. To bielili, tam malowali! Bo u nas bielili nazywali tak.

P. Nadzieja: Bielili, no.

P. Janina: To się malowało kuchnię, ten piec, sprzątało się i naturalnie się wystrój robiło kwiatami. Od jednego konta do drugiego konta jakieś łańcuchy się z bibuły tam robiło, jak było już wszystko po usprzątane, to przynosiliśmy piasek i sypaliśmy piaskiem w domu. Ładnym, żółtym piaskiem.

P. Nadzieja: No, bo tak samo było u was glina jak i u nas.

P. Janina: No, tak. A tutaj przed domem to żeśmy robili taką kratkę robili z piasku, żeby było większy wystrój. Było malowane, wystrojone, przystrojone czymś zielonym. Ja nie pamiętam, czym. Było ustrojone nad drzwiami, były kwitki.

P. Nadzieja: Gałęzie może?

P. Janina: Nie wiem czy to była palma, no nie przypomnę sobie. Wiem, że my kwiatki wiązali i przywiązywali, wbijali gwoździe. No, bo to mieszkanie z drzewa, to wiadomo. I był wystrój cały z kwiatów, tego wejścia, mieszkania. No to była Wielka Sobota. No i gotowanie było, jakaś kapusta z grochem, galareta, żur się na rano jadło, barszcz powiedzmy, nie żur. I święconka jak żeśmy przykładowo robili, to się składała tak: duży był koszyk, tam wystrojony zielenią, ale to przede wszystkim było zielenią taką, nie wiem szparagu. Kiedyś nie było bukszpanu, nie. Tylko tą zielenią był przystrojony koszyk. Ser się robiło sobie, masło robiło się sobie. Chleb był swój i buraki czerwone były kładzione. Chrzanu było natarte tam ileś.

Ewelina: Wszystko to do koszyka szło?

P. Janina: Wszystko szło do koszyka. I później na za jutrz jak już przyszła ta Wielkanoc i się nie jadło aż dopiero, tego mięsa, kiełbas wszystkiego, aż do po rezurekcji. Nie było wcześniej żadnego jedzenia. Jak do koszyka było wszystko pokładzione, poświęcone, to ten koszyk czekał do zmartwychwstania. No i na zmartwychwstanie, kto szedł no to szedł, kto pozostawał w domu to żeśmy śniadanko jedli wspólne.

Ewelina:, Kto rozpoczynał w Pani rodzinie?

P. Janina: Ojciec rozpoczynał.

Ewelina: A na przykład życzenia składano? Życzyło się na pewno zdrowia?

P. Janina: Jak najbardziej, tylko zdrowia.

P. Krysia: Dzielili się jakiem?

P. Janina: Dzielili się. Było jedno jajko czy dwa obrane z tych skorupków. Jak tam można nazwać, czy jak, nie?. No i ile nas tam było w domu, to ojciec dzielił tak na części i tym jednym jajkiem wszyscy żeśmy.

P. Krysia: A do koszyka, ja tak zapytam, jeszcze do koszyka kładliście jajka w skorupkach czy obrane też?

P. Janina: Nie to obrane tylko tyle by było do dzielenia.

P. Krysia: To ja też to pamiętam.

P. Janina: No. A resztę, wszystkie były nie obrane, tzn. te, co były nie obrane to wszystkie dawaliśmy w Wielką Niedzielę no, bo to tak nazywali do barszczu. Kroili, co tam było: ten boczek, czy to była tam kiełbaski kawałek, czy to był chlebek. Wszystko do tego barszczu dawali i to rozlali na raz. Wszystko trzeba było zjeść, bo to święcone, nie było można tego zniszczyć. A skorupki naturalnie, no to kurom dawali. Inaczej paliliśmy, Boże broń, żeby zniszczyć! Bo to by była tragedia, nie? Żeby to było zniszczyć. Tak u nas, bynajmniej, z tego, co ja pamiętam, to tak wyglądało. Co masz jeszcze?

Ewelina: Patrzę, patrzę. Może coś o palmach?

P. Janina: O palmach, to ja tak za bardzo nie pamiętam. Wiem, że tymi palmami, to ja my z Kościoła wyszli, takie dzieciaki, to się bili tymi palmami. To było na wjazd Pana Jezusa do Jerozolimy. Ganialiśmy się. Mama nam dawała no, bo palmy to nie były takie maciupkie palmy, to była palma duża. No z tego, co ja sobie tak kojarzę. Była duża palma i mama nam gałązki tam odjęła i żeśmy się bili. Mama mówiła, że jak Pan Jezus wjeżdżał do Jerozolimy, właśnie, to na jego pamiątkę było z tymi palmami. Tak do końca, to ja sobie nie przypominam sobie, tak całkowicie.

P. Krysia: A po poświęceniu gdzie ta palma była? Miała miejsce swoje stałe?

P. Janina: No to był obrazy u nas i była zawieszona za obrazem. I ona była aż do następnego święcenia. To tę się brało, tą palmę, się paliło i następną się na to miejsce wieszało. A no, jak przyszła jakaś burza czy co. No to gromnica i palmy się wystawiało do okna. No i wtedy klękanie i było się modlenie.

P. Nadzieja: No tak było.

P. Janina: Mama rozrządzała jak ma być. Bo idzie jakaś wichura, huragan, czy tam. Kiedyś takich huraganów nie było, nie?

P. Nadzieja: U nas to wystawiali te, nazywali kociuby, co wymiatali węgiel drzewny z pieca chlebowego, to te jak burza przychodziła, te kociuby wynosili i łopatę do chleba i przed domem o ścianę opierali. To miało chronić przed piorunami.

P. Janina: No, no, no. To ja tego za bardzo nie pamiętam.

P. Nadzieja: Może tego u was nie było?


P. Janina: A w Drugi Dzień Świąt, no to już było tak:, które to były panny, to się wszystkie musiały zamykać. Jak już zaczęli wodą lać, już dotąd lali, że już suchej nitki nie było no i czego za mąż nie wyszła? Żadna już z domu nie wyszła, i tam ją tłamsili.

P. Krysia: A chodzili od domów do domów, tak z życzeniami Wielkanocnymi?

P. Janina: Chodzili z wodą.

P. Krysia:, Ale to w Dyngusa, a w Pierwszy Dzień Świąt?

P. Janina: Nie, nie, nie. U nas w pierwszy dzień był spokój.

P. Krysia: To był rodzinny czas.

P. Janina: Tak, tak. To było śniadanie i później sobie tam już każdy, co tam uważał jeść. Nie było za wiele. Było tyle, co było, no i co. Tam galaretę się zjadło. No o hooo. To była atrakcja!

P. Krysia: To była atrakcja!

P. Janina: No, nie?.

Ewelina: Może coś o ostatkach? Jak wyglądały ostatki, pamięta Pani?

P. Janina: No ostatki, ostatki, tak za bardzo nie pamiętam. Wiem, jak już przychodziły, no to wszyscy się szykowali. No, co tam. Piekli placki drożdżowe, na takie przetaki dawali (były tace do podawania do stołu). Drożdżowe ciasto było bardzo wysokie. Kroili, no i tam już wódkę, nakręcili bimbru. To były ostatki. No, kto mógł, nakroił kiełbasy, przyniósł czy jakiegoś tam masła czy sera tam w woreczkach. No, to tak było, no wiesz. Nie było, na czym położyć. Talerze, wiesz, jakie były.

P. Nadzieja: Miski blaszane takie, albo skorupiane były.

P. Janina: Micha jedna była, skorupiane były. I to wtedy do 12 był już wielki bal. Jednym kieliszkiem pili wszyscy. Ile nas tam było. Ja byłam dzieciakiem, ale tam za mamą pędziłam. Mówię: „mamo no daj placka”.

P. Nadzieja: W domu tyle nie było.

P. Janina: Taka prawda. Mama upiekła ten placek no to była blaszka powiedzmy, tam w blaszce, najwięcej piekli w garnkach.

P. Krysia: W rynienkach.

P. Janina: No w rynienkach, garnkach. W takich, co się gotowało. Stawiało się, upiekło placek i to wszystko. Zależy, jaki garnek był, czy wysoki czy niski. Tam ciasta trochu, jajkiem na wierzchu pomazali. O hooo jak było powkładane jabłko, kruszynką posypane, ja cię!

P. Krysia: Rarytas.

Ewelina: Rarytas, właśnie.

P. Janina: No!. Tak było, no taka była, no. Także ja tak do końca wszystkiego nie pamiętam, ale to, co po prostu mi się utrwaliło w głowie, to ile razy pamiętam, że jednak były te czasy, takie ja wiem, szczęśliwe, radosne, oczekiwanie było takie. Wydawało się, że to właśnie przychodzą Święta. To były takie prawdziwe Święta. Wielki Piątek, jeszcze tyle, jeszcze tyle, jeszcze tyle i już będą Święta. No i wtedy, gdzieś była jakaś zabawa gdzieś było coś tam. Tam mówili zabawa, pograjki!.

P. Krysia: Teraz to wszystko spowszedniało.

P. Janina: Pewno!

Ewelina:, Czyli ogólnie te pograjki to chodzono z pieśnią, tak? Obdarowywano się w jakiś sposób?

P. Janina: Te pograjki składały się u nas powiedzmy jak dyskoteka czy zabawa. U nas grał na skrzypcach i bęben mieli. Ktoś jakąś wódkę przyniósł sobie, kawałeczek zagrychy, no nie?. A była kapusta polana olejem, groch.

P. Nadzieja: Z grochem? Tak mówiłaś.
P. Janina: U nas surowa była!. Surowa tak jak do wódki na tych pograjkach, to kapusty taki garnek był. Olej to się robiło z rzepaku, sobie robili przecież, nie?. Pieprz to był ziołowy, no takich pieprzów nie było. Namieszali no i tam jakąś flaszeczkę, po kielichu każdemu i tej kapusty. No i tak było. Nawet cebuli za bardzo nie kroili. Bo było mało cebuli. Nie było.

P. Janina: No, nie było. O tyle o ile.

P. Nadzieja: O, czosnek jedynie.

P. Janina: No. Czosnek też i cebula. Ja wiem, to tak najbardziej tej kapusty kiszonej było. Kapusta kiszona jeszcze była w beczce w główkach.

P. Krysia: Na gołąbki.

P. Janina: A u nas to jeszcze tak pamiętam jak ktoś zjadł do jakiejś flaszki, to była kapusta krojona na takie o, kawałki. Każdy sobie tam ten kawałek brał w rękę. Polane było olejem, to jedli. Takie były zabawy, pograjki. A bawili się ludzie! Wiele orkiestry nie słyszeli, ale tańczyli. Była wielka radość. Była radość!. No taka była prawda. Ja pamiętam, że jak już przychodziły te Święta, już ten Wielki Post, to my liczyli jeszcze tyle, jeszcze tyle, jeszcze tyle no i już będą Święta. I już pójdziemy sobie na pograjkę.

P. Krysia: Tam czuwanie nocne w Kościele, jak się na to czekało.

P. Janina: Tak, tak, tak się szło do Kościoła. Pamiętam jak tak z mamą poszli i było tak słonko na niebie to żeśmy wrócili w kawał noc do domu. Siedem kilometrów, Boże mój kochany!. Gdzie tam, u nas był kościół daleko. Żeśmy daleko chodzili do kościoła. Ale pomimo wszystkiego pędziło się i koniec.

P. Nadzieja: Szło się, jak tu do Długołęki to chodziliśmy trzy razy w Niedzielę, nie?

P. Janina: No, no.

P. Nadzieja: Do kościoła. Szliśmy nie raz trzy razy, dwa to najmniej.

P. Janina: No.

P. Nadzieja: I chciało się iść! A teraz?

P. Janina: Teraz tak jakoś tępo szybko idzie, że nie wiem. No naprawdę.

P. Nadzieja: No widzisz ile wiadomości masz?...

Ewelina: Jeszcze coś o jajkach, jakieś techniki zdobienia, albo coś?

P. Janina: Ja z tego, co pamiętam, jajka były najbardziej malowane w cebuli. Były obierane i malowane było w cebuli. A tego, żeby były ładne, to wycinali o właśnie z bibuły. Na przód robiło się klej. Wiesz, jaki był to klej?

P. Krysia: Klajster.

P. Janina: Klej mąka i woda. Trochę się mazało i oblepiało się jajko. Wrzuciło się jajko i zaczynało się ono, wszystko rozlazło. Za przeproszeniem rozlazło. Brzydkie słowo, nie?. Wszystko odeszło od jajka i już się zdążyło umalować. Na tej bibule wycinało się te kółka czy serduszka. I rzucali do wody i je farbowały.

P. Krysia: Zostawały wzorki?

P. Janina: Tak, tak zostawały no, bo przecież to się zawijało, tu się zakręcało. Pamiętam, że ja jako dziecko żem ucięłam sobie kawałek tej bibuły no i żem się umalowała, żebym ładnie wyglądała. No tak było, przysięgam. Wargi żem sobie umalowała, policzko. Tak my jajka malowali. Tu i tu się jajko zawiązywało i się wycinało jakieś bzdurki, rzucało się do wody. Ono nie raz trochu się zabarwiło, o całe, ale tutaj gdzie było wycięte, to było zawsze jaśniejsze, a to było ciemniejsze. No, bo to bibuła puściła.

Ewelina: A czy te jajka dawano na przykład komuś? Bo wiem, że była taka tradycja.

P. Krysia: Się obdarowywano.

Ewelina: Tak, jajkiem.

P. Janina: No to ja wiem. U nas to było tak, że przychodzili chłopcy. Na przykład jak byłaś panną i chcieli cię polać wodą, żebyś duża rosła, to dawali jajka. Tymi jajkami w ten sposób dzielili. Tak to nie pamiętam. No jak przyszli chłopaki dziewczyny oblać to musieli coś dać.

P. Krysia: No jak którejś nie oblali to, co?

P. Janina: Starą panną została. Wchodzili do tych, co chcieli, co im się podobała.

P. Krysia: Każda chciała się podobać.

P. Nadzieja: To był zaszczyt, nie? Jak oblali.

P. Janina: A ta, co im się nie podobała to nie szli chłopcy. No, to miała zaszczyt na zaś, chociaż była cała mokra. Siedziała potem w bali mokra z góry do dołu, ale była. No, bo to nie było wanien. Tylko były balie z drewna robione, nie?. No ja nie wiem czy pani pamięta?

P. Krysia: Nie, nie. Ja się po wojnie urodziłam.

P. Nadzieja: Za młoda.

P. Janina: Aha, aha. No a jak kiedyś pani mogła prać? Przecież nie było wanny. No to, co było? Wszystko było z drewna wykonywane, nie?.

P. Krysia: Takie rzeczy widziałam u mojej babci.

P. Nadzieja: A do mycia naczyń były cebrzyki, też z tych klepek z takimi uszami.

P. Janina: Tam się myło garnki, prało się w tym. Myło, prało się w tym. Bali, nazywali to do kąpania, drewniana była. Po wodę się chodziło, a daleko mięliśmy ho ho ho. Tak daleko jak do kościoła mieli my po wodę.

P. Nadzieja: Dwoje dzieci się kąpało w jednej wodzie.

P. Janina: No, no.

Ewelina: Najstarsze było pierwsze?

P. Krysia: Najstarsze było na końcu.

P. Nadzieja: Wszyscy się myli w jednej wodzie i nie poumierali.

P. Janina:, Ale powiedzcie jak to było, jak ta kuchnie były zdemontowane? Dziury były, garnki takie o. Tu się paliło i to drzewo dotykało tego garnka. Jezus, Maria, jak się wyciągnęło?

P. Krysia: Wszystko było czarne.

P. Janina: Wszystko było ukopcone.

P. Nadzieja: U was drzewem palili, a moja mama stawiała szybciutko te garnki i robiła ze słomy. Przynosiła snopek słomy i takie Kołaki robiła. Nazywali tak to, takie kołaki robiła. I to pod piec. Dotąd robiła aż się jedzenie ugotowało. Ale w lecie to przeważnie słomą. A dajcie spokój!.

Ewelina: Jeszcze, co do grobów na Wielkanoc. Czy, czy…

P. Krysia: Strojono jakoś?

Ewelina: No właśnie!

P. Janina: Ja nie pamiętam, nie, nie, nie.

Ewelina: Okej.

P. Janina: Nie pamiętam, po prostu nie pamiętam. Nie przypominam sobie, Matko Święta!. To tak daleko było, zresztą nie mieliśmy tak nikogo. Wszyscy jeszcze żyli. Mama mnie tam zbyt nie prowadziła na tan cmentarz. Jak to wyglądało, ja sobie po prostu nie przypominam.

P. Krysia: Ja jeszcze tak wrócę do tych jaj. Czy były jakieś zabawy z jajkami już po śniadaniu Wielkanocnym?.

P. Janina: Nie, nie, nie, nie.

P. Krysia: Ja pamiętam, że my zawszę się stukali jajkami, kto kogo. Albo w głowę, albo w jajko.

P. Janina: Nie, nie. Może i były. Wiem tylko jak te jajka były obrane to wszyscy się dzieliliśmy, a resztę jajka były obrane i poświęcone, to dawaliśmy do barszczu i wszystko żeśmy zjadali. Ten ser to, co było. Naturalnie buraki i chrzan też nie, to zostawało. Kiełbasa czy, czy tam.

Ewelina: Jakieś ciekawostki Pani pamięta?

P. Janina: Najbardziej czekałam na Święta, bo coś zawsze miałam nowego. Bo były buciki, albo była sukienka, no albo nie wiem, jakaś bluzeczka była. No coś tam zawsze mieliśmy nowego. Nigdy nie było świąt, żeby rodzice nam coś nie sprawili. Była radość wielka, bo coś tam było. Spódniczki były bardzo ładne, no, no,no. Wszyscy na święta, póżniej, żeśmy stawali i co kto miał. Spotykaliśmy się z dziewczynami i każda mówiła, ja to mam, ja to mam, ja to mam. Taka była radość. Już te Święta, jak pamiętam Bożego Narodzenia to raczej nie było takich zakupów, żeby rodzice zakupywali dla dzieci. Ale Wielkanoc to już była obowiązkowa. Buciki ładne, a do tego rajtuzy. Ja wiem czy to rajtuzy były?- Pończochy, no pewnie! Na jakiś tam gumkach. Ja to wiem, że od majtków wyciągałam.

P. Krysia: A ze słoików?

P. Janina: A ze słoików to już było później. To już był rarytas, ooooooooooooo Matko Boska! Od słoików to musiała być miękka ta guma, bo jak twarda to pękła. No, tak to pamiętam, wyciągnęłam i porobiłam podwiązki. Super. Jejku kochany, jak pomyśleć, to ja cię!. Jeszcze jak było się dzieckiem, całkowicie dzieckiem, to już później tak pamiętam już podrosłam, byłam taką większą dziewczynką, to były, jakie majtki? No z taką klapą tu na takie dwa guziki!

P. Nadzieja: No, na dwa guziki takie zapinane. Moja mama sama szyła.

P. Janina: Wkładało się na ręce, taki cały kombinezon. Było cięte na guziczkach, takie pantalony.

P. Krysia: Ciepło było.

Ewelina: No, na pewno!.

P. Janina: Ja to już później, już jak trochę podrosłam to się wstydziłam. Płakałam, mówiłam: „do szkoły nie będę w takich majtkach chodzić, bo się wstydzę”. Już chciałam majtki mieć normalne. Z płótna białego mama mi uszyła i się chodziło.

Ewelina:, Co Pani lubi najbardziej ze Świąt Wielkanocnych?

P. Janina: Ze Świąt? Rezurekcję. Najbardziej lubię, największą radość mi sprawia, rezurekcja. Dzwony jak pierwszy raz uderzą, zaśpiewają. To wielka, wielka, wielka radość. Wszystko wystrojone, bo w Boże Narodzenie to mieścimy się tylko w Kościele, no nie?. A tutaj wychodzimy na zewnątrz, nie? I wszystko widać, co kto ma. Jak ten obyczaj idzie, jak te chorągwie wystrojone. Co później idzie, kto idzie, jak idzie, no nie? Czym idzie? Zgadza się, ale największa radość jest, naprawdę. Ja jak na rezurekcję idę, to raz do roku czuję prawdziwy kościół.

P. Krysia: Coś się odrodziło.

P. Janina: Cos się odrodziło. Tak jak by odnowiła się Ziemia. Boże Narodzenie to takie święto raczej rodzinne. Skupiamy się wszyscy w domu, nie?. Wielkanoc to jest naprawdę.


P. Krysia: Czy z tych tradycji, które Pani zapamiętała z dzieciństwa kultywuje Pani któreś w swoim obecnym życiu, tu w swojej rodzinie?

P. Janina: No, na pewno. Tak nie do końca, bo by się nie zgodzili się na te warunki. Przykładowo w Wielki Piątek staram się, żeby moje dzieci jak były małe to wszystko robiliśmy tak po mojemu, jak w Wielki Piątek. Teraz to już każdy na swoim. Wilka Niedziela to już była inna. Był stół inaczej przyrządzony, przyszykowany. Co innego? Nie tam jakaś kapusta z grochem. Galareta czy tam rosół to okej. Ale z Wielkiego Posty moje dziewczyny po dziś dzień utrzymują to.

P. Krysia:, Ale wspomina Pani, że jednak brakuje taj radości takiej, która była wcześniej.

P. Janina: Pewnie!

P. Krysia:, Bo innymi oczami się patrzy, świat jest inny.

P. Janina: Pewnie, pewnie, była no na prawdę! Coś się działo wtedy coś się działo, coś się działo w ten Post. Wszyscy byli tak zjednoczeni byli. Robili wszystko, żeby te Święta nadeszły. Żeby one były inne od wszystkich Niedziel.

P. Nadzieja:, Bo to się wszystko łączy! I wiosna. Wiosna nadchodzi i większa radość.

P. Janina: Tak, tak, tak. Wspólnie żeśmy szli na Drogę Krzyżową na Gorzkie Żale. Jako dzieciaki to nas się zbierało dziesięć, piętnaście, no to chłopcy, dziewczyny i ktoś z nami szedł starszy. I szliśmy na te drogi. To mieliśmy no daleko, bo daleko, ale żeśmy szli. Tak samo jak były roraty to też się szło. Nie było to, że dziś mama mnie nie zabrała i nie poszłam. Były roraty tam raz w tygodniu i obowiązkowo żeśmy szli. Tak samo były Gorzkie Żale czy Droga Krzyżowa, wszyscy żeśmy szli. To była frajda. Bo jak nas tyle szło no, no, to możecie sobie wyobrazić, co to było po drodze. Pamiętam jak żeśmy zaszli, to Droga Krzyżowa to była na klęczkach. Klęczeliśmy wszyscy, całą Drogę Krzyżową. Stania nie było, klęczało się. Tak samo było, że tam chodzili od stacji do stacji. No, zależy, jak nie raz to ksiądz zarządził, że żeśmy też szli w koło tam, bo kościół był bardzo duży. Ale w każdym razie wszyscy byliśmy tacy zwarci. A jak już przychodziło bardziej Świąt i my myśleli, co tu zrobić. Nie raz głupoty żeśmy też zrobili, ho ho ho. Coś tam podłodze, komuś zepsuli. Tyle nas szło, ale chodziliśmy. No, tam jedna osoba zawsze się wybierała z nami. Chociaż ja tak szczerze mówiąc człowiek nie za bardzo umiał ta Gorzkie Żale, żeby umieć. Pamiętam, książeczkę mama dawała.

P. Krysia: Był obowiązek, nawet takie większe poczucie obowiązku.

P. Janina: Był obowiązek. No i się pędziło. Nie raz zimno było, Boże Mój Święty Kochany!. Śnieg jeszcze leżał, a trzeba było zasuwać. Tam nie było dyskusji, że się nie pójdzie, bo zimno. Ale to było nawet nie do pomyślenia, żeby powiedzieć, że ja nie pójdę. Tak samo jak i modlitwa, o jejku!. Już przychodzi Wielki Post cza było pacierz codziennie mówić. Nie raz do szkoły poszłam, to tam się urwało, to się udało. W Wielki Post to już mama: „klękać tu wszyscy razem mówimy”. Żeśmy razem się już modlili. Na rano to ja już sama sobie, bo do szkoły nie byliśmy w kupie tam. Jakoś ja wiem. A Wielki Piątek był wielkim przeżyciem. U nas już od południa to było święto. Święto było, po prostu było święto. Już się nic nie robiło. Każdy chodził zadumany. No to była, wydarzyła się tragedia, no. Tak było jak bynajmniej mnie rodzice przekazywali. Mama mówiła: „słuchaj dziecko jakby ci tak ojciec zmarł cieszyłabyś się?”. No i co ja tam taka dziewczyna za bardzo nie rozumiałam. Oj jejku nawet mi nie mów mamo no, co ty!. No wiesz, jakie dziś święto? Dzisiaj Pan Jezus zmarł. Ja sobie myślałam z początku, że jak sobie pójdę to on będzie żył leżał, nie? Ja zaszłam a on już nie żywy. Jak go zabili to już nie żywy. Dziecko sobie w ten sposób tłumaczyło. No, ale tak było. Tak było, Boże Mój. Wielka była radość. Taka prawda. To ty więcej Jadźka zapamiętałaś takich rzeczy.

P. Nadzieja: A co ja, to wiesz, ja to tak mówię.

P. Janina: Kiedyś my spali na słomie, nie?. Pani pamięta czy nie? U nas były szyte takie sielniki. Napychało się tam słomę, oj jejku, jejku. Były wymieniane na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Ja spadłam, ile razy!.

P. Nadzieja: Mama niosła ten sielniki do stodoły na klepisko i napychała.

P. Janina: Tutaj jak żeśmy na zachód przyjechali to żeśmy napychali. W co było położyć?. Przecież nie było żadnych materacy. Nie było nic. Dopiero później tam jakieś wersalki powymyślali, nie?. To te sielniki się napychało i moje dzieci już, jakie były, to kurczę, skakały po tych łóżkach. Ludzie najświętsi. Ale wiecie co? W Wielką Sobotę wyglądał ten dom nie ten sam. Był taki świąteczny, pachnący jej ty kochany!. Wymalowany, tych kwiatów takich różnych, takich nie wiem chyba w garnkach, bo to przecież doniczka, gdzie tam była doniczka. W jakich garnkach i tu w oknach były. To przecież okna były małe, nie takie jak te. Tych kwiatów, na ścianach, wszędzie kwiaty. Tutaj od kąta do kąta szły jakieś tam te łańcuchy plecione.

P. Nadzieja: U nas to nazywali pająki.

P. Krysia: Pałąki, pałąki.

P. Janina: Narobiło się kleju- mąka, woda, to uschło. To się kleiło jedno z drugim. Kawałek czerwonego, zielonego, niebieskiego, białego. I tak się nawieszało. O jejku!. Jak się weszło do domu, no jak było pięknie!. Ho ho ho!.

P. Nadzieja: A u was mazali ziemię gliną?

P. Janina: Podłogę zamiatali i posypywali piaskiem, żółtym. Trzeba było tak siać. Sypali, żeby było ładnie. To była ziemia, normalna ziemia, klepisko. Nie było podług.

Ewelina:, Ale oni wierzyli w coś jak posypali piaskiem tę podłogę?

P. Janina: To żeby było ładnie. To była ziemia, normalna ziemia, klepisko. Nie było podłóg.

P. Krysia: Czy prezenty sobie robiono na Wielkanoc?

P. Janina: Nie, u nas nie było, nie. Tyle, że każdy musiał mieć coś nowego. To już jak przychodziła Wielka Sobota to już dostawaliśmy. W Wielką Niedzielę każdy sobie tam się wystroił. I już szedł sobie do Kościoła ze swoim prezentem. Czy to była sukieneczka czy to była bluzeczka?. Tak się stało, żeby się nie ubrudziło. Albo bucik, lakierki. Pamiętam jak na jedną Wielkanoc dostałam lakierki, czarne piękne lakierki, o Matko Święta!. Żem szła, w kościele żem stała, to na buty patrzyłam. Miałam zapinane taki na guziczek. Lakierki miałam ładne, zapinane. Do tego mama mi kupiła takie te pończochy. Ale jasne, do tego się ubrała, łoooooo. Panna jak trzeba. Nie było mnie od ziemi wiele widać, ale już panna byłam. Także więcej poza tym prezentów nie było. Cukier był, w kostkach cukier był. U nas jak ten piec był, tam się chleb piekł, nie? No to musiało być tak jakiś kawałek tego pieca. No, bo jak. Chleb się piekł. Na piec kładli cukier, żeby on wysychał, żeby nie topniał, jak była wilgoć. Tamten cukier w płótnianym woreczku był. Może pięć kilo było, no może tak mniej więcej ja se to kojarzę. Te moje braciszkowie mnie namówili, żebym ja ten cukier wynosiła, a oni jedli. Ja wchodziłam na ten piec i żem tego cukru więcej jak połowę wybrała. Jak później mama zobaczyła, poszła do tego woreczka, a tam cukru nie ma. No to, kto wziął?, A ha sprawczyni się znalazła. Chłopaki mówią: „ No przecież ona przynosiła. No, co ty mamo. Ona przynosiła nam sama ten cukier.” No to mama wzięła paska i skroiła mi dupsko. Pamiętam po dziś dzień to jak dostałam to bicie od mamy.


                                                                                                                                                                   

                                                                                                                                                                     Wywiad opracowała: Ewelina Skomra

 

2010-05-17

WYWIAD Z PANIĄ JOANNĄ AUGUSTYN-
Przeprowadziła: Aleksandra Szczepańska (wnuczka) dnia 03 kwieynia 2010 roku


Ola: Skąd pochodzisz, region, miejscowość?

Babcia: Z Klanów, województwo kieleckie, powiat stopnica, województwo kieleckie.

Ola: A teraz to Byków? Tak.

Babcia: Teraz Byków.

Ola: No to ile masz lat? O.

Babcia: No jeszcze 86 nie mam. 85 i ile miesięcy od lipca? W lipcu będę miała 86.

Ola: No tam 85 i pół. To, co będziesz mówić to tak z dzieciństwa. No na pewno nie teraźniejszość.

Babcia: No z dzieciństwa i kiedyś jak było, nie?. Jak do szkoły chodziłam, też?

Ola: No też. Dobra, to jak wyglądały ostatki?

Babcia: Czekaj, czekaj ja muszę pomyśleć. No na ostatki to u nas jak chłopaki złe były, to malowały pannom starszym szyby wapnem, zamazał i klocki wieszali na plecach ze słomy, starszym pannom.

Ola: Ostatki tak obchodzono?

Babcia: Tak.

Ola: A Post, przestrzegano go?

Babcia: Post bardzo przestrzegany był.

Ola: No, a jak on wyglądał?

Babcia: Jadło się postne zupy, śledzie.

Ola: Bez mięsa?

Babcia: Bez mięsa, a przeważnie dużo było śliwek. Z tych śliwek zupy różne i suszu dużo. Były ogrody duże, tam było lasów bardzo dużo.

Ola: A był pół-post?.

Babcia: Nie.

Ola: A były wyjątki od zachowywania Wielkiego Postu podczas trwania?

Babcia: No to chorzy, chorzy, przeważnie chorzy. A tak, to nie. No i dzieci, nie.

Ola: A co groziło za złamanie Postu?

Babcia: No nic nie groziło, kto tam wiedział. Ksiądz nie chodził, nie pytał się. Grzech był, nie.

Ola: A czemu służył Post?

Babcia:, Co? A czemu służył? No, do zbawienia, służył do męki Pana Jezusa. Pan Jezus cierpiał. Cza było to wszystko uczcić, nie.

Ola: A znasz jakieś zwyczaje Wielkiego Postu?

Babcia: Chodzili po domach, ale kiedy to było? Się dawano jajka.

Ola: Tak obdarowywano się?

Babcia: Tak.

Ola: A był taki zwyczaj tłuczenia garnków?.

Babcia: Nie.

Ola:, Ale jedzenie to jedzono surowe czy gotowane?

Babcia: Gotowane.

Ola: surowego w ogóle?

Babcia: Nie.
Ola: Obrzędy, zwyczaje, zabobony, wierzenia, wróżby, przesądy, opowieści magiczne Wielkiego Tygodnia. To jest ten od Niedzieli Palmowej do Wielkiej Soboty. Takie wiesz, wierzenia, jakieś tam przesądy, wróżby.

Babcia: A to ja tego nie praktykowałam, to nie wiem.

Ola: W ogóle tam zwyczajów tego tygodnia nie było?

Babcia: Nie.

Ola: A wierzenia jakieś związane z ogniem i wodą?

Babcia: No ja tego nie pamiętam czy było czy nie.

Ola: To samo, co te obrzędy, zwyczaje, te wierzenia, wróżby i przesądy związane z Pierwszym i Drugim Dniem Świąt.

Babcia: Drugi Dzień Świąt to dyngus był. Bardzo się lali, tak, że mieszkania były całe mokre, wiadrami.

Ola: Teraz tak nie ma.

Babcia: Wiadrami się lali. Ze studni wodę, ciach wiaderko na łeb.

Ola: Zimną?

Babcia:, Co?

Ola: Zimna?

Babcia: Zimną, tak. Gdzie nie było rodziców, a była panna, to całe mieszkania były pozalewane. Ściany, wszystko.

Ola: A chodzili z pieśnią?

Babcia: Czy z pieśnią w ten czas? Nie.

Ola:, Ale ogólnie tak w Święta czy w ten okres? Chodzono? No tak po domach z pieśnią?

Babcia: Tak specjalnie nie. No w ten czas, ja nie mogę se przypomnieć. Obdarowywano się w rodzinie, tak obcych, nie- jajkami i cukierkami okrągłymi. W rodzinie tak. Jak u nas było dużo śliwek suszonych, wujki, ciotki, przyjeżdżały, dostawały. Jabłek dużo u nas było, owoców, to brały od nas.

Ola: symbolika Wielkanocna, palma, jajko, baranek, wycinanki, zajączek.

Babcia: Jajka malowane, malowało się tak, pisanki takie.

Ola: A coś poza takimi jak są teraz zajączki takie, baranki, jajka?

Babcia: Takich to nie było.

Ola: A palmy, z czego, z czego je robiono?

Babcia: Palmy robiono, to jak wierzba się urwała, takie miotły trochę.

Ola: A kiedy rozpoczynano prace nad tymi palmami?

Babcia: Jak już puszczała pąki, to się wcześniej zrywało, żeby ona rozkwitła, żeby miała te pąki trochę większe. To jak puszczały takie maleńki, to trzeba było wcześniej zerwać do ciepła, żeby to większe były i dopiero się brało.

Ola: A co się z nimi działo już po poświęceniu, po mszy w Niedzielę?

Babcia: Kładło się. Czekaj, palmę? To wianki. Palmę to nie pamiętam. No tak się stawiało się w oknie jak burza czy co.

Ola:, Czyli to tak jakby chroniło?

Babcia: Tak.

Ola: A ważne było, jakie kwiaty i zioła tam wplatano?

Babcia: Nie, nie ważne. Jakie kto miał wplótł i już.

Ola: A palmy, do czego były używane jeszcze? Tylko do chronienia i poświęcenia?

Babcia: Tak. Tylko do poświęcenia, a później już nic się nie robiło z nimi. Teraz to palmy palą na popiół. Przedtem nie.

Ola: A teraz o jajku. Techniki zdobienia, jakie tam wzory.

Babcia: No to były różne wzory takie wypisywane, włoskiem smarowane, czymś, żeby odbijało.

Ola: A techniki jakieś? Czym to robiono?

Babcia: Ręcznie to było wszystko. Szpilkami takimi się nakłuwało. Tak o, rysowało się, szpilką czy agrafką, ostrym.

Ola: A kiedy robiono te pisanki, jajka?

Babcia: No wcześniej, tydzień przed Wielkanocą.

Ola: A co z nimi robiono później? Na przykład panna tam dawała kawalerowi? Zanoszono na groby zmarłych?

Babcia: Nie. A te skorupy z jajek, jak się przyszło z Kościoła, to kruszyło się i dawało się na ogródek czy gdzie.

Ola: Na przykład panna nie dawała tam kawalerowi?

Babcia: Nie, nie. A teraz daje?

Ola: A ja nie wiem. A zanoszono je na groby zmarłych?

Babcia: Nie, nie noszono. Dzielenie jajkiem zaczynali rodzice. Albo ojciec, albo matka. Przeżegnali i dopiero. Każdy brał sobie i jadł. Na połówki się przecież nie dzieliło.
 

Ola: To teraz baranek. Symbolika baranka, po co, z czego, czy były kupowane, czy samemu?

Babcia: Kupowane były z cukru.

Ola:, Ale nie robiono samemu?

Babcia: Samemu nie, nie.

Ola: A były takie jakieś nie z cukru?

Babcia: No to były takie twarde jakieś, ale to się kupowało.

Ola: A po co w ogóle był ten baranek?

Babcia: No, żeby koszyk upiększyć, nie.

Ola:, Kiedy pieczono mazurki?

Babcia: No tydzień przed prawie. Trzy dni, cztery dni najpóźniej.

Ola: A jak wyglądały?

Babcia: A ja wiem jak one wyglądały?

Ola: A z czego były robione?

Babcia: Też nie wiem, z czego.

Ola: Jak podali, tak zjadłaś?

Babcia: Byłam dzieckiem to, co mnie to obchodziło. Naszykowali, to się jadło to, co naszykowali.

Ola:, Co wkładano do koszyka na święconkę?

Babcia: No wszystko to, co i teraz.

Ola: Tak samo wszystko?

Babcia: Tak, baranki, jajka, zajączki, cukierki najwyżej były te, takie duże, nie. Kiełbasę, szynkę, jak ktoś miał. Jak nie miał, to było bez. Przeważnie na święta, przeważnie każdy miał. Tam może, jakie biedne rodziny nie miały, ale tak to miał.

Ola: Czy robiono wycinanki z papieru na Wielkanoc?

Babcia: Nie, nie robiono. U nas nie robiono.

Ola: A jakieś odświeżanie, sprzątanie domu? Obejścia, jakieś tam strojenie, sypanie piaskiem, malowanie komina, coś takiego było?
Babcia: Malowanie było zawsze całe mieszkania. Były wymalowane. A podłogi to, nie było podłóg. To się ziemie myło. Była tako jak glina i się myło coś sobota.

Ola: A tak specjalnie na Wielkanoc szczególne jakieś sprzątanie czy coś takiego?

Babcia: No dokładniejsze, a tak to, co?.

Ola: Obrzędy związane z nadejściem wiosny? Coś takiego.

Babcia: Na wiosnę trzeba było wszystko uporządkować, powymiatać, powycierać, powygarbiać. Tak, tylko sprzątanie.

Ola: Pozdrowienia Wielkanocne, jakieś występowały?

Babcia: No to w rodzinie tylko.

Ola: A jakie? Pamiętasz?

Babcia: No to pozdrawiali tam listownie przecież. Telefonów nie było. Słowa no to życzyli sobie zdrowia, Wesołych Świąt i to wszystko było.

Ola: Groby na Wielkanoc.

Babcia: Na Wielkanoc no to, czekaj chyba na Wielkanoc to Procesja była, że na cmentarz.

Ola: A jak ona wyglądała?

Babcia: No chorągwie, ksiądz szedł i ludzie i tam się modlili za zmarłych. To wszystko. Masza najpierw była.

Ola:, Ale na cmentarzu czy w Kościele?

Babcia: Na cmentarzu była msza, a później każdy szedł na swój grób, nie. Czy tam świeczkę zaświecił czy się pomodlił.

Ola: A ksiądz podchodził do każdego grobu osobno?

Babcia: Nie, nie. Ksiądz tylko mszę świętą odprawił, nie podchodził do grobów. Przeszedł tylko i poświęcił cmentarze. Więcej nic. Ścieżkami przeszedł cały przez cmentarz i poświęcił. U nas duży w Stopnicy cmentarz jest, wielki, a tam są same grobowce.

Ola:, Co u ciebie w domu było przyrządzane samodzielnie?

Babcia: Na Święta?

Ola: Tak.

Babcia: No, co był placek, mięso to zawsze makaronu narobione, ciasto upieczone.

Ola:, Ale samodzielnie mięso robiono?

Babcia: Tak. Zawsze było na Święta to była świnia bita. Kiełbasę się przed Świętami biło, samemu robiło. To w domu moja mamusia wszystko robiła sama.

Ola: Ktoś jej pomagał?

Babcia: No dzieci najwyżej, każdy trochę. Co tam było. Czy mięso kręcić.

Ola:, Kto zaczynał dzielenie się jajkiem? Było coś takiego?

Babcia:, Kto nauczył?

Ola: Nie, kto zaczynał dzielenie się jajkiem.

Babcia: Aha, kto? Rodzice.

Ola: Było jakieś znaczenia czy tam mama czy tato?

Babcia: Tato. To ojciec, albo ojciec albo matka. To tato, albo mama. Się przeżegnali i dopiero. Każdy brał sobie i jadł.


Ola: Dzieliło się?

Babcia: Nie. Przecież na połówki się nie dzieliło.

Ola: Najważniejsza potrawa Wielkanocna?

Babcia: Potrawy?

Ola: Najważniejsza potrawa jakaś była?

Babcia: Rosół, no pewno. Rosół był najważniejszy. Makaron narobiony swojski. Niekupiony przecież.

Ola: A rosół był?

Babcia: Rosół był z własnej kury. U nas było gospodarstwo, to kury były i krowy były i świnie były. Wszystko było.

Ola: Tradycje związane ze Śmigusem- Dyngusem.

Babcia: To chodziły chłopaki, to po wiosce chodzili, oblewali dziewczyny.

Ola: A dziewczyny chłopaków?

Babcia: Też.

Ola: Każdy chodził?

Babcia: Każdy. Gdzie nie było rodziców to do mieszkania jak wpadli to całe mieszkanie, zlali te dziewczyny, wiadrem. Całe mieszkania były mokre, ściany. Podłogi nie było, ale była woda tylko i bo podłóg nie było, była ziemia taka ubita. Się ją myło, co sobota.

Ola: To nie było mokre?

Babcia: To jak zlali to było mokre!, trzeba było wycierać!

Ola: A to błota nie było?

Babcia: Nie, bo to taka glina, wiesz? Takie ubite. Trz było powycierać to wszystko zanim rodzice przyszli, nie?

Ola: A jak przyszli?

Babcia: No bura. To wyzywali. No, po co to wpuszczałaś, albo, co?. Po co wpuszczałaś? Się zaraz spytali kto to tak zrobił.

Ola: A to później jak powiedziano, kto to, to ci rodzice szli tam do nich?

Babcia: Nie, nie szli. Nie upominali się bo to był zwyczaj taki.

Ola: Przysłowia Wielkanocne, jakieś były specjalne?

Babcia: Nie, ja nic nie pamiętam już.

Ola:, Czyli nie pamiętasz?

Babcia: Nie, nie pamiętam. Co to, tyle lat to, gdzie ja będę pamiętać.

Ola:, Jakie wypieki robiono?

Babcia: No wypieków to strasznych nie było. Drożdżówka, sernik.

Ola: A mazurek?

Babcia:, Co?

Ola: Mazurek

Babcia: Mazurek to mało gdzie. W ogóle to ja nie znałam nawet mazurka. Nie wiedziałam ani nie słyszałam o mazurku. Tam dobrze jak był placek drożdżowy, to już było bardzo dobrze!. A jeszcze jak sernik to!

Ola: Rarytas

Babcia: To krowy każdy miał, mleko, ser swój, to było.

Ola: Jak dużo zostało z dawnych czasów do dzisiaj?

Babcia: No teraz też się powtarza to, nie?. Więcej jest jak przedtem było.

Ola: Więcej możliwości?

Babcia: Teraz więcej możliwości, tych wypieków, tych gotowań. Kto tam kiedy gołąbki robił, kluchy, rosół, kopytka, to jak w taki dzień fasola, kapusta. Kapusta była z grzybami, albo tak. Takich bigosów z mięsem to nie było.

Ola: W ogóle?

Babcia: Z grzybami.

Ola: Bez mięsa?

Babcia: Bez mięsa. Sadło ze świni, bo się świnie zasztybiło. To sadło było do kapusty. Się go wieszało.

Ola: To roztapiało się go jakoś?

Babcia: Go się smażyło. Smażyło się go i taki tłuszcz się tylko wlewało. Jak się świnię zabiło, to się te sadło wieszało, żeby ono tak przyżółkło, ale się nie zepsuło, nie?. Później się dopiero go brało i smażyło do kapusty. Grochu się dawało do kapusty, też. Fasoli!

Ola:, Co najbardziej lubisz ze Świąt?

Babcia: Teraz?

Ola: Teraz. No wcześniej, co najbardziej lubiłaś? No najpierw może, co wcześniej, a później, co teraz.

Babcia: Wcześniej to rosół lubiłam najlepiej, rosół czy skrzydełka jakieś, bo skrzydełka tylko jadłam, bo to lubiałam.

Ola: A coś oprócz jedzenia, tak lubiałaś?

Babcia: Aha, z ciasta?

Ola: Nie, ogólnie.

Babcia: Przecież ani nie było pomidorów, tam jeszcze się nie sadziło. Ani ogórków, ani nic takiego nie było.

Ola:, Ale mi chodzi o takie jakieś zwyczaje, coś takiego.

Babcia: Aha, zwyczaje. A to, co zwyczaje?

Ola:, Co najbardziej lubiłaś w Święta?

Babcia: Najbardziej? Najbardziej to ja lubiałam cukierków się najeść.

Ola: A teraz, co najbardziej lubisz?

Babcia: Nie tak cukierków, bo tak cukierków nie było, to cukier w kostkach. Ten cukier się jadło.

Ola: A do koszyczka też się wkładało cukier zamiast cukierków?

Babcia: Nie, cukru się nie wkładało, chyba.

Ola: Wspomnienia z dzieciństwa dotyczące Świąt. Masz jakieś?

Babcia: Teraz? Teraz inaczej, nie? Teraz, co Święta każdy inaczej obchodzi. Co lepsze, bo różności na Święta są. Co się tylko zechce, bo pomarańcze i mandarynki, a przecież tego nie było.

Ola: A, no wspomnienia z dzieciństwa, jakieś tam szczególne? Masz?

Babcia: No ja to owoce przeważnie lubiałam.

Ola: Aha. A to jest już ostatnie pytanie. Znasz kogoś, kto własnoręcznie wykonuje tradycyjne ozdoby Wielkanocne? Jakieś pisanki, palmy, wycinanki, pajączki?

Babcia: No to każdy w domu robił sobie to sam.

Ola:, Ale teraz, teraz, znasz kogoś? Kto wykonuje?

Babcia: Nie, nie znam.

Ola: Aha. No to, to wszystko. Dziękuję za wywiad.

 

                                                                                                                                                                     Wywiad opracowała: Ewelina Skomra

 

2010-05-17

WYWIAD Z PANIĄ NADZIEJĄ SROGĄ-

Przeprowadziła Ewelina Skomra i Ewelina Krzywaniak dnia 09 kwietnia 2010 roku


Ewelina S: No, nagrywa się. Więc pierwsze pytanie jest takie: skąd Pani pochodzi, czyli region pochodzenia, miejscowość, gdzie Pani mieszkała, gdzie teraz Pani mieszka?

P. Nadzieja: No ja się urodziłam się na Lubelszczyźnie, dawny powiat Hrubieszów, gmina Kryłów. Natomiast moja rodzinna wioska, Prehoryłe. Co jest ważne, że nazwę „Prehoryłe” miałam pisaną przez „ch”, a okazuje się, że to jest przez samo „h”. Zmieniając dowód musiałam pisać w rodzinne strony i wyjaśniać, bo jest pomyłka.

Ewelina S.:, Jaki jest Pani wiek?

P. Nadzieja: Ukończyłam 73 lata, urodziłam się 29.11.1936 r.

Ewelina S: Jak wyglądały ostatki?

P. Nadzieja: To ja wpierw powiem w moich rodzinnych stronach, na Lubelszczyźnie. W moich rodzinnych stronach ostatki robiono w sobotę lub w niedzielę. To normalnie w mieszkaniach u gospodarzy. Wynajmowano pokój. Jednego roku jedni wynajmowali ten pokój, w drugim roku inni znowu. Ostatki nazywano zapusty, a prawosławni mówili na ostatki kołatka. Ludzie wtedy wiesz. Na ostatki piekli pierogi w piecu, gotowali kapustę z grochem. Stawiali na stół słoninę, kiełbasę, cebula była krojona tak na cztery części. Bawili się, jedli, pili wódkę dorośli, śpiewali i tańczyli. Najważniejszym instrumentem, to znaczy takim jedynym to były: skrzypce i akordeon. To znaczy grali ludzie, jak ktoś tam na wiosce umiał grać. Umiał grać na skrzypkach, to grali na samych skrzypkach i wszyscy tańczyli jak licho, albo na akordeonie.

Ewelina S: A na przykład na gitarach?

P. Nadzieja: Gitar? Nie, nie było gitar, nie, nie. To akordeon, skrzypki. Tańczyli: Oberka, Polkę, parami Mazura, to już wtedy tak jak u nas, co u nas tańczą na studniówkach?.

Ewelina S: Polonez.

P. Nadzieja: Na Poloneza mówili Mazur, to tańczyli parami. Bawili się do godziny 12. W wierzę prawosławnej ostatki robią w sobotę i w niedzielę. Od poniedziałku już zaczyna się Wielki Post. Nie jak w wierzę katolickiej od Środy Popielcowej, tutaj odwrotnie. Święta przypuśćmy Wielkanocne są o dwa tygodnie, a Wielki Post nie zaczyna się w Środę Popielcową tylko w poniedziałek. No i cóż to? Śpiewali, bawili, popijali wódeczkę i śpiewali taką piosenkę:

Oj kołatka, kołatka
Czyja buzia jest słodka?
W kogoś jedna, u mnie dwie
Słodziusieńkie obydwie

P. Nadzieja: Albo jeszcze taką śpiewali, to w tamtych czasach, w moich rodzinnych stronach śpiewali taką piosenkę na zapusty, podczas tego bawienia się:

Graj muzyka, dam ci byka
Na zapusty, do kapusty
Graj wesoło, ileś mógł
I nie żałuj moich nóg

Moje nóżki drutowe
Do taneczka gotowe
Jedna w lewo, druga w prawo
Graj muzyka, grajże żwawo

P. Nadzieja: No to te zapusty to koniec. Tutaj jak już przyjechaliśmy no to też jeszcze były dawne czasy. Przyjechaliśmy na ziemie zachodnie to tak samo.

Ewelina S: To lata?

P. Nadzieja: To był w 47 roku to tak samo się umawiali na potańcówki, wynajmowali pokój za darmo oczywiście. I też skrzypki, akordeon, a potem bęben. Już grali to tak się tańczyło świetnie! Młodzież nie miała prawa pojawić się na zabawie. Jedyne, co to stali pod oknami i słuchali. Żeby brać udział w zabawie, to nie. Kiedy grali na skrzypkach moja ciotka mówiła: „Oj, a te skrzypki to aż tak przemawiają”. A jeszcze jak przyjechaliśmy po 47 roku to normalnie się schodzili. Mój ojciec był duszą towarzystwa. I młodzież, chłopcy, dziewczyny przychodzili do nas tutaj, powiadał kawały. Śmialiśmy się i na tym grał na grzebieniu. Bawili się przy jakimkolwiek graniu. W latach 50,55 to ja już byłam panienką chodziła na ostatki do innej wsi- Szczodre do świetlicy do Szczodrego. Tam już grała orkiestra to była taka orkiestra pod dyrekcją Wojciechowskiego. To ten pan się tak nazywał. Wtedy te zabawy były już za biletami, musieliśmy płacić. I wtedy też tańczono: Tango, Walca, Twista, Polkę. Utkwiła mi w głowie taka oto piosenka. Już do tej pory ma 65 lat. Właśnie ta orkiestra grała tę piosenkę i śpiewali:

Mieliśmy wtedy po szesnaście lat
I śmiał się do nas cały świat.
Pocałowałeś mnie przez wiśni kwiat
Wiosenny dzień.
Gałąź zielonych liści, co rosła w moim sadzie
Objęła gałęzie liśćmi kwitnąca w jej ogrodzie.
I kwiaty jak w bukiecie tuliły się do siebie.
Szeptały coś w sekrecie, tobie i mnie
La la la la la

P. Nadzieja: Do dzisiaj pamiętam tę piosenkę. Tak się tańczyło kiwane. Taki był taniec. No i cóż jeszcze o ostatkach?. Śpiewali jeszcze taką piosenkę. Przed wczoraj słyszałam w telewizji:

Bajabongo, bajabongo
Bajabongo bongo baja
Kto ten taniec dobrze zna?
Ten tańczy tak jak ja
Bajabongo o bongo baja.

P. Nadzieja: To jest bardzo stara piosenka, grali też. O zapustach to już by było wszystko.

Ewelina S: Jak wyglądał Post? Jak go przestrzegano?

P. Nadzieja: Minutkę. Wielki Post się zaczynał, tak jak obecnie w Środę Popielcową. Kapłan w świątyni posypuje wiernym głowy popiołem, mówiąc: „Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz”. I Wielki Post jest okresem przygotowania się do Świąt Wielkanocy. Trwa 40 dni. Przygotowanie do Postu polega na pojednaniu się z Bogiem i ludźmi. W mych rodzinnych stronach przez 40 dni jadło się potrawy bez mięsa i tłuszczy zwierzęcych. Tłuszczem na Post był olej, który ludzie sami wytłaczali specjalnych olejarniach. Rozgrzewano nasiona maku, słonecznika, siemienia lnianego w chlebowym piecu. Potem wyciskano w specjalnych olejarniach, poczym powstawały makuchy. Najlepsze były z maku. Jako dzieci zajadaliśmy się nimi, a pozostałe dawano zwierzętom. Olej był ekologiczny, bardzo smaczny. Mama gotowała ziemniaki w mundurkach, rozcierała większą ilość czosnku, wlewała do tego olej. I potem obieraliśmy te ziemniaki i tak rękami, to wszystko żeśmy moczyli w ten olej i wszystko z jednej misy. Ziemniaki były w jednej misce, albo w garnku, a ten sachar był w innym i to rękami. Nie tam widelcami. Ten przysmak nosił nazwę sachar- olej z czosnkiem. W Wielki Post mama gotowała susz z suszonych śliwek. Z wiśni tak zwaną kisiełyczę, którą jedliśmy z chlebem. Wszystko pieczone było w swoim piecu. Gotowała serwatki, taką polewkę, którą zaklepywała mąką. Jadło się cebulę z olejem, czosnek z chlebem, nie było talerzy tylko miski. Mama nalewała tą kisiełyczę do takiej dużej miski, wszyscy siadaliśmy na drewnianych takich stołkach lub staliśmy na około. Wszystkie potrawy jedliśmy z jednej misy lub garnka, drewnianymi łyżkami. Zrobionymi przez ojca. Siadaliśmy lub staliśmy na ławkach przy stole, dlatego pojawiło się powiedzenie: „Na około jamy latają z kijami”. Wszyscy stali jakby na około takiej jamy czy gdzieś?. Chleb był świętością. Ludzie siali zboże. Gdy dojrzało, ręcznie sierpami je ścinali,ustawiając w kopki. Następnie wozili na zapole, do stodoły i mucili cepami na klepisku. Później młockarnią zaprzęgano do kieratu konia. My jako dzieci też chodziliśmy za tym kieratem, a była taka młockarnia, tuż potem taka była większa mechanizacja. Ta młocarnia chodziła i muciła to zborze. Jako dzieci kręciliśmy żarna. Wysypywała się mąka, z której piekła mama chleb. Mama z pszennej mąki robiła palonki i placki drożdżowe w piecu chlebowym. Robiła zaczynę, potem miesiła chleb. Gdy się wyruszał, to paliła w chlebowym piecu. Często słomą palili w piecach chlebowych. Kijem, który był owinięty w szmatę, wymiatała ten piec i wkładała bochenki chleba na taką łopatę drewnianą i wsiuuu do pieca. I gdy się upiekł chleb, wyciągano. Każdy bochen maczała w wodzie i rysowała na nim znak krzyża, kolejno układała na drewnianej łopacie i wsadzała do pieca. Chleb był bardzo dobry i miał piękny zapach. Zazwyczaj jedliśmy go suchego, odłamując po kawałku. Gdy upadł z ręki, to był taki zwyczaj podnoszenia, całowania i czynienia znaku krzyża. Łopatę od chleba, jak była burza, to mama zawsze wystawiała przed dom, opierając o ścianę. Miała ona chronić nas przed piorunami. I gdy chleb na przykład upadł z ręki to był taki zwyczaj. Obecnie to idziesz to tu leży na drodze, tu leży na jezdni kawałek. Nikt nie podnosi go tylko jeżdżą, drepczą po nim. A gdy upadł chleb z ręki na ziemię, podnoszono, całowano go. Post był bardzo ścisły. W Wielki Czwartek, gospodynie robiły wieczerze z mnóstwa potraw i warzyw z dodatkiem oleju. Od Wielkiego Czwartku do pierwszego dnia Świąt piliśmy tylko wodę. Nie wolno było nic jeść. Mama umyła garnki i wieszała je na płocie. Wtedy nie jadło się nic. Tylko dzieci dostawały po kawałku chleba suchego. Był bardzo ścisły Post. Śpiewano pieśń podczas Wielkiego Postu:

Bożaja Maty
Pid chrystom stojała,
Pid chrystom stojała
Slozy wyływała.
Oj Synu Synu
Za jaku prowynu
Perenosysz muki
W tiażenku chodynu na chrystie.
Ja tebe chowała pered worochamy
Ja tebe wmywałam hirkimi slozami.
A Teper płaczu bo tebe wrze traczu
Wżejtia lubyj Synu
Nigdy Ne zobacze
Synu mij.
( po ukraińsku)

Boża Matka pod krzyżem stała,
Pod krzyżem stała, łzy wylewała.
Oj synu, synu, za jaką winę,
Znosisz męki w ciężką,
Znosisz męki w ciężką godzinę na krzyżu.
Ja Ciebie chowałam przed wrogami,
Ja Cię umywałam gorzkimi łzami.
A teraz płaczę, bo Ciebie już tracę.
Już Cię luby synu nigdy nie zobaczę, synu mój.

 

Ewelina S: Jak Pani wtedy mówiła, mięsa w ogóle nie można było jeść?

P. Nadzieja: Nie.

Ewelina S: W ogóle? Przez 40 dni?

P. Nadzieja: Przez 40 dni!.

Ewelina S: Teraz jest zwyczaj, że tylko w Piątki.

P. Nadzieja: Nie, nie, absolutnie!. Jak się zaczynał Post to już nie było mowy o mięsie. Tylko potrawy, wszystko z olejem.

Ewelina S: A czy groziło coś za złamanie Postu?

P. Nadzieja: No grodziło. Pewnie! To ludzie już sami wiedzieli, przestrzegali, co im grozi za to. To ludzie bardzo przestrzegali. Wiedzieli, co tam czeka pod względem religijnym.

Ewelina S: Czy był pół-post? Jak wyglądał?

P. Nadzieja: nie, nie było. Nie mam pojęcia.

Ewelina S: Coś jeszcze Pani może dodać?

P. Nadzieja: O Poście?

Ewelina S: Tak. Czemu służył Post?

P. Nadzieja: Właściwie Wielki Post jest to ważny czas. Czas refleksji i zadumy nad życiem duchownym każdego z nas. Czas przebaczenia, nawrócenia, nadziei. Dzięki której możemy lepiej widzieć czas naszego życia. Ludzie się po prostu poświęcali. Coś ofiarowali Bogu, a mieli nadzieję, że w zamian od Boga coś otrzymają. I na tym polegał Post.

Ewelina S: A czy były wyjątki od zachowywania Wielkiego Postu w trakcie jego trwania?

P. Nadzieja: Nie, ja o ile pamiętam w tamtych czasach nie. Teraz to może są wyjątki, ale dawniej nie było.

Ewelina S: Czy występował u Pani zwyczaj tłuczenia garnków?

P. Nadzieja: tłuczenia garnków? Nie, ja takiego czegoś nie pamiętam. Jedyne, co mogę powiedzieć, to były takie gliniane garnki na mleko. Jak rodzice pojechali na jarmark, wozami do Hrubieszowa, po drogach błotnistych. My dzieci wtedy zostawaliśmy w domy. Nie było zabawek, więc kiedy były puste garnki po mleku, ustawialiśmy je i ganialiśmy, to się tłukły!. Potem płakaliśmy. Mama przyjeżdża, garnki potłuczone. Ale, żeby był taki zwyczaj, żeby tłuc garnki to raczej nie.

Ewelina S.: Palmy.

P. Nadzieja: Palmy robiono w sobotę, przed Niedzielą Palmową. Każda gospodyni chciała, żeby palma była ładna. A palmy święcimy na cześć wjazdu Jezusa do Jerozolimy. Jako zwycięzcy zła, obrońcy ludu swego. Ludzie witając go rzucali mu pod nogi swoje odzienia, trzymając w rękach gałązki z drzewa palmowego. Wołali: „Hosanna Synowi Dawidowemu”. W obrządku katolickim w Niedzielę Palmową, po poświęceniu, ludzie wychodząc z Kościoła, uderzali się palmami i mówili: „ Palma bije, nie zabije, Wielkanoc za sześć nocy”. Wszystkim znajomym tak czynili, natomiast w obrządku prawosławnym, to oni święcili gałązki wierzby. Wychodząc z cerkwi, tymi gałązkami też się tak uderzali, jak katolicy. Mówiąc: „Werba bije ja ne biju wyłygdyń za tydyn” lub „Werbabnia ne jawnia wyłygdyń za tydyn”.

Ewelina S: A do tych palm. Było ważne na przykład, z jakich kwiatów były zrobione?

P. Nadzieja: Nie, u nas tak wagi do kwiatów znaczy przeważnie z kwiatów sztucznych. Wkładano także barwinki i piękne bazie. Palm nie wolno było wyrzucać tylko spalić w piecu lub dawali krowom do żłobu.

Ewelina S: Jak wyglądały porządki i zwyczaje przed Wielkanocą?

P. Nadzieja: Zdejmowali zagaty, sypali piaskiem, zamiatali podwórka, bielono ściany na zewnątrz i wewnątrz mieszkania. Był jeden pokój, spiżarnia i korytarz. Mama brała do wiaderka glinę, rozrabiała z wodą. Tę glinę się zamiatało i rozmazywało. Miała ona taki złoty kolor. W mieszkaniu robiło się weselej. Jak wyschło to można było wejść, a wszyscy chodzili na bosaka. Jak malowano ściany, to też malowano kominy. I pamiętam, tak mi utkwiło w pamięci. Chodziła taka pani, handlowała chustkami, nie umiała czytać, ani pisać. Nie zapisała sobie nazwiska, ani nic. Potem zapomniała. Popatrzyła sobie tylko na kolor komina. Kolor był jakiś biały czy jak. Potem przyszła i powiedziała przyjdę drugim razem to zapłacicie wtedy jak nie macie pieniędzy. Potem przyszła drugim razem, popatrzyła na komin. Pochodziła i nie ma takiego koloru komina. Nie wiedziała, u kogo chustkę zostawiła. A przedtem, przed Świętami przemalowali komin. Robiono pranie, były koszule z lnu szyte. Ludzie własnoręcznie siali len i konopie. To była własna produkcja, swoim sposobem. Zawsze przed Wielkanocą szliśmy do rzeki Buk. Ja zawsze szłam z mama. Miała ona taki pracz i szare mydło. Prała tkaniny i płukała w wodzie.

Ewelina S: Jak wyglądała święconka?

P. Nadzieja: Mój ojciec zawsze przed Wielkanocą czy Bożym Narodzeniem bił świnie. Mama szynki marynowała. Słoninę wkładała do takich lnianych worków, mocno posolonych. Układała ciasno i chowała do spiżarni. Bardzo smaczna, braliśmy chleb, cebulę czy czosnek i jedliśmy. Szynkę i kiełbasę wkładała do pieca chlebowego. Miała taki zapach i była tak przyrumieniona. Moja mama piekła placki drożdżowe i mazurki z kruchego ciasta, pierogi zawijane z makiem lub kapustą. Robiono pisanki i kraszanki. Kluczką, mama pokazywała jak się nabiera wosk i zdobi pisanki. Nad lampą naftową rozgrzewaliśmy ten wosk. Nie było barwników. Mama przez dłuższy czas składała łupiny z cebuli i kłosy zbóż. Barwiły się na bordowy i zielony kolor. Na jajkach były różne wzory: kurczątka, smeryki, gałązki. Jak kto umiał to tak robił. Do koszyka wkładano dużo jajek. Kraszanki, pisanki. Baranek był zrobiony z ciasta drożdżowego, a nie z cukru. Był duży. A jajka do dzielenia były obierane ze skorupki i wkładane do koszyczka. Wkładano jeszcze osełkę masła, krążek sera, chrzan- takie całe laski, sól, chleb i te babki drożdżowe, kiełbasa szynka- wszystko musiało w tym być. Jaka mama zbierała nawet trzy tygodnie przed Świętami, a nie można było wziąć ani jednego jajka. Bogacze do święconki to jeszcze piekli prosiaki. Do oczu wkładano wiśnie, a do pyska jajko i laskę chrzanu. Dźwigano to tak. A tej biedoty było tyle, tych dziadów i kosz tak pachniał, że aż ślinka ciekła. Jak ksiądz święcił święconkę, to ludzie ustawiali na takich drewnianych stołach, odkrywali serwetki i tak mocno lał, że wszystko musiało być poświęcone. Wody musiało nalecieć dużo do tych koszyków. W cerkwi prawosławnej mężczyźni trzymali taki duży lniany materiał, ludzie, którzy uważali, że chcą oddać koszyk, to kładli go na materiał trzymany przez mężczyzn. Był taki datek dla księży. Nie raz nie mogli utrzymać, było takie ciężkie.

Ewelina S: Obrzędy i zwyczaje Pierwszego Dnia Świąt Wielkanocnych.

P. Nadzieja: Święconkę po poświęceniu, postawili i nikt nie śmiał dotknąć. Był Wielki Post do rezurekcji, do śniadania Wielkanocnego. Na rezurekcji w Kościele katolickim śpiewano: „Wesoły nam dziś dzień nastał. Na który z nas każdy czekał. Tego dnia Chrystus zmartwychwstał. Alleluja, alleluja. A w cerkwi prawosławnej odprawiała się tak zwana sienoczna. To szliśmy już na tą sienoczna, na 22, to do godziny 24 były takie modły. Modlitwa cały czas. A o godzinie 24 była procesja. Tak samo jak w Kościele katolickim, rano, jest rezurekcja i procesja. Procesja wychodzi, drzwi do Świątyni są zamknięte. Po procesji przychodzą pod te drzwi, ksiądz błogosławi krzyżem drzwi i ludzi. Wtedy się one otwierają, wszyscy wchodzą, ksiądz trzymając w ręku krzyż i świecznik z trzema świeczkami, oznajmia trzy razy: „Chrystosfos woskres- Chrystus Pan zmartwychwstał”. Wierni odpowiadają Voistieno woskies- prawdziwie powstał”. Święta Wielkanocne, to taki czas wiosny i nadziei i dobrej nowiny. Wracaliśmy po tak pięknej uroczystości, kładliśmy się spać. Jak przespaliśmy trzy godziny, musieliśmy wstawać, myć się i zaczynało się śniadanie Wielkanocne. Ojciec brał te jajka poświęcone, obrane ze skorupki i podchodził do każdego z nas i dzielił się tak jak obecnie. I mówił: „ Chryste… brało się to jajko, całowaliśmy się i życzeń się nie składało. Jedliśmy aż nam się uszy trzęsły. Każdy głodny, po tylu dniach Postu. Jadło się wszystko z misek, rękami. Mama po śniadaniu myła garnki, a garnki myło się w cebrzykach drewnianych, z takich klepek. A do kąpania to były balie, też zrobione z drewna i klepek. Jak było dwoje dzieci, to kąpaliśmy się razem. Mama nagrzała wody, a co to było tej wody. Starsi się myli osobno, a my dzieci w jednej wodzie. Już po śniadaniu można było jeść do syta, oprzątać zwierzęta, ale nie wolno było w domu nic robić. Nic, nawet nie można było izby zamiatać. A dziewczyny w pierwszy dzień świąt, nie mogły przeglądać się w lusterku. To był taki zabobon. Która się przejrzy w lusterku, to straci urodę, stanie się brzydka. I żadna się nie przeglądała. Ludzie w pierwszy dzień nawet gości nie zapraszali. To był taki święty dzień. Szło się tylko do Kościoła czy cerkwi. Gości się zapraszało dopiero na drugi dzień. Zapraszali się sąsiedzi a wzajem. Gdy się ludzie spotykali lub wchodzili do kogoś do domu, do mieszkania, przychodzili w goście, albo spotykali się na ulicy, to nie mówili: „ Dzień dobry”. To było w pierwszy i drugi dzień Świąt. Mówili: „ Chrystosfos woskres”- Chrystus Pan martwych wstał, a ci odpowiadali: „Voistieno woskies”- prawdziwie powstał. Kawalerowie, panny, a szczególnie jakiś chłopiec, który kochał się w dziewczynie czy dziewczyna w chłopcu, to wybierali takie najpiękniejsze pisanki no i kraszanki też, i się obdarowywali nawzajem. Taki był wyraz sympatii. Coś on do niej czuł i ona do niego. To był taki prezent świąteczny. Ludzie tak o sobie, to żadnych prezentów nie kupowali z okazji świąt. Nie było pieniędzy, nie było, za co. A jeszcze dzieci, idą do dzieci sąsiadów, zabierali po kryjomu rodzicom kraszanki i pisanki. Biegły do dzieci sąsiadów na podwórko i robili takie zawody. Która kraszanka dalej poleciała i się nie potłukła, no to ten wygrywał. Potem poprzychodzili do domów i wzięli kilka jajek, to mieli po całe kieszenie. Skorupki z jajek nie można było wyrzucać do świń. Rozbijało, się i zanosiło się do ogródka, pod warzywa, albo kurą, albo były palone. Wyrzucać nie wolno było, bo było święcone.

Ewelina S: Drugi dzień Świąt.

P. Nadzieja: W lany poniedziałek to buł taki zwyczaj, jeszcze tam w moich rodzinnych stronach, przeważnie mężczyźni chodzili po domach i oblewali. Zanim weszli to, pytali się czy mogą oblać. Później stało wody pełno. Nie było dywanów. Ja kobiety obierały dynki lub słonecznik, t buch na ziemię rzucały. Kultury takiej nie było. Następnie gospodyni brała miotłę pozamiatała i było dobrze. Mężczyźni jak oblali gospodarzy domów, to ci zapraszali ich do siebie. Szykowali jedzenie: kiełbasę i szynkę, co tam gospodyni miała. I wódka, przeważnie bimber pili. Każdy gospodarz miał te aparaty do robienia bimbru. Nieraz tak się po upijali, że nie mogli do domu trafić. Panny się chowały, jak chłopcy je znaleźli wrzucali do stawu, jeżeli był w pobliżu. Nie bali się, że ona nie umie pływać, że się utopi. Jednego razu w stawie były takie kołki gdzie się moczyło konopie i len. Kołki zostawili i rzucili dziewczynę na nie, zmarła w tym stawie. Wszyscy się lali, starzy i dzieci. Dzieci chodziły oblać chrzestnego, ciocię, wujka, sąsiadów by dali im pieniądze. Po oblaniu dostali jajka, cukierki, a przeważnie pieniądze. Tyle buło radości. Pieniędzy nie było, a sobie zarobili. Po Wielkanocy na Zielone Świątki, chaty i podwórka sprzątali, w domach na ścianach było dużo obrazów świętych. Za obrazy wkładaliśmy gałązki klonu, jak dobrze pamiętam. Przynosiliśmy tatarak, który rósł w rowach i mokradłach i wiązaliśmy w takie snopeczki i kładliśmy do każdego kąta w chacie. Tak pachniało w tym mieszkaniu. Żeby stawiano Brzóski, to nie pamiętam. Raczej nie.

Ewelina S: Groby.

P. Nadzieja: U kościele prawosławnym wierni wraz z księdzem Niedzielę Przewodnią przychodzi na cmentarz i przy każdym grobie odprawia, ludzie podawali imiona zmarłych, śpiewali i modlili się. Po tej pieśni ludzie dalej modlą się i śpiewają. Na koniec każda z rodzin całuje krzyż. Następnie ludzie rozkładali na grobach płachtyny, takie obrusiki. To były z lnianego płótna. Na grobach kładli wszystko: szynkę, kiełbasę, placki drożdżowe, wódkę. Było mnóstwo dziadów, biednych, włóczących się, zmarzniętych zimą. Przed cerkwią było ich mnóstwo. Szli później na cmentarz razem z wiernymi. Prosili o jedzenie. Dali im wódkę, to popili się nieraz. Prosili też o modlitwę za swoich zmarłych. Siadali na ziemię i się modlili. Taka była wrzawa na cmentarzu. Ludzie wkładali im jedzenie do szmacianych toreb, żeby mieli na potem. Ludzie się bardzo dzielili, wszystkim. Chodzili po domach i prosili, żeby ktoś wziął ich. Pamiętam u nas, to rodzice z litości brali ich, uścielali gdzieś tam w kącie jakieś łachy, żeby przyjąć na noc. Panowała ogromna wszawica, dzidy mieli ich bardzo dużo, przeciętni ludzie mniej. Trzeba było ich przyjąć. Powstał wtedy taki rym:

Panie wójcie dajcie mydła,
Bo już wszy mają skrzydła.
Jak się zerwą, polecą,
To was zjedzą

P. Nadzieja: Wysłano taką odezwę do Wójta, bo nie było, czym tępić, żadnych środków. Ludzie nawzajem ściągali koszule i zabijali wszy z rąbków koszul. To był taki pokarm dla zmarłych. Spożywali go żywi. Wódkę pili za dusze tych zmarłych. Sprząta się groby w też w Niedzielę Przewodnią. Ja obecnie robię stroiki i zanoszę na grób. W dawnych latach na groby przynoszono kraszanki, pisanki i jajka i kładziono dla zmarłych na grobach. Kiedy zmarła moja mama i ojciec, to ja wzięłam na groby, już zrobione stroiki, kraszanki i pisanki. Położyłam u mamy jedną i u ojca jedną. Przypomniał mi się starodawny zwyczaj. Przyszła moja córka Basia i mówi: „mamo, co ty robisz? Co te jajka tam na grobie robią?”. Ja jej nie powiedziałam, że jest taki zwyczaj.
Ewelina S:, Co Pani lubi najbardziej ze Świąt?

P. Nadzieja: Najbardziej lubię rezurekcję. Mszę rezurekcyjną, bardzo. Wspominając to dawniej było biednie, ale i wesoło. Cieszyliśmy się byle, czym. Teraz nie ma takiej radości. Może mnie się tylko tak wydaje.

Ewelina S: W takim razie dziękujemy!

                                                                                                                                                                  


                                                                                                                                                                     Wywiad opracowała: Ewelina Skomra

 

2010-05-17

WYWIAD Z BABCIĄ SALOMEOĄ FREJ I DZIADKIEM MIECZYSŁAWEM FREJEM-
Przeprowadziła: Ewelina Krzywaniak (wnuczka) dnia  02 kwietnia 2010 roku.

 

 

Ewelina: Skąd pochodzisz, region, miejscowość?

Babcia: Łęki Górne Rzeszowskie.
Dziadek: Pochodzę z kieleckiego. Mieszkałem w Cieślach.

Ewelina: Wiek?

Babcia: Wiek? 76 lat.
Dziadek: 1 wrzesień 1936r.

Ewelina: Jak wyglądały ostatki?

Babcia: Ostatki jak wyglądały? No pięknie wyglądały ostatki. Zbierało się pare sąsiadów, robili tam wędlinę różnego rodzaju. Tam kawy takiej nie było, herbata. Jakieś tam inne napoje. Wódki tam po kieliszeczku czy wina. No i bawili się. Do godziny tam którejś, czwartej, trzeciej. No później się wszystko rozchodziło. Przez Wielki Post się pościło, mocno się pościło. Nie było tak jak dzisiaj, że dziecko tam zjadło to czy tamto. Nawet mleka nie dali!. Tylko herbata albo kawa i taki chleb czarny.
Dziadek: Kawa, kawa zbożowa była.
Babcia: Kawa zbożowa była. Oczywiście nie prawdziwa tylko zbożowa. No, takie były Wielkanocne Święta.

Ewelina: A był pół-post?

Babcia: Pół-post? No, pół-post. No, taki pół-post było. No, jaki tam mógł być pół-post? Jak był post, to był już mocny post. Nie było żadnego pół-postu.

Ewelina: Czy były wyjątki od zachowywania Wielkiego Postu podczas jego trwania?
Babcia: No, jakie wyjątki, o co ci chodzi?

Ewelina: Wyjątki, że ktoś nie musiał przestrzegać, czy coś.

Babcia: A no, to jeszcze nie przestrzegali Jehowie. Nie przestrzegali postu tak jak my. Oni inaczej post obchodzili.

Ewelina: No, ale czy w naszym poście były wyjątki?

Babcia: W naszym no, nie było wyjątków.
Dziadek: Wyjątek, wyjątek był może, jak kto chory był.
Babcia:, Ale tak o jedzenie ci chodzi, tak? No, jak ktoś był chory czy co, no to tam mógł zjeść kawałeczek mięsa czy rosół czy co. Takich innych rzeczy, nie.

Ewelina:, Co groziło za złamanie postu?

Babcia:, Co groziło?, kara.

Ewelina:, Ale jaka?

Babcia: No w domu jakbyś coś zjadła, zobaczyłby tato albo mama, żeś tam zjadła kiełbasę czy coś no, to byś dostała burę.

Ewelina: Zwyczaje Wielkiego Postu.

Babcia: No zwyczaje Wielkiego Postu, no, jakie mogły być? Nie chodziło się na tańce, nie siedziało się w domu. Szło się na Gorzkie Żale, na Krzyżową Drogę w każdy Piątek. To się chodziło na Krzyżową Drogę, a później już w niedzielę to na Gorzkie Żale, po południu się szło. No i się przestrzegało postu, jakiego Bóg przykazywał. Nie było tam żadnych tańców hucznych czy śpiewów, takich różnych. Siedziało się raczej w domu i robiło się swoje.

Ewelina: A był zwyczaj tłuczenia garnków?

Babcia:, Co? Tłuczenia garnków to było tak, jak wesele było. To tak tłukli jakieś tam butelki, garnki. Tak w poście, nie.

Ewelina: Czy jedzono gotowane czy surowe jedzenie?

Babcia: Gotowane.

Ewelina: Czy obrzędy, zwyczaje, zabobony, wierzenia, wróżby, przesądy, opowieści magiczne Wielkiego Postu, Wielkiego Tygodnia, od Niedzieli Palmowej do Wielkiej Soboty? Czy było coś takiego?

Babcia: Były takie, jakie zabobony były. Na przykład w Wielki Post, w Wielki Tydzień, no to były takie, że do Kościoła się szło od Środy. Od Środy się szło, co dzień do Kościoła po południu. A zabobonów takich my nie wiedzieli, my w takie zabobony Wielkopostne. Tam były zabobony, jakie inne to wiesz. Tam ci koło drogi przeszedł czy tam coś ci tego. A tak nie było takich zabobonów. Może niektóre rejony przestrzegały takie, ale u nas raczej nie było tego.

Ewelina: A obrzędy, zwyczaje, zabobony, wierzenia, wróżby, przesądy, opowieści magiczne związane z Pierwszym i Drugim Dniem Świąt Wielkanocnych?

Babcia: To nie. Pierwszy Dzień Świąt to żeśmy byli, szli do Kościoła rano na cesanie.
Później przychodziło się do domu i nie chodziło się nigdzie w pierwszy dzień Świąt. Świętowało się w domu z rodziną, mamą, tatą, dziadkami czy tam. A w drugi dzień Świąt to się wstawało rano i się święciło pola. Brało się święconą wodę i się leciało. Pokropiło się pole tu, pole tam. Gdzie co, kto miał pole. Chroniło, od pierunów, huraganów od gradów to chroniło. A później polewali chłopaki niesamowicie dziewczyny. Zlali nie raz, we stawach kąpali. To było okropne. Było niby wesoło, ale to tak nie raz lali, że nitki suchej nie było.

Ewelina: Czy chodzono z pieśnią?

Babcia: No z pieśnią to chodzono, jak było rozumisz ostatki. To chodzili, to śpiewali tak jak dzisiaj. Śpiewali różne piosenki pod oknami, no to puszczali do domu. Tam pośpiewali i dalej szli, zakończali ostatki.

Ewelina: A obdarowywano się?

Babcia: Zależy, kto, jak tam dawali. To jajka, to parę groszy, jak kto miał. No, co kto mógł to dał. Oni zbierali, a później robili zakończenie, robili taką zabawę z tego.

Ewelina: Symbolika Wielkanocna. Co było, palma, jajko, baranek?

Babcia: Śniadanie było tak na Wielkanoc- gotowało się żurek na chrzanie na jakieś tam kiełbasie. Oczywiście jajka. Gotował się dobry żur. To się zjadło żur. Podzielili się jajkami święconymi. Tak, jedno jajko pasowało na, czterech bo po ćwiartce, nie?. No to zrobili takie śniadanie, a później ciasto, kawa, herbata. Co tam kto tam chciał. A tak przy stole to robili tak: robili barana z masła, robili kurczaczki różne, zrobili piękne choinki z baziów i pisanek. Jak na przykład wydmuszki były i się stawiało taką wierzbę w doniczkach i się te wydmuszki malowało. Wiesz, w różne kogutki. Co kto umiał. I to była taka piękna choinka z różnych, kolorowych tych wydmuszków. Było pięknie na stole. No, a później po Świętach już, to te wydmuszki już stłukli i wyrzucali kurom, żeby kury jajka niosły. To tak się takie dawało. Ze święconego obiadu, ze śniadania jak się zjadło to okruszki się zbierało święcone i się rzucało do ogródka i się mówiło: „sieję maronkę”, wyrastały piękne kwiatki, malutkie z tego, z tych święconych okruszków. No, to takie były obrzędy. No, a później w Drugi Dzień Świąt, po południu to się chodziło do rodziny, do nas, gdzieś tu o. Tak uroczyście. A w Pierwszy Dzień Świąt się siedziało w domu.

Ewelina: A palmy, z czego były robione?

Babcia: No palmy, palmy były robione z tej. Palmy były robione duże. Nie takie malusie jak tu. To dzieciom to się robiło palemki. Ale tak, to robili palmy o takie o. Kobiety robiły w Wielki Post jak się zaczął, to już robiły palmy. Przez noc sobie przyszykowały różne kwiatki, suszyły. Czarne suszki, ładnego koloru. I rozumisz bazie, wycinali chłopy bazie, te tam w lasach. To wycinali takie pręty i już stawiali do wody, żeby na Palmową Niedzielę wypuściły bazie. I na tych baziach się robiło, takie o rozumisz, od samego spodu zaczynało się. To tak były gałki lnu. Później były kwiatki suszki, później były z bibuły inne kwiatki, później jeszcze. To trawy różne były farbowane w kolorach. Na czubek, nie?, żeby było pięknie. To jak się zrobiło palmę, to była taka jak pod sufit prawie. I w Kościele, jak była Palmowa Niedziela, nie wiem czy to teraz obchodzą, ale chyba tak. Jak ja pamiętam, że byłam taka jak ty dziewczyna to szedł ksiądz od wielkiego ołtarza do drzwi. Kościelny był za drzwiami, organista był za drzwiami na dworze, a ksiądz był w Kościele. I ksiądz szedł od ołtarza do drzwi i ksiądz śpiewał tu, a organista śpiewał za drzwiami na dworze. A dzieci to przeważnie panienki robiły taki spareł, wiesz? Ta stała z jednej strony, ta z drugiej. Ksiądz szedł między i święcił. To było pięknie, kolorowo. To było cudownie.

Ewelina: A czy było ważne, jakie kwiaty i zioła były wplecione do palmy?

Babcia: No były zielone. Jakie były zioła? Niektóre takie jak mięta. To było tak suszone, żeby się nie skruszyło. Suszyli to w takich pudełkach. I później tak delikatnie oklejali tę palmę. Takimi kwiatkami czy jakąś trawką kolorową, tu jakimś czymś. To było bardzo fajne. A polne kwiatki to były suszki, suszki różnego koloru i ta palma trzcina. Teraz rumianek dziki był zasuszany. Bardzo ładnie zrobione. To roboty potrzebowało strasznie dużo. Ale jedna przez drugą robiła jak najładniejsze palmy. Były piękne!.

Ewelina: A co się później z tymi palmami działo?

Babcia: A później palmy stały w Kościele. Były dla księdza robione specjalnie. To były dwie palmy- księdzu i organiście. To stały te palmy do Wielkanocy. W Wielkanoc te palmy zbierali i palili je na popiół na Popielec. Palili te palmy i mieli takie pudełka. Wkładali ten popiół i mieli na posypanie głów z tych palm.

Ewelina: A jakimi technikami zdobiono jajko?

Babcia: Na przykład o pisankę ci chodzi? Jedni smarowali tylko słoninką, tak żeby się ładnie świeciły. Drudzy malowali na jeden kolor. Trzeci woskiem coś tam wyskubywali. Jakieś tam różne pierdółki.
Dziadek: A w cebuli to, co?!.
Babcia: W cebuli się gotowało, żeby był piękny kolor. Taki był ładny kolor. To się zbierało na zielono, nie było farby. To się nazbierało tych piórków ze żyta. To były takie ładne, zielone. No różne ludzie robili.
Dziadek: Ze żyta.
Babcia: Było bardzo ładnie.

Ewelina: A co później z nimi robiono? Na przykład panna dawała kawalerowi, zanoszono na grób zmarłych?

 Babcia: Na grób zmarłych. Na grób zmarłych to była taka moda. Teraz to już może tej mody nie ma. Ale na Święta to się robiło taki stroik, wiesz?. Tam ze dwie pisaneczki się uwiesiło i parę kwiatuszków i znicza. Nie było takich zniczy jak dzisiaj. Były świeczki normalne. I się stawiało na grobie te, świeciło się w Wielką Sobotę. Na noc to się zaświeciło i dawali kawałeczek kiełbasy, kawałeczek jajka. Pies przyszedł w nocy, kiełbasę zjadł. Było to normalne. No, ale co się zanosiło i się mówiło czy to był mąż czy żona czy dziecko, to się mówiło po imieniu. Jemu ofiaruję na Święta, żeby miał to, co oni mieli w domu to dawali jemu, żeby nie był sam tak opuszczony przez rodzinę. No, a teraz to nie wiem czy od wschodu to młodzi zaniechali czy nie. Może jeszcze.

Ewelina: A zajączek gdzie zostawiał prezenty, było coś takiego?

Babcia: Niektórzy te zajączki obchodzili, a niektórzy nie. Te jakieś tam upominki zostawiali. No, jakie tam upominki były. Tam dziecko jakąś wstążkę do włosów jak dziewczęce. Chłopaszkowi tam coś innego. No to mu wkładali pod poduszkę, albo mu wkładali do buta, przy drzwiach. Stały buty i do buta mu tam włożył czy paczkę cukierków, czy rozumisz tam jak dziewczęce to wstążkę do włosów, albo tam jakąś zapinkę do włosów, nie?. A chłopakom to coś innego, jakieś tam inne.

Ewelina: A kiedy zajączek przychodził?

Babcia: No, przychodził zajączek, u nas to w Poniedziałek, polewany ten Poniedziałek- w Drugi Dzień  Świąt. Zajączek przychodził.

Ewelina: A skąd ten zwyczaj się w ogóle wziął?

Babcia: No, ten zwyczaj się wziął z dawna, dawna w Rzeszowskim taki był zwyczaj. To się tak wziął. W innych rejonach inne były. To zależy, jaki, który rejon.

Ewelina: A baranek, po co był robiony?

Babcia: No baranek to był symbol życia, wiosny. Tylko kurczak, baranek to był symbol wiosny, życia. Baranek, Pan Jezus jest zmartwychwstały.

Ewelina: A z czego?

Babcia: Baranek, robiło się z masła, albo piekli baranki z ciasta. Marcepany robili, takie ciasta się robiło marcepanowe i się upiekało. Brało się mąkę ziemniaczaną i papkę do tego i się tym barankom różne rogi robiło, oczka ładne. Bardzo fajnie, kolorowo to wyglądało, z pierników przeważnie to było. Ciasto piernikowe.

Ewelina:, Kiedy pieczono mazurki?

Babcia: No mazurki pieczono na Wielkanoc. Przeważnie mazurki się piekło na Wielki Tydzień. Wielki Tydzień- Środa. We wtorek już się piekło, wcześniej mazurki.

Ewelina: Jak one wyglądały?

Babcia: A mazurek to różnie ludzie piekli. U nas piekli na brytfankach takie mazurki, wiesz na ciemnym cieście. Niektórzy piekli rozumisz na dużych blachach. Niektórzy w jakiś foremkach małych i rożnie sobie ludzie dekorowali, jak kto chciał. No i to tak było pięknie. Ciasta się różne piekło. A najwięcej się piekło kołaczy. Kołacz to był taki duży placek drożdżowy na łopacie. Do pieca się go wkładano, a na wierzchu był ser. Się to upiekło to, to było bardzo dobre ciasto, ten kołacz.

Ewelina:, Co wkładano do koszyczka na święconkę?

Babcia: No, co wkładano? Chleb, kawał chleba włożyli, kiełbasy dwie takie, boczku, jak kto miał. Jak nie miał to tam troszku dał, no, bo co? No i tam jaj. Nie tam dwa, trzy, tylko piętnaście, dwadzieścia. Był koszyk do ręki taki wiesz łoooooo. No i wkładali tam sól, ocet, chrzan. To chrzan się tarło z jajkami, żółtkami, takie się robiło jakby z majonezem. Do słoiczka się wkładało.
Dziadek: A i baranek jeszcze był!
Babcia: Baranek musiał być. Jajka musiały być ładne, bo ksiądz zaglądał do koszyczka. Kto miał najładniejsze jajka to tam się panny starały, żeby jak najładniej wyglądały. Piękne takie koronkowe, jednakowe serwetki były, nimi się nakrywało. No, to ksiądz kazał koszyczki pootwierać. Przechodził i patrzył.

Ewelina: Czy robiono wycinanki z papieru na Wielkanoc?

Babcia: Robiono wycinanki. Takie firaneczki w oknach robiono z wycinanek. Tam nie było tak firanek jak dzisiaj. Z bibuły, papieru różne się wycinało. I się robiło takie piękne pająki. Z bibuły to kobiety robiły, twoja prababcia robiła taki piękny bukiet. Ja się nie mogłam tego nauczyć, głupia!. To było coś pięknego- pająk!. Na suficie i się kręcił zawsze. Ale tak ładnie był niunia zrobiony ten pająk ze słomy, takie były słomki. Na każdym były takie piękne kwiaty. To było coś ładnego!. Ja tego się nie nauczyłam, głupia.
Dziadek: To na nitce były słomy nawlekane i kwiatek z bibuły.
Babcia: I różne inne pająki robili. Obrazki ładnie ubierali. Rwali choinę z jodły. Robili takie ładne stroiki i za obrazy się wkładało. Ładnie stroili domy. Tak było naprawdę fajnie, wesoło.

Ewelina: Czy odświeżano domy, obejścia? Strojenie, sypanie piaskiem, malowanie komina, pieca?

Babcia: Wszystko się malowało. Jak nie malowało się całego mieszkania to się malowało koło pieców, ładnie się obieliło. Na dworze malowali ludzie też malowali. Niektórzy malowali gliną. Rozrabiali glinę, to na dworze tak malowali. Jak się malowało, to się malowało różnie- niebiesko, zielono, żółto. Jak kto tam chciał.
Dziadek: No, ale wapnem.
Babcia: Wapnem to wszystko, nie kredą.

Ewelina: A obrzędy związane z nadejściem wiosny?

Babcia: No, jakie obrzędy? No takie obrzędy były, że jak przychodziła wiosna to dzieci szalały z radości, śpiewały zawsze, jak to one śpiewały?: „ Idzie wiosna radosna, dzieci wybiegły z chaty powitać wiosnę i zbierać kwiaty”. No tak było fajnie. To my już się cieszyli, że wiosna. Dzieciary na boso latały, ganiały, w piłkę grały. Do lasu się leciało na kwiatki. Jak one się nazywały? Zawilce? Nie zawilce. Takie małe, te białe.
Dziadek: Piłka była ze szmaty.
Babcia: No ze szmaty. Ale była! Zrobiło się ze szmaty. Troty do środka, obszyło się mocno szmatą i grał się w piłkę jak cza! Kto tam miał taką piłkę jak my dzisiaj!

 


Ewelina: A czy występowały pozdrowienia Wielkanocne?

Babcia: Tak, występowały. Ludzie się pozdrawiali. Jak nie kartkami to jakimiś innymi. To tam jeden, drugi, trzeci to jak na wiosce w Kościele się spotkali, to pozdrów tam te, a pozdrów tam Basię, Kasię tam. Jedni pozdrawiali się przez ludzi.

Ewelina: Jak wyglądały groby na Wielkanoc?

Babcia: Groby. No ludzie jak ludzie. Nie było grobów tak jak dzisiaj, tak pomników. Było więcej grobów tak z ziemi usypane, ale obkładali darniami, trawnikiem ładnie, żeby wyglądało ładnie ozdobione. Tan na krzyżu jakiś wianuszek, stroik. Także były zawsze czyszczone groby. Tak nie było pomników jak dzisiaj. Kto był bogatszy to miał pomnik. Kto nie, to miał normalny grób obrobiony trawnikiem w koło.

Ewelina: A czy dzielono się jajkiem?

Babcia: Tak.

Ewelina: A kto zaczynał?

Babcia: No zaczynał pewnie ojciec. Kroił jajko na cztery części i każdemu po ćwiartce święconym jajkiem się dzielił. A później resztę już każdy sobie brał, co chciał.

Ewelina:, Dlaczego się dzielono?

Babcia: To już tak tradycja jest. Opłatkiem się dzielisz, nie? Na Jezus jak się narodził, tak na zmartwychwstanie dzieli się jajkiem.

Ewelina: A jaka była najważniejsza potrawa Wielkanocna?

Babcia: Na śniadanie?

Ewelina: No, ogólnie.

Babcia: No na śniadanie to był żur. A na obiad, to już były, wiesz. Jak na Pierwszy Dzień Świąt to się nie gotowało, to się narobiło gołąbków. Tam się nagotowało bigosu, gołąbków czy jakieś inne śniadanie.
Dziadek: A pierogi? To, co?.
Babcia: No i to było na Pierwszy Dzień Świąt. A w Drugi Dzień to się jadło rosół. To zawsze na Wielkanoc musiał być rosół z kury. Na Boże Narodzenie musiał być wołowy rosół. To była taka tradycja. Wołowy rosół musiał być. I sernik. A na wiosnę makowce musiały być. Już takie ludzie mieli swoje te.

Ewelina: A tradycje związane ze Śmigusem- Dyngusem?

Babcia: To ci mówię, że chłopaki przychodzili, panny z łóżka, mnie i ciotkę postawili i dziadek poszedł do Kościoła oni buhhh i wodą! I oblewali się mocno wodą. Mocno się oblewali wodą!. Której panny nie lubieli to tam nie poszli chłopaki. Jak którąś pannę tak zmoczyli wodą, że niesamowite!. Trzeba było uciekać gdzie mysia dziura. I tak cię dopadli. To tak do południa.

Ewelina: A były jakieś przysłowia Wielkanocne?

Babcia: No ja wiem, jakie tam przysłowia?. Takich specjalnych przysłów nie było.

Ewelina: A jakie wypieki robiono?

Babcia: No wypieki no, to robiono. Mówię ci. Był kołacz ze serem, był mazurek, robili teraz te, makowce, serniki. No, jak kto mógł. Jednego było stać, a drugiego nie było stać. Kto mógł, każdy się starał. Ciasta nie było tak jak dzisiaj, takie różne. Wypiekano takie zwykłe, proste ciasta. Tu jakieś bułeczki ze serem, tu jakieś rogaliki. Czy takie maślane bułeczki. Śliwki mieli, to ze śliwkami w środku. Każdy sobie radził, żeby jakoś to wszystko jakoś wyglądało.

Ewelina: A jak dużo zostało z dawnych czasów dzisiaj?

Babcia: Mało chyba zostało z dawnych czasów dziecko. Wszystko już ludzie zaniechali. No w centralnej Polsce to jeszcze trochę tam utrzymają. Tutaj nie obchodzą nic z tych rzeczy, które się trzymało z tamtych lat..
Dziadek: Czekaj, a łowies to, kiedy to święciło?
Babcia: Na wiosnę. Łowies, owies to na Szczepana się święciło, owies.
Dziadek: No to w Drugi Dzień Świąt?
Babcia: Na Szczepana, no.
Dziadek: No.
Dziadek: To się łowcem w kościele sypać.
Babcia: To, to jest, co innego.
Dziadek:, Jak co innego? To też było to.
Babcia: No było tak jakoś fajnie było, fajnie.

Ewelina: A jakieś najbardziej zapamiętane wspomnienie z dzieciństwa dotyczące Świąt?

Babcia: Najbardziej Święta. Pisanki robione to sama radość. Pisanki się robiło. Jedno takie, drugie siakie. To z święconką się leciało. To się cieszyło, że będzie się jadło na Niedzielę jajka święcone, kiełbasę. Bo to się nie jadło kiełbasy jak dzisiaj. A Post był taki ścisły, że ci mówię. Najbardziej się tak cieszyło. A to Święta to się poleci tu, to tam. To, kto do nas przyjedzie. To dyngus, to takie różne zabawy robiły dzieci. To huśtawkę nam zrobił dziadek. To my tak się huśtali!. Była na takich drążkach. Było fajnie było. Raz to się z górki na rowerze jeździło, że hej! No i to by były takie wspomnienia.

Ewelina: A znasz kogoś, kto własnoręcznie wykonuje tradycyjne ozdoby Wielkanocne?

Babcia: Tam jeszcze w moich stronach, nie?

Ewelina: Nie, ogólnie tak.

Babcia: Ogólnie, teraz? No, to ja wiem? Pytałaś, kto wykonuje takiego, naprawdę coś takiego, żeby coś zrobił? No tam, może jeszcze tam w moich stronach, takie te starsze babki może, co jeszcze zrobią. A z tych młodych to raczej, chyba już nikt. Wszystko zanika już pomału!.

 

 

                                                                                                                                                                     Wywiad opracowała: Ewelina Skomra

 

2010-05-17

WYWIAD Z MOJĄ BABCIĄ STEFANIĄ SMAGĄ I MAMĄ HALINĄ KUCHRSKĄ NA TEMAT
TRADYCJI WIELKANOCNYCH I WIELKOPOSTNYCH – Dorota Kucharska dnia 20 kwietnia 2010 roku.


Osoby biorące udział w rozmowie: Stefania – babcia – 72 lata
Halina – mama – 45 lat
Dorota – ja (wnuczka) – 24 lata

Ja: Babcia, powiedz skąd pochodzisz.
Babcia: Ja wiem? Jak nam tam zmieniali co raz… Z Kielecczyzny.
Ja: A to, o czym będziesz teraz opowiadała będzie dotyczyć  czasów twojej młodości czy raczej teraźniejszości?
Mama: Kiedyś, teraz to wszyscy wiemy, jak jest.
Ja: Jak wyglądały „ostatki”?
Babcia: No, ludzie schodzili się przed środą popielcową we wtorek i smażyli jajka na kiełbasie, no i zakończali tak karnawał.
Mama: To było porządne jedzenie. Ale były jakieś przygrywki? Śpiewali?
Babcia: Nie wiem, tutaj jak przyjechałam (do Bykowa) to chodzili z „niedźwiedziem”, tak na zakończenie karnawału.
Ja: A z jakim niedźwiedziem chodzili?
Babcia: A tutaj już (w Bykowie) chodzili z niedźwiedziem słomianym. Ale nie wiem dokładnie jak to się odbywało.
Ja: Jak wyglądał post i jak go przestrzegano?
Babcia: Post się zaczynał od środy popielcowej i trwał 6 tygodni. Przez cały ten czas nie wolno było jeść mięsa. Ludzie tak  pościli, że nawet garnki, w których się gotowało obiad musiały być wyparzane ze zwierzęcego tłuszczu, żeby go tam nic nie zostało. W Wielkim Poście wolno było używać tylko oleistego tłuszczu z nasion, najczęściej z lnu. Ludzie sadzili len, tłoczyli z niego olej, który musiał starczyć na cały okres Wielkiego Postu. Nie używano oleju rzepakowego czy sojowego, bo nie chciał rosnąć na polach. Tam skąd pochodzę ziemie były mało urodzajne.
Ja: A czy było coś takiego, jak „pół-post”?
Babcia: To się nazywało „półpoście”.  Ale ja to pamiętam, jak już przyjechałam do Kamienia, po wojnie, wcześniej tego nie było.
Ja: No, a na czym to polegało?
Babcia: W połowie postu chłopcy chodzili po wsi i malowali okna domów, w których mieszkały panny. Jednym słowem, chodzili i psocili. Okna zamalowywali sadzą, wapnem, farbą olejną, tak, żeby potem nie mogły ich domyć. W domu robiło się ciemno.
Ja: A dlaczego tak malowali?
Babcia: Ja nie wiem, jakie to miało znaczenie. Pamiętam tylko, że tak malowali, ale czy się w ten sposób zalecali, czy na złość robili, to ja nie wiem.
Ja: Czy były wyjątki od zachowywania Wielkiego Postu w trakcie jego trwania?
Babcia: Tylko na św. Józefa. W ten dzień nie trzeba było zachowywać postu, bo to było wielkie święto, można było w ten dzień nawet udzielać ślubów.
Mama: Ale nawet, jak chodzili na imieniny, to gospodynie przygotowywały potrawy uważane za pośne. Byli też tacy, którzy uważali, że „Józef nie przyjmuje postu” i w ogóle w ten dzień nie pościli.
Ja: Co groziło za złamanie postu?
Babcia: Wysoka pokuta. Księża zadawali pokutę, trzeba było dawać jałmużnę na kościół.
Mama: Ludzie nie łamali pokuty, bo nie chcieli dostać pokuty. A to nie była taka pokuta, że odmówiłaś dziesięć  „Zdrowasiek”, tylko na pewno jakaś większa.
Ja: No to jaką pokutę można było dostać za złamanie postu?
Mama: A kto to wie? Ludzie nie łamali postu i już. A nawet, gdyby ktoś złamał, to przecież nikt by się nie przyznał. Kiedyś najwięksi grzesznicy leżeli krzyżem przed ołtarzem, to może to była pokuta też za złamanie postu. Każdy wiedział, że leżący krzyżem bardzo zgrzeszyli, ale nie mogę powiedzieć na pewno czy akurat za to była największa kara.
Ja: Czemu w ogóle służył post?
Babcia: Na pamiątkę tego, że Pan Jezus przez 40 dni nie jadł na pustyni i był kuszony przez diabła.  Ludzie pościli, bo tak długo się do niego przygotowywali, żeby uczcić Zmartwychwstanie.
Ja: A pamiętasz jakieś zwyczaje Wielkiego Postu?
Babcia: Chodziło się na śpiewanie „Gorzkich Żali” w niedziele.  W piątki chodziło się na Drogę Krzyżową.
Ja: A znasz może taki zwyczaj jak „tłuczenia garnków”?
Babcia: Nie wiem. Nie słyszałam o tłuczeniu garnków.
Ja: Czy w czasie postu jedzono potrawy gotowane czy raczej surowe?
Babcia: Gotowane, wszystko było gotowane, surowego się nie jadło.
Ja: A nie można było jeść surowego?
Babcia: Jedli gotowane. Bo to nie te czasy, żeby jedli surowe.
Ja: Opowiedz coś o zwyczajach, zabobonach, wierzeniach, wróżbach związanych z Wielkim Tygodniem.
Mama: Na pewno było coś takiego, że rolnicy nie robili nic na polu. Nie ruszali pola. Tylko robili to, co było potrzebne w oborach. Wiadomo, trzeba było nakarmić, napoić, wydoić, ale w polach nie robili.
Babcia: No, nie robili.
Mama: No i w Wielki Piątek przymusowo trzeba było iść do kościoła.
Babcia: Na adorację
Mama: W Wielki Czwartek i w Wielką Sobotę można było pracować w polu, ale w Wielki Piątek nie.
Ja: Dlaczego?
Mama: Bo przecież Pan Jezus leży w grobie. To jest jednak żałoba. Mnie to się tak przypomniało, a czy coś jeszcze…?
Babcia: My jako dzieci szliśmy (na adorację) do południa, jeszcze zanim się msza zaczęła. A na wieczór,  to już, szła mama z ojcem. To była adoracja i Liturgia Męki Pańskiej.
Ja: A w niedzielę palmową jedliście bazie?
Babcia: U nas nie było tego zwyczaju. Dopiero jak przyszłam tutaj (do Bykowa) to jedli, żeby gardło nie bolało.
Mama:  Ojciec (mój dziadek) zawsze mówił, że palma bije.
Babcia: No, był nawet taki wierszyk: Palma bije, palma trzaska, a za tydzień będzie Pascha.
Ja: A pamiętasz jakieś wierzenia związane z ogniem i wodą? Chodzi o Wielki Piątek i Sobotę.
Babcia: To tak, jak i teraz jest. Wodę poświęcają i ogień się pali.
Ja: Teraz ogień zabiera się do domu. To może i wodę święconą zabierali? 
Babcia: Wodę święconą zabierali. Nawet pola święcili w drugi dzień Świąt Wielkanocnych, żeby ochronić od nieszczęść. Odmawiało się modlitwę i święciło się pole.
Ja: A powiedz jeszcze, jak wyglądał pierwszy i drugi dzień Świąt Wielkanocnych.
Babcia: Szło się na rezurekcję rano. Przychodziło się z kościoła, jadło się śniadanie. Był  gotowany tradycyjny barszcz na mięsie, na kiełbasie, z jajkami, no i jadło się go z chlebem. Śniadanie zaczynało się jeść od święconego, dopiero potem zaczynało się jeść inne, świąteczne potrawy – barszcz, no a jeszcze później szynkę, ciasto.
Po śniadaniu dzieci szły się bawić albo czymś innym się zajmowały, a dorośli zaczynali świętować „po swojemu”. Schodzili się goście, zastawiało się stół, tym, co było najlepszego i przy wódce się bawili, tańczyli, śpiewali. Ale to dopiero później.  Tak zaraz po wojnie, to nie było tego. Tylko wiesz, to wszystko tak szybko przeleciało. Wiedziało się, co się robi, ale jakie to miało znaczenie, to się nikt nie zastanawiał, nie wiedziałaś, co to znaczy dokładnie.
Ja: A jak byłaś dzieckiem, to co do końca dnia robiłaś?
Babcia: No nic nie robiłam. Rano się szło do kościoła, później można było iść drugi raz. Albo jak się nie szło na rano, to się szło później. Poganiało się i czekało się na lany poniedziałek, na drugi dzień świąt. Było ciekawiej, bo się tak lali, że aż ciekło.
Ja: Kto zaczynał dzielenie się jajkiem?
Babcia: Siadali wszyscy i rodzice zaczynali. Czy ojciec czy matka. Najczęściej ojciec zaczynał.
Ja: A dlaczego się dzielono?
Babcia: Na znak Zmartwychwstania.
Ja: No to powiedz coś więcej o lanym poniedziałku.
Babcia: Nic tam innego niż dzisiaj nie było. Wodą się lali tylko. Chłopaki ganiali dziewczyny, oblewali wodą, starsi się polewali.
Mama: Dziadek już z samego rana zaczynał oblewanie. Tak jak naszą sąsiadke…  Pod kieckę. Podlał i już było „picie”. Jak ktoś kogoś polał, to od razu trzeba było mu kielicha stawiać, a wiadomo, że na jednym się nie kończyło.
Ja: No to starsi, a młodsi jak świętowali?
Babcia: A dzieci to cały dzień się ganiały i lały wodą. Jak były mokre, to się przebierały i na nowo było lanie.
Ja: A jak jakaś dziewczyna nie była odlana, to znaczyło, że nie wyjdzie za mąż?
Mama: Czym więcej razy odlana, tym bardziej adorowana.
Babcia: Może i tak. Bo które dziewczyny się bardziej podobały, to je odlewali (chłopcy).
Mama: Moja jedna koleżanka to co roku w wannie lądowała. Co roku była w wannie. Przy studni stała wanna i nie było roku, żeby nie wylądowała w tej wannie.
Jak ktoś się nie chciał lać to siedział w domu, a jak ktoś się chciał lać, to cały dzień się mógł lać. Nie było tego, że do południa, godzinę,  czy dwie. Do wieczora byli mokrzy wszyscy.
Ja: A gdzie się laliście?
Mama: A na drogach, podwórkach.  Gdzie popadło.
Ja: I to wiaderkami?
Mama: No nie wiaderkami. Robiło się sikawy po butelkach po szamponie.
Babcia: Gdzie sikawy! Wiaderkami się lali. Gdzie kto myślał o jakichś sikawach.
Mama: To były sikawy z butelek po szamponach.
Babcia: To za twoich czasów. Ja to pamiętam, jak szłam do kościoła, wylecieli chłopaki od wuja i tak lali, że musiałam się wrócić do domu i do kościoła nie poszłam na ósmą. Mówiłam: „Idę do kościoła”, a oni tylko: Luu, luu i woda się leje.
Ja: A dziewczyny też lały chłopaków? Czy tylko chłopaki dziewczyny?
Babcia: Dziewczyny to tak się nie lały. Piszczały, uciekały.
Mama: Bo my to się już laliśmy równo. Chłopaki, dziewczyny, bez różnicy. Bandy były stworzone. Jeszcze dzieci chodziły polać kogoś z rodziny polać perfumami. Jak się poszło ciocię polać, to ciocia dawała albo czekoladę, albo cukierka, albo tam jakąś złotówkę. Nie wiem, jak kiedyś było, ale ja tak pamiętam ze wczesnego dzieciństwa. Jak się poszło, pokropiło, ooo…, to było coś. To było wyróżnienie dla tej cioci, że akurat ty poszłaś tą ciocię pokropiłaś.
Babcia: Ja to ostatnie lanie pamiętam, jak przyszedł Stasiak. Tak się wtedy lali... Pełno w sieni wody,  w domu, wszędzie. Wiadrami się lali, jedni z jednej, drudzy z drugiej strony.
Mama: No, ja też to pamiętam. A później pili. A podłogi nie miał, kto ścierać.
Babcia: To był lany poniedziałek.
Mama: To wtedy Zygmunt z Markiem przyszli, a ojciec ich z góry zlał ich wiaderkiem.
Ja: Co za twoich czasów wkładało się do koszyczka wielkanocnego?
Babcia: Kiełbasa, jajka, baranek, chleb, chrzan, ocet, sól, masło, zapałki też kiedyś święcili, zielony owies. Ale najważniejszy był baranek.
Ja: A z czego był baranek?
Babcia: Z cukry, z ciasta, a jeszcze wcześniej to nie wiem.  Wszystko, co jest w koszyczku ma swoje znaczenie. Jajko symbolizuje wyjście Pana Jezusa z zamkniętego grobu, baranek jest symbolem samego Pana Jezusa, jego ofiarowania.
Owies się święciło, stawiało się go na okno, ale nie wiem czemu to było święcone. Teraz tego już nikt nie święci.
Ja: Czy za Twoich czasów „chodzono z pieśnią”?
Babcia: Nie
Ja: A czy obdarowywano się?
Babcia: Jak dzieci chodzili się polewać, to im dawali albo jajka, albo ciasto, albo pieniądze. Ale to tylko dzieci.
Ja: A co mi możesz powiedzieć o palmie wielkanocnej?
Mama: Trzeba było ją samemu zrobić najpierw.
Babcia: Nikt nie kupował, bo była robiona palma. Mama kupowała kwiatka, dodawało się trzciny, bazi, wstążeczką zawinięte.
Ja: Trzcina, bazie, kwiatek…  A jaki ten kwiatek?
Babcia: Albo żywy, albo sztuczny. Najczęściej kupowali sztucznego kwiatka, bo to zimno było, to świeży i tak by usechł.
Mama: Dawali też czasem  asparagus, albo mirtę.
Ja: A co się działo z palmę po poświęceniu?
Babcia: Przynosiło się ją do domu,  apotem stała w widocznym miejscu. A jak już minął rok, to się ją spalało. Nie była drugi raz używana  ta palma.
Ja: A robiliście wycinanki?
Babcia: U nas się tego nie robiło, bo nikt tego nie umiał.
Ja: A był „zajączek?
Babcia: Nie było zajączka.
Ja: A teraz coś więcej o jajku. Jak były zdobione jajka?
Babcia: zdobione były bardzo ładnie. Pomalowane były. A co było? Wiatraczki, kwiatki. No w każdym bądź razie woskiem były malowane, a potem były farbowane. Farba była robiona z cebuli albo żyta. Ale przeważnie z cebuli, bo te pisanki były też malowane na niedzielę „przewodnią” – tą co jest tydzień po Wielkanocy. Chrzestni dawali chrześniakom 6 pisanek czy 5 pisanek. Chyba 6. Nie pamiętam ile. Chrzestna, chrzestny zanosił swoim chrześniakom. I to było tydzień po świętach już.
Mama: Ale to znaczy, że robili nowe pisanki?
Babcia: No tak.
Ja: A panna dawała kawalerowi pisankę?
Babcia: Ooo… Tego nie wiem.
Ja: A czy pisanki zanoszono na groby zmarłych?
Babcia: Nie nosiliśmy nic na groby. Tylko na Wszystkich Świętych na groby nosili świece. Nikt nie sprzątał grobów na Wielkanoc.
Ja: A co ludzie robili ze skorupkami po pisankach?
Babcia: Dawali „pod kartofle” podczas sadzenia, w rajki. To miało sprawić, żeby były lepsze urodzaje. Bo jak coś było poświęcone, to nie można było tego wyrzucić, trzeba było do czegoś użyć, albo spalić.
Ja: Kiedy pieczono Mazurki? Pieczono w ogóle Wielkanocne Mazurki?
Babcia: Może i piekli. Ale u nas w domu nikt tego nie robił, bo nikt tego nie umiał wypiekać. Było ciasto drożdżowe, nawet nie było sernika.
Ja: Dobrze, a teraz zapytam o dom. Co powiesz o odświeżaniu domu i obejścia przed świętami?
Babcia: Takie sprzątania to były już przed niedzielą palmową.
Mama: Na niedzielę palmową miało być już wszystko wysprzątane.
Ja: No, a takie coś jak strojenie, sypanie piaskiem, malowanie komina, pieca, domu?
Mama: To się wiązało z odnowieniem. Jak piec był bardzo „czarny”, to może i malowali wapnem, żeby ładnie wyglądało. Ja myślę, że większą wagę ludzie przywiązywali do takich rzeczy jak teraz. Bo teraz jak sprzątnięte, to sprzątnięte. Jak nie to nie.  I cały rok tak jest.
Babcia: Malowali pomieszczenia to komin też pomalowali.
Ja: Powiedz coś o podłodze. No tej, której nie mieliście.
Babcia: Akurat tak było, że w jednym pomieszczeniu, tam w „Centrali”  to były deski, a w drugim było nie wykończone, to glina była. No i na święta to się to wszystko zamiatało i musiało być piaskiem wysypane.
Ja: A słomą też?
Babcia: Słomą nie. Słomę to się nosiło na Boże Narodzenie.
Mama: A na Wielkanoc wysypywało się piasek i była ładna podłoga, nowa.
Ja: A znasz jakieś obrzędy związane z nadejściem wiosny?
Mama: Topiło się Marzannę.
Ja: A z czego była wykonana Marzanna?
Babcia: Ze słomy. Bo musiała się spalić, albo utonąć w rzece.
Ja: I topiliście Marzannę w Toporku? To musiała być mała.
Mama: To było tylko symboliczne. Zima miała odpłynąć do morza.
Ja: Ale wiedzieliście, że wiosna przyszła?
Babcia: Mówili, że wiosnę zwiastował  skowronek.
Ja: A wy mieliście kalendarz?
Babcia: Ta… Był kalendarz… (z ironią)
Ja: To skąd wiedzieliście, że akurat dzisiaj jest pierwszy dzień wiosny?
Babcia: Nie wiem skąd wiedzieliśmy. Ktoś tam musiał wiedzieć.
Mama: Gdzieś tam na wsi było jedno radio czy jeden telewizor.
Babcia: Gdzie tam miałaś telewizor dziewczyno. W którym roku telewizor był! Nie było ani radia, ani telewizora.
Ja: No to skąd wiedzieliście jaki jest dzień? Z kościoła?
Babcia: Ja nie wiem, jak to tam było. Jak sie chodziło do szkoły sześć dni, potem była niedziela, no i tydzień minął.
Ja: A w Wielki czwartek, piątek i sobotę chodziliście do szkoły?
Babcia: Nie, wtedy były ferie.
Ja: No to teraz mam taki punkt: pozdrowienia wielkanocne. Czy występowały i jakie?
Babcia: Mówiło się „Chrystus Zmartwychwstał” i się odpowiadało „Prawdziwie Zmartwychwstał”. Tak jak i teraz się mówi zaraz po przyjściu z rezurekcji.
Ja: Jaka była najważniejsza potrawa Wielkanocna?
Babcia: No nie wiem… Barszcz.
Ja: Jak dużo zostało z tamtych dawnych czasów?
Babcia: Dużo zostało.
Ja: Co lubisz najbardziej ze świąt?
Babcia: Nie wiem. A ty co najbardziej lubisz?
Ja: Ja? Wielką Sobotę - Wigilię Paschalną.
Babcia: No może, to już jest takie oczekiwanie ostatnie na Zmartwychwstanie. Ja to najbardziej z Wielkanocy to lubiłam na rezurekcję jechać. Jak się jechało, to te skowronki tak ślicznie śpiewały. Słonko świeciło, tak jak dziś, cieplutko było jak się jechało.
Ja: Wozem jechaliście?
Babcia: Rowerami, wozem. Na nogach początkowo się chodziło, jak nie było rowerów. Ale się chodziło do Długołęki. Były nogi zdrowe to się chodziło. Później dopiero tutaj ksiądz zaczął przyjeżdżać. W niedzielę wielkanocną była tylko msza, ale rezurekcji nie było.
Ja: No dobra. To jeszcze tak na koniec. Pamiętasz jakieś opowieści związane ze świętami?
Babcia: No nie wiem. Podpowiedz coś.
Ja: Ja nie wiem babcia.
Babcia: Ty nie wiesz, ja nie wiem.  Jak ja tu przyjechałam, miałam siedem lat, to tak nie pamiętam. To jeszcze, ojciec mnie nie chciał zabrać, go ubłagałam, musiałam wszędzie być.
Ja: No widzisz, ale jak wyjechałaś z Gardzienic, to miałaś siedem lat, ale jak przyjechałaś do Kamienia, to mieliście taką samą tradycję.
Babcia: No tak, ale widzisz… Początkowo, też nie było tego, bo była bieda. Jak całe sześć tygodni pościłaś, to jak był ten kawałek kiełbasy, kawałek mięsa jakiegoś – mama dusiła mięso, takie pieczone w garnku czy w bretwance – to było coś, bo było mięso. Jajka były pod dostatkiem w święta, bo tak to nie dawała. Robiła masło na handel, ale wtedy, jak nie było ćwiartki to zostawało, a jak nie to sprzedała, bo potrzebne były pieniądze na inne rzeczy. A chleb to najczęściej się jadło z wytopionym smalcem. Dwa razy w tygodniu jeździli z masłem, bo to tego mleka było dość dużo. Nie było lekko, teraz to są luksusy. Kto by to dziecko wszystko tak spamiętał, jak było kiedyś, jak to życie tak szybko uciekało.
Ja: Dobra babcia, to już wszystko. Dzięki za wywiad.

© 2007 auch studio